- nie byłem i nie będę. Taką deklarację powinien sobie złożyć każdy myślący człowiek, który ma w pamięci służalcze wobec komunistycznej władzy postawy rozmaitych "inteligentów" (czy to publicystów, czy pisarzy, czy wreszcie naukowców). Tymczasem w naszym kraju określenie "wykształciuch" dotyczy nie tylko tejże właśnie grupy (tak jak ją zdefiniował A. Sołżenicyn), czyli jest nie tylko terminem opisowym, lecz stało się swego rodzaju "hasłem integrującym", jakimś szyldem, pod którym dobrowolnie ustawiają się rozmaici ludzie, traktując deklarację bycia wykształciuchem jako swego rodzaju manifest wolnomyślicielstwa.
Parę miesięcy temu zwracał na to uwagę B. Wildstein (http://blog.rp.pl/wildstein/2007/08/03/dumny-sztandar-wyksztalciucha/), pisząc:
"Tylko kto powinien się gniewać? Określenie to ma charakter deprecjonujący, ale wyłącznie dla osób spełniających warunki wyznaczone przez Sołżenicyna. Czy chodzi więc o to, że w określeniu tym rozpoznała się znacząca grupa polskich inteligentów? I aby ukryć ten wstydliwy fakt, nie tylko oburzyła się nieszczerze, ale też chytrze spróbowała rozciągnąć tę kwalifikację na wszystkich?
Problem w tym, że kiedy uda się im już utożsamić wykształciuchów z inteligencją, ci, którym identyfikacja ta będzie nie w smak, jak niżej podpisany, będą musieli poszukać sobie innej nazwy."
Wydawałoby się więc oczywiste, że lepiej trzymać się jak najdalej od takich szyldów, ale gdzie tam - ludzi chcących się nazywać wykształciuchami, na zasadzie symbolicznego protestu przeciw "nowemu reżimowi", wcale nie ubywa. To, że w dużej mierze są to przedstawiciele środowisk z kontestacją systemu represji, jaki panował za Jaruzelskiego czy wcześniej, niemające wiele wspólnego, to już coś wyjaśnia.
Może bowiem po prostu mamy do czynienia ze specyficznym fenomenem, tzn. L. Dorn, używając swojego słynnego prowokacyjnego określenia nie tyle zdiagnozował pewien stan rzeczy, co jakby wyprognozował nowe zjawisko społeczne? Takie, które zaczęło się ujawniać już od samego początku powstawania rządów konstruowanych przez PiS, a nasiliło się szczególnie, gdy zaczęto szykować proces lustracyjny wielu inteligenckich właśnie środowisk (pamiętamy ostentacyjne postawy rozmaitych "śmiałków" doradzających, co "pajace" mogą im całować).
Badacze mrówek mówią o tzw. inteligencji stadnej. Polega ona na tym, że pojedyncza mrówka wydaje się tępa jak but, ale stado mrówek działa z niezwykłą jakąś "kolektywną" przemyślnością (http://www.national-geographic.pl/national3/index.jsp?place=Lead07&news_cat_id=710&news_id=1564&layout=2&forum_id=572&page=text). Podobne zjawisko możemy zaobserwować wśród ludzi, albowiem osoby dobrowolnie zgłaszające akces do wykształciuchów z reguły same z siebie do szczególnie twórczych czy błyskotliwych nie należą, a ich kultura osobista zwykle pozostawia wiele do życzenia (to akurat idzie po myśli Sołżenicyna i Dorna), natomiast w takim wspólnie wytworzonym "inteligenckim kołchozie" czują się znakomicie i brylują wtedy na wszelkie rozmaite sposoby, zbierając poklask od im podobnych osobników. Co więcej, tak jak mrówki porozumiewają się głównie za pomocą przekazywania sobie jakiegoś "kwaso-zapachu", tak ludzie "kolektywnie myślący" przekazują sobie ową "zbiorową mądrość" polegającą albo to na komunikacie-pigułce "precz z lustracją" (by nie wspomnieć słynnego sms-a A. Halbera), albo na komunikacie: "precz z kaczystami". I wtedy inteligencja zbiorowa takiej grupy znakomicie się konserwuje i funkcjonuje. Wystarczy zresztą poczytać przez ostatnie dwa lata prasowe "tytuły przyjazne wykształciuchom", by odnieść wrażenie, że w kółko pisze się tam o tym samym i to tak samo.
Jeden mój znajomy opowiadał mi przed laty, jak to na pierwszym zjeździe filozoficznym po 1989 r. naukowcy niesplamieni współpracą z komunistycznym reżimem zaczęli dopytywać marksistów (których nagle zaczęło ubywać, jakby ktoś miotłą po uczelnianych katedrach solidnie machnął - bodajże na lubelskim UMCS-ie bastion marksizmu z Z. Cackowskim na czele bonił się "do krwi ostatniej"; dziś sytuacja jest odmienna, bo neomarksizm się pojawia i już nawet na UW ludzie nie wstydzą się czytać i zgłębiać Marksa): "no, jak to, panowie? Jak się ze swojej postawy wytłumaczycie? Jak potraktować ją w imię prawdy, do której powinna dążyć nauka?" Na co jeden z marksistów wyskoczywszy na "ambonę" wrzasnął: "Proszę mi nie kneblować ust kneblem prawdy!"
Nie ma lepszej, sądzę, formuły na postawę wykształciucha, bez względu na to, w jakiej epoce historycznej on żyje. "Nie kneblować kneblem prawdy", that's it, nie da się już tego lepiej wyrazić. Wykształciucha charakteryzuje bowiem pewna charakterystyczna ciasnota umysłowa, z której nie jest w stanie się uwolnić. Albo nie potrafi, bo jego dość skromne intelektualne zdolności, oględnie mówiąc, na to mu nie pozwalają. Albo - co jeszcze ciekawsze - nie chce. Ta ostatnia grupa "wykształciuchów z wyboru" ujawnia się obecnie (coś jak "buntownicy z wyboru", ale raczej w formie karykaturalnej). Wielu wszak jest ludzi nawet dobrze wykształconych, których spotykamy w różnych miejscach i przy różnych towarzyskich okazjach, a którzy manifestują swoją "wykształciuchowość" właśnie postawą dobrowolnego sprzeciwu wobec prawdy (naturalnie, te osoby prawdę rozumieją tak, jak nakazuje im roztaczająca się nad nimi, jak tarcza antyrakietowa, "inteligencja kolektywna"). Jednocześnie osoby te potrafią, jak zwrócił uwagę cytowany Wildstein, z dumą sztandar swój obnosić, jakby faktycznie było czym się szczycić. Tym samym jednak manifestują one jedynie pewną środowiskową "inteligencję zbiorową", nie zaś gotowość do rzeczywistego rozwijania polskiej kultury, do wejścia w pewną tradycję polskiej inteligencji (takiej, jaka działała przed wojną, w Polskim Państwie Podziemnym, a potem na emigracji czy na marginesie peerelu). Wobec tego, jeśli ci ludzie świadomie zrywają więzy z tą właśnie tradycją, to nie ma czego żałować. Najwyraźniej nie rozumieją jej lub nie chcą zrozumieć, gdyż nie budzi ona ich żadnego szacunku. A że się czują znakomicie w swoim mrowisku? Ich sprawa.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)