chciałoby się powiedzieć, czytając manifest J. Rokity w "Rz". Problem jednak w tym, że Rokita był jak najbardziej obecny w całym procesie transformacji polskiego państwa po 1989 r. i pisząc teraz o jakimś mitycznym Nowym Ładzie, spóźnił się nie tylko o jedną kampanię wyborczą, co o jedną epokę. Taki tekst trzeba było zaproponować Polakom w 1990 r., dziś bowiem brzmi jak piękne i znakomicie opakowane pustosłowie (http://www2.rp.pl/artykul/62344.html).
Tego, by Polska była krajem szczęśliwości pragnie zapewne co drugi obywatel. A co bardziej rozgarnięty mógłby taką listę pobożnych życzeń wysmarować nawet w jeszcze większej liczbie. Ja bym np. dodał jeszcze, żeby płyty CD z zachodnimi artystami nie kosztowały średnio 60 zł, a np. 20 zł oraz żeby przeciętna płaca była taka jak w USA. A co mi szkodzi? Czy nie byłby to New Deal? Nikt by tego nie poparł? Sypnąć jeszcze paroma pomysłami?
No, ale na serio teraz. O co Rokicie chodzi? Gdzie przez te wszystkie lata czaił się z pomysłem nowego modelu państwa, że będąc nawet ministrem w rządzie Suchockiej nie mógł z tym wyskoczyć przed szereg? Nie wchodzę już w kwestię metaforyczności języka Rokity, który obrazowo mówi nam o przeciągach w 2005 r., jakby to niejako odwilż nastała po czasach ciężkiego reżimu, a nie jakby sam Rokita zasiadał w parlamencie, a z brylowania w komisji śledczej ds. Rywina-Michnika, nie otworzyły się przed nim drzwi do "premierostwa" (wprawdzie krakowskiego, bo krakowskiego, ale zawsze). O ile pomysł z JOW-ami można uznać za godny poparcia, choć przy tym oligopolu medialnym, jaki mamy, to nie wiem, czy radykalna zmiana ordynacji zmieniłaby istotnie też podejście wyborców do polityków (chyba że taki kandydat na posła miałby obowiązek terminować najpierw kilka lat w administracji lokalnej i pokazywać, na co go stać w drobniejszych niż krajowe, sprawach) - o tyle pomysł z obniżeniem wieku uprawniającego do uczestniczenia w wyborach uważam za kompletnie idiotyczny. Ja byłbym raczej za tym, by go podwyższyć, przy tym stopniu manipulowania nastrojami społecznymi, jaki serwuje nam polski medialny oligopol (zwł. manipulacji nakierowanej na młodych ludzi) i przy tym stopniu historycznej nieświadomości młodzieży. Wybory parlamentarne, to nie "kwesta Owsiaka". Parlament to nie miejsce dla showmenów, a podejrzewam, że szołmeństwo byłoby dla młodzieży głównym kryterium politycznego wybierania.
Czemu jednak Rokita nie proponuje np. radykalnego zmniejszenia liczby posłów? Zniesienia dublujących się szczebli administracji lokalnej (wojewodowie, marszałkowie sejmików itp.), drastycznego obniżenia ilości samorządowców?
Rokita pisze:
"Pięć ostatnich lat jest ciekawym okresem dekonstrukcji tego modelu polityki polskiej, który powstał u zarania niepodległości."
Mam jednak wątpliwości, czy dobrze rozumie termin "dekonstrukcja", czy raczej ma na myśli rekonstrukcję, czy po prostu klasycznie zamąca sprawę prostą jak drut i mówi naokoło to, co można byłoby powiedzieć jaśniej. Zaraz zresztą dodaje:
"Czas ów symbolicznie otwierają przesłuchania w komisji ds. afery Rywina, które zadziałały jak ostry przeciąg w dość zatęchłej dotąd atmosferze kraju." -
nabieramy więc pewności, że proces odwilży rozpoczął się wraz z nowym rodzajem publicznej działalności Rokity jako członka komisjhi śledczej. Nie no, można i tak, ale czy nie jest to nieco za wiele, jak na skromnego obecnie posła PO, który "wycofał się z życia politycznego" na czas aktualnych wyborów? Pomijam już taki drobny szczegół, jak to, że artykuł ukazuje się w ostatnim tygodniu, a więc na finiszu owej kampanii.
Odkrycia narodowe, o jakich nagle zaczyna mówić Rokita są następujące:
"Po pierwsze, że zdrowie systemu politycznego wymaga nieustannej walki z koterią i rodzącą się z niej korupcją. Po drugie, że niepodobieństwem jest okryć tajemnicą jakiś fragment dziejów najnowszych. Po trzecie, że państwo – także jeśli jest liberalną republiką – winno być nośnikiem patriotycznej tradycji i narodowej dumy. I po czwarte, że nie istnieje – poza przesądami – żaden powód, dla którego powinniśmy obawiać się otwarcie przedkładać nasze państwowe interesy na arenie międzynarodowej."
Czy jednak jest to jakiś przełom w naszym myśleniu o państwie? Czy tych odkryć nie dokonywano wcześniej, tylko może nie na tych łamach, na których publikował Rokita? Ale nagle z romantyka i liberalnego idealisty Rokita przywdziewa kostium pozytywisty:
"Tak czy owak przyszłej władzy uda się wygrać Polskę, jeśli potrafi dokonać skupienia najlepszych sił narodu wokół pracy państwowej."
Zaraz jednak porywa go własna myśl i dodaje natchniony:
"Rzeczpospolita potrzebuje zatem politycznego Nowego Ładu. Nowego – to znaczy absorbującego cztery wielkie narodowe odkrycia i czyniącego z nich coś na kształt obiegowej i powszechnie uznanej polskiej politycznej poprawności. Ładu – to znaczy zrekonstruowanego całościowego modelu, w którym toczyć się będzie przez najbliższe lata polska polityka. W pewnym sensie chodzi o odczytanie sensu naszej polskości na nowo w zmienionych okolicznościach XXI wieku."
Już abtrahując od wszystkiego - od 2005 r. i tego, co się potem przez dwa alata w polskiej polityce działo (w czym i Rokita miał swój istony udział) - to cały ten pomysł wydaje się z jednej strony mocno spóźniony, jak powiedziałem, ale i anachroniczny w takim głębszym sensie. Polakom już nie potrzeba kolejnych mitów. Nie potrzeba kolejnych Mazowieckich i cudotwórczych Balcerowiczów drenujących kieszenie obywateli "dla wspólnego dobra", nie potrzeba żadnych ekspertów łamiącym głosem przyznających, że trzeba przez kolejny rok zaciskać pasa. W tym sensie nie potrzeba ani mitu "III RP", ani "IV RP", ani nawet "V RP" -a już na pewno szczególnie bałamutnego mitu "drugiej Irlandii" i "cudu gospodarczego". Polakom wystarczy dać jak najwięcej obywatelskiej i gospodarczej wolności, przy jednoczesnym mocnym poczuciu zewnętrznego (państwowego) i wewnętrznego bezpieczeństwa.
Proponowanie zatem kolejnego mitu w miejsce sprowadzania Polski na ziemię jest zawracaniem Wisły kijem, stratą czasu, myśleniem oderwanym od rzeczywistości. Usunięcie się w cień nie dało Rokicie potrzebnego dystansu do spraw polskich, przeciwnie umocniło go w przekonaniu o własnej wyjątkowości i wartości. Nie śmiem wątpić w wyjątkowość i wartość tego polityka, bo zresztą nie to jest moim zadaniem, ośmielam się jedynie, że te dwie cnoty to nieco za mało, by budować wizję nowej Polski.
Bombastyczny finał tego manifestu mówiącego o tylu sprawach naraz, że aż dziw, że wielki Rokita znalazł czas, by ogarnąć je swoją refleksją - potwierdza te moje obawy:
"Idea obywatelska. Podwyższone standardy. Nowy ustrój. Silny impuls nowoczesności. Bezpieczny fundament finansów. To są wyzwania, którym sprostać powinien Nowy Ład polskiej polityki."
A ja powiem, że wszystko to słyszeliśmy po wielokroć. Mit Nowego Ładu nic w tym pustosłowiu nie zmienia. I jeszcze:
"Faust głosił, że „na początku wszechrzeczy był czyn”. Nowy Ład wymaga właśnie tego, aby na jego początku był czyn. Zobaczymy, czy polityka polska jest doń zdolna."
To zawieszenie głosu na koniec dobre jest jako ostatnia scena brawurowo odegranego monodramu, nie zaś jako zapowiedź konstrukcji jakiegoś "nowego politycznego ładu". Usłyszawszy to wszystko, mam zatem takie skromne dopowiedzenie z widowni, na której zasiadłem przypadkiem (z wycieczką zakładową): "Panie Rokita, nie jest pan w naszym kraju sam".
Naprawdę.


Komentarze
Pokaż komentarze (33)