nie ma się z czego cieszyć. Przezacny Janke poinformował nas, że sprzedaż "Rz" nieustannie rośnie, "o czym", jak dodał konfidencjonalnie, "nikt nie wie". I to "od stycznia" (http://jankepost.salon24.pl/40243,index.html).
Dawno, dawno temu, kiedy nie było telefonów komórkowych ani laptopów i kiedy red. Janke nie myślał jeszcze o dziennikarstwie, funkcjonowała w kraju "ludu pracującego miast i wsi" tzw. sprzedaż wiązana, która sprowadzała się do tego, że np. płytę Budki Suflera pt. "Za ostatni grosz" (która to opakowana była niemalże w papier pakunkowy) można było kupić w księgarni muzycznej wyłącznie Z płytą T. Turner (z czasów, kiedy przyjeżdżała na koncerty do Polski, nie z czasów "Private Dancer"). Analogicznie dziś sukces wydawniczy "Rz", moim zdaniem, spowodowany jest dołączaniem najrozmaitszych gadżetów do codziennych wydań gazety, nie zaś jakimś wielkim runem czytelniczym na "Rz" i jej publicystyczne osobowości. Ja wiem, że nie zabrzmi to zbyt pocieszająco, ale co mam zrobić? Czy ja wymyśliłem tę sprzedaż wiązaną, czy wydawca "Rz"?
Nie kryję, że sam takim bucem jestem, który kupuje pewne wydania prasy takiej lub siakiej, bo znajduje tam filmy albo jakieś książki - jednocześnie nie kryję, że częstokroć zawartość tych gazet/czasopism itd. w ogóle mnie nie interesuje i trafiają one na makulaturę i/lub do pieca. Teraz jednak Janke mógłby powiedzieć, że nie ma nic złego w tym, że "byznes medialny" sprowadza się właściwie do systematycznego wzrostu sprzedaży danego tytułu, a nie wzrostu czytelnictwa. Trochę tak jak z telewizją: im większa oglądalność, tym lepiej, bez względu na to, czy program jest dobry czy nie, wartościowy czy tandeciarski. Ale przecież - Ladies and Gentlemen - "Rz" chce uchodzić za gazetę opiniotwórczą, ważną, potrzebną, wpływową, no i - tu przyklękam na jedno kolano - inteligencką.
Pamiętam czasy (cholerna pamięć - pamiat'), kiedy "Rz" po rozłożeniu wyglądała jak koc. Można było na niej niemalże piknik urządzać. Nie chodzi tylko o czasy "Polski Ludowej", ale i po 1989 r. Z czasem zaczęto zmniejszać format, aż obecnie z wielką pompą ogłoszono sprowadzenie "Rz" do jakichś cywilizowanych rozmiarów. Wszystko to oczywiście super, ta z jednej strony coraz większa komercjalizacja tejże gazety, jak i to nieustanne modernizowanie (łącznie z nowym layoutem strony internetowej), ale co z tego, jak PARY INTELEKTUALNEJ brak temu wszystkiemu. Mówiąc słowami klasyka - jak ma zachwycać, skoro nie zachwyca?
Znam parę (może nawet więcej niż parę) całkiem zdrowo myślących osób, które nie kupują nie tylko "Rz", ale w ogóle polskich codziennych gazet, gdyż zwyczajnie publicystyka nie jest w stanie ich intelektualnie porwać. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że cała rzesza publicystów udzielających się np. na łamach "GW" "uprowadza duchowo" wielu "wiernych czytelników" - dla mnie jednak nimb roztaczany przez publicystykę "Wyborczej" ma taki uwodzicielski powab jak zapach osiedlowej pizzerii. Ale - i tu wstaję z "przyklękniętego kolana" - z "Rz" nie jest jakoś szczególnie lepiej. Nie mam na myśli pisanych przez wielu lat mądrości S. Bratkowskiego, które ilekroć czytywałem, tylekroć wychodziłem ze zdumienia, że można tak pisać - to, że akurat odszedł z "Rz" w ub. roku, to dobra wiadomość dla potencjalnych czytelników. Ale czy ktoś np. przejął schedę po G. Herlingu-Grudzińskim? Czy stawiane są jakieś poważne pytania, czy też musimy tonąć w jakiejś nieustannej gorączkowej atmosferze szamotania się na granicy mitycznych "III" i "IV RP"? Czy jest coś więcej ponad to, co widzi młode pokolenie dziennikarzy właśnie a la Janke?
Kiedyś wyczytałem taką opinię, że "Rz" chce kontynuować tradycje paryskiej "Kultury". Pomijam już bombastyczność takiego twierdzenia, ale przede wszystkim uderza w nim jakieś całkowite przeszacowanie intelektualnych możliwości stałych publicystów "Rz". Mimo wszystko, takie pisma emigracyjne, jak "Kultura", "Wiadomości Literackie" czy "Libertas" czerpały ożywcze soki z wielu bardzo różnorodnych źródeł, z pewnego pokoleniowego sporu dot. Polski, ale przede wszystkim z pewnej programowej "wolności myślenia", która owocowała pewnym twórczym fermentem, a zarazem wiązała się z wysokimi wymaganiami intelektualnymi stawianymi autorom. Nie wydaje mi się, by takim wysokim wymaganiom "Rz" była w stanie obecnie sprostać. Z tego jednak, co pisze Janke, nie ma w tym chyba nic niepokojącego. Sprzedaż bowiem rośnie, a czy nie ma lepszej wiadomości dla nas, zwolenników kapitalizmu? To trochę tak, jak ze wzrostem gospodarczym - im wyższe wskaźniki, tym większe zadowolenie społeczne.
Janke nie bierze pod uwagę też takiej sytuacji, że wraz ze wzrostem biurokracji w Polsce wzrastają też publiczne zamówienia na "Rz", bo przecież polski urzędnik, zanim zacznie surfować po Sieci, pierwsze godziny pracy poświęca na obowiązkową prasówkę przy kawusi. Mam jednak pomysł na to, by wzrost był jeszcze większy nie tylko poprzez zamówienia ze strony instytucji państwowych. Wystarczy dołączyć nieco atrakcyjniejsze gadżety. Zamiast książki czy płyty można by dodać rozkładówkę z roznegliżowanymi paniami. Gwarantuję, że wtedy sprzedaż błyskawicznie by skoczyła. Czy musiałoby się to od razu kłócić z postulowaną "elitarnością" "Rz"? Absolutnie. Piękno kobiecego ciała może być elementem kontemplacji nawet dla wyrafinowanego intelektualisty czy akademika. Ładnie zresztą korespondowałoby to z kolorem kolumn dla intelektualistów, a określenie "różowe strony" nabrałoby nowego, pełniejszego znaczenia. Myślę, że wtedy nawet młodzież gremialnie zaczęłaby sięgać po "Rz", a nic tak nas przecież nie cieszy, jak czytelnictwo prasy wysokonakładowej wśród polskiej złotej młodzieży.
W takim pomyśle widzę same plusy, a ponieważ nie jest to rozwiązanie skomplikowane, to dziwię się, że nikt jeszcze na nie nie wpadł, zwł. że nawet, jak pamięć mi przypomina, w tak szacownych, kolorowych magazynach, jak "Żołnierz Polski" na ostatniej stronie była rubryka "Na spocznij" z uśmiechniętą i skąpo odzianą młodą damą. Są to więc rozwiązania stare i sprawdzone, a opakowane nowocześnie mogą dodać splendoru i powiększyć zyski wydawcy. Postulowany intelektualizm wcale na tym nie ucierpi, zgodnie z zasadą "nic co ludzkie, nie jest nam obce" albo z jakimś takim programowym, neoklasycystycznym nawiązaniem do antyku.
Zastanawia mnie jedynie, czy ta komercjalizacja to jest już nieodwracalna tendencja w polskich mediach mainstreamowych, czy jedynie chwilowe zawirowanie? Ciekaw jestem, co radosny Janke na to powie? Bo, jak na mój gust, wiąże się ona z obniżaniem pewnych standardów, a nie podwyższaniem. No, chyba, że ja, jako ponury buc, już przestałem rozumieć słowo "intelektualizm", a to, że nie kupuję "Rz", to właśnie jest normalne i wytłumaczalne, bo bucem jestem.


Komentarze
Pokaż komentarze (61)