Nie ma, jak za komuny, kiedy obowiązywała ordynacja, w której nikogo się nie skreślało, tylko wrzucało kartki z nazwiskami tych, co trzeba. Komu to przeszkadzało? Czy nie był to krok we właściwym kierunku w rozumieniu "mechanizmów demokracji"? Taka ordynacja miała o wiele więcej zalet niż tylko utrwalanie politycznego ładu. Nie było agresywnych kampanii wyborczych, nie było hakowania, nikt nikogo nie ciągał po sądach za powiedzenie tego czy owego, nikt nie musiał wymachiwać pięściami na wiecach czy porównywać tych czy tamtych do hitlerowskich zbrodniarzy. No, chyba że ktoś, jakiś awanturnik, dodajmy, czyli niewiele rozumiejący buc, nawoływał do bojkotowania wyborów - z takimi osobnikami stróże prawa i porządku dawali sobie jednak radę i na osobnych spotkaniach na komendach MO lub w tzw. sukach tłumaczyli delikwentowi, na czym polegają mechanizmy demokracji. Czy z powodu takiej ordynacji wyborczej rozdzierali szaty Passentowie, Paradowskie, Kwaśniewscy, Millerowie, Kalisze, Szmajdzińscy i im podobni? Nie. Ordynacja była w porządku.
Z tego też powodu tak ciężko było się z nią rozstać w 1989 r., kiedy to zastosowano opcję tzw. "wyborów kontraktowych". Już wtedy dostrzeżono, że takie mieszanie ordynacji wyborczych (jedni mogą wejść z ulicy, a inni z komunistycznego namaszczenia) nie służy demokracji, bo w pierwszym podejściu przepadła tzw. lista krajowa składająca się z najbardziej wartościowych ludzi w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Obywatele bowiem nie zrozumieli (z tego wszystkiego, tzn. przytłoczeni ciężarem historycznych przemian, historycznych umów Rycerzy Okrągłego Stołu króla Wojciecha) mechanizmu demokracji i nie wybrali tych, których mieli wybrać. Wobec tego, jak być może co starsi pamiętają, po pierwszej turze należało uruchomić taki mechanizm demokracji, który by zapełnił resztę siedzisk w sejmie, ponieważ raptem po pierwszej turze pozostawało jeszcze blisko 300 wakatów! Z historii wiemy, że jak Konstruktorzy stają w obliczu jakiejś konieczności dziejowej, to różne cuda się potrafią zdarzać, tedy i po pierwszej turze zmajstrowano taki mechanizm demokracji, by jednak te 300 foteli obywatele w wolnych wyborach zapełnili. Tym razem już podpowiedziano, kogo wybrać, bo przecież Polska cała, a z nią "wielkie, zbiorowe obowiązki", na swych nowych parlamentarzystów czekała.
Nikt nie wpadł wtedy ani na to, by do sejmu startowało np. nieco ponad stu posłów (w ten sposób po pierwszej turze można by już zacząć obradowanie) - chyba z tej racji, że Polska to wielki kraj, więc i wielką liczbę parlamentarzystów mieć musi. Nikt też nie wpadł na to, by jednak zachować wcześniejszy mechanizm demokracji w całości. Oczywiście, nie w takim znaczeniu, że wybieralne są wyłącznie osoby rekomendowane przez PZPR, ale, że wybieralne są osoby rekomendowane przez POS, czyli Partię Okrągłego Stołu. Partia ta jednak nie tylko nie zrejestrowała się w sądzie, ale też nie chciała przez długie lata ogłaszać oficjalnie swojej listy krajowej, chyba jakoś naiwnie wierząc, że mechanizmy demokracji po historycznym porozumieniu zaczną działać same, bez niczyjej pomocy. Wiara ta błyskawicznie została negatywnie zweryfikowana. Już w niespełna dwa lata z pierwszym wybranym w wolnych wyborach (czyli "po głupiemu", "na dziko", bez żadnych list krajowych) parlamentem trzeba było zrobić porządek (napierw też uczyniono porządek z pierwszym wyłonionym przez taki parlament rządem). No i mechanizmy demokratyczne w 1993 r. sprawiły, że świat nabrał właściwych kolorów, bo obie izby parlamentu zapełniły się w dużej mierze poczciwcami z odpowiednimi życiorysami i światopoglądami. W 1997 r. mechanizmy demokracji trochę się rozlegulowały, bo do parlamentu dostali się w dużej mierze mniej właściwi ludzie aniżeli ci od lat związani z PZPR, ale wnet, dzięki dużej pomocy mediów (ale i rażącej nieudolności oraz nepotyzmowi ludzi "mniej właściwych"), wszystko wróciło do normy i "lista krajowa" zadziałała ponownie, dając w 2001 r. właściwą reprezentację ludzi dobrej woli. Ci ostatni jednak zaczęli się emancypować do tego stopnia, że zobowiązania zadekretowane i zakropione przy okrągłym stole zaczęli tratkować jako już anachroniczne, tzn. zaczeli się wypinać pewną częścią ciała w stronę innych członków POS. To musiało zakończyć się sprowadzeniem komunistów do parteru (nagle antykomunistą ponownie okazał się A. Michnik, demaskując ponure plany zastosowania antydemokratycznych mechanizmów wobec mediów, przygotowywane przez ponurych pezetpeerowców chcących trzymać władzę). W rezultacie mechanizmy demokratyczne zostały poluzowane do tego stopnia, że nad wyraz czujnym Konstruktorom transformacji umknęła uwadze stara zasada, by nie dawać kurze grzędy, bo se ona wyżej siędzie. Tak to zatem wyłonił się znowu dziki i awanturniczy parlament, nad którym nikt nie miał z Konstruktorów kontroli. W krótkim czasie wyłonił on jeszcze bardziej zdziczały faszystowsko-bolszewicki rząd, którego ani ogniem, ani mieczem zniszczyć nie było można, zaś żelazem wypalać można było jedynie protestacyjne hasła na murach. Nic dziwnego, że Konstruktorów z POS mocno zaniepokoił los konstrukcji transformacji, konstrukcja ta bowiem zaczęła się naraz chwiać w posadach i coraz więcej znaków na niebie i ziemi pokazywało "przekroczone stany alarmowe", tzn., że demokracja ledwie wytrzymuje ten stan niekontrolowanego chaosu.
Na szczęście (podobnie jak wobec pierwszego zdziczałego parlamentu), udało się w miarę szybko doprowadzić do rozwiązania seumu i senatu oraz do uruchomienia tych mechanizmów demokracji, które, jak za dawnych lat, wyłaniały właściwych kandydatów. Nie poczyniono jednak najważniejszego kroku. Nie ustalono listy krajowej ani też ordynacji bez skreśleń. I to mnie głęboko zadziwia. Jest przecież tylu mądrych, światłych, wykształconych prawidłowo, wrażliwych społecznie, ale i liberalnych ekonomicznie tak jak Pan Bóg przykazał (zręby tego liberalizmu gospodarczego ustalił nasz niedoszły noblista ekonomiczny L. Balcerowicz) ludzi, którzy - zasiadłszy do jakiegoś Okrągłego Stołu II - mogliby taką listę raz na kilkanaście kolejnych lat ustalić. Czy nie dałoby się obywatelom wprost powiedzieć: oto porządni politycy, na których należy głosować? O niektórych zaletach takiego mechanizmu demokracji już pisałem wyżej, lecz przypomnę pokrótce: oszczędność pieniędzy podatnika, nie ma bałaganu, nie ma wojny przedwyborczej, nie ma "dzikich kandydatów" faszystowsko-bolszewickich - mało! Jeszcze i sporo hierarchów naszego Kościoła Katolickiego taką listę krajową mogłoby poprzeć (vide "zaangażowanie Kościoła po właściwej stronie" nie zaś "mieszanie się do polityki"), nie mówiąc o patriotycznie nastawionych, odpowiedzialnych artystach, sportowcach czy - nie bójmy się tego słowa - dziennikarzach.
Najważniejsza zaleta jest jednak taka: nie trzeba byłoby się wtedy bać o to, że jakaś dyktatura czy "demokratura" (określenie znanego zwolennika mechanizmów demokratycznych, W. Pawlaka) wpłynie na wynik wyborów. Niepotrzebne byłoby wzywanie obserwatorów zagranicznych skądkolwiek, ponieważ nie byłoby tego najstraszniejszego zagrożenia, że jakaś faszystowsko-bolszewicka ręka sfałszuje wybory.


Komentarze
Pokaż komentarze (31)