Krakowski prof. A. Nowak napisał w ostatniej "Rz" na temat polskości, polskiego poczucia wspólnotowości oraz potrzeby ciągłego, mozolnego odbudowywania więzi pozwalających ukonstytuować się naszemu patriotyzmowi. Jest to, mówiąc dokładniej skrócony tekst wykładu, a zarazem wypowiedź jakoś niezwykle cenna w kontekście tych historycznych zmian, jakich jesteśmy świadkami.
Pozwolę sobie zacytować jedynie niektóre fragmenty tego obszernego historiozoficznego rozważania, do lektury którego wszystkich Państwa odsyłam (http://www.rp.pl/artykul/63795.html), ale też spróbuję się odnieść polemicznie do głównego przesłania tego wykładu. Wydaje mi się bowiem, że stoimy przed pytaniem iście kantowskim, mianowicie "jak możliwy jest patriotyzm?" (a wobec tego, "czy polski patriotyzm jest możliwy?"), nie zaś "jak wzmacniać/rozszczepiać polski model patriotyzmu?" - o tym jednak za chwilę. Tekst Nowaka przeczytałem rano i nawet skłaniałem się do jakiegoś szerszego skomentowania, potem jednak odstąpiłem od tego zamiaru. Po południu pojawił się zaś bardzo ostry i jednocześnie intrygujący komentarz Unukalhai'a (http://freeyourmind.salon24.pl/#comment_630409), wobec tego poczułem się zmuszony do próby krytycznego podjęcia tego fundamentalnego zagadnienia.
Zacznijmy od tez Nowaka, który pod koniec swego wykładu mówi tak:
"To jednak, co łączy nasze najpiękniejsze doświadczenia historyczne, najwspanialsze elementy naszego dziedzictwa, to właśnie „próbowanie niemożliwości”. Republika idealna musi opierać się na cnocie obywateli. Zrealizowanie prawa narodów do wolności opierać się musi na uetycznieniu stosunków między narodami. Wolność w jednym i drugim przypadku nie może się udać bez chrześcijańskiej inspiracji.
Mówił o tym wielokrotnie Jan Paweł II. I przypominał, że ta inspiracja towarzyszyła wszystkim polskim próbom wolności. Przypominał nam o tym jak o zadaniu. Kto pyta dziś, czy patriotyzm jest jak rasizm, kto odrzuca natchnienie polskiego patriotyzmu – niech sięgnie po „Pamięć i tożsamość”.Warto jednak przypomnieć i inne papieskie przesłanie na koniec. Mało kto uświadamia sobie, że ostatnim tekstem, jaki Jan Paweł II skierował do Polaków, nie był jego testament, ale list adresowany do generała zakonu paulinów na Jasnej Górze – na okazję 350. rocznicy obrony jasnogórskiego klasztoru. Na końcu tego poruszającego listu jest gorący apel, byśmy zachowali jedność, zachowali poczucie wspólnoty.
Fundamentem wspólnoty jest przyjaźń – filia, opisana w „Etyce nikomachejskiej” (ks. VIII i IX) przez Arystotelesa. Szacunek oparty na wzajemnej znajomości, na podzielanych wzajemnie podstawowych wartościach i na wspólnym uczestnictwie w rzeczywistości. Najważniejszym może, a na pewno pierwszym zadaniem, jakie stoi przed naszą służbą publiczną, jest praca nad odbudową przyjaźni między Polakami, przyjaźni w ramach polskiej polis. Bez odtworzenia przyjaźni w tej najszerszej z naturalnych wspólnocie nie tylko nie zrealizujemy żadnej zbiorowej misji, ale nie obronimy się przed bandytami, naszych dzieci przed pornografią, siebie samych przed eutanazją.W języku chrześcijan Arystotelesowska przyjaźń – filia – przetłumaczona została na inny nieco termin: caritas. On właśnie tworzy podłoże specyficznej formy patriotyzmu, którą zostawiła nam w spadku Rzeczpospolita."
Wcześniej jednak diagnozuje naszą aktualną sytuację kulturową:
"Młodsze pokolenie, wychowane w III RP, uczono praktycznie ucieczki od polskości. Uciec – ale dokąd? Niektórzy wierzą, że zjednoczona Europa da nam szansę takiej ucieczki. W interesującym tekście, jaki przeczytałem kiedyś w jednym z tygodników (pod charakterystycznym tytułem, „Czy polskość jest nam potrzebna?”), nadzieje na możliwość oderwania się od Polski zostały jednak zakwestionowane. W owym artykule, ludzi, którzy żywią tego rodzaju nadzieje, nazwano „ambitnymi”. Drugą, bez porównania liczniejszą grupę tworzą „bezradni”. Ci szans nie widzą, by swój garbaty, polski los odmienić. „Ambitni” chętnie zerwą więź wszelkiej wspólnoty z „bezradnymi” (polską wsią, polskim robotnikiem, dużą częścią inteligenckiej budżetówki także), byle tylko uzyskać akceptację swojej równoprawnej pozycji w lepszym, europejskim świecie. Zerwać tę więź nie jest tak trudno. Mentalnie przez ten proces przeszła „w tym kraju” niemała już część elit polityczno-biznesowych i kulturalnych."
A jak Nowak rozumie pewne istotne czynniki usensowniające nasze poczucie polskości?:
"Wspólnotę narodową łączyć może anamneza – przypomnienie tego, co wielkie i wzniosłe we wspólnej przeszłości. Spoiwem wspólnoty może być także kuszący projekt przyszłości – natchnienie obietnicą, która łączy wszystkich członków wspólnoty. Nasz „nowy patriotyzm” przekreśla zdecydowanie pierwszą z tych dwóch perspektyw. Druga pozostaje z całą pewnością nie dość porywająca, by spełnić swoją integrującą funkcję: wizja lepszej jakości produktów made in Poland, poprawy stanu dróg w Polsce, zmniejszenia korupcji w naszych urzędach, jakkolwiek niezwykle pożądana, nie wystarczy do przekonania, że warto być Polakiem, że dobrze być Polakiem.Żeby polskość stała się znowu atrakcyjna, musi odnaleźć swoją zrozumiałą dziś misję, ideę. To samo zresztą dotyczy także europejskości, która wciąż nie może się odnaleźć w biurokratycznych strukturach Unii; to samo dotyczy w gruncie rzeczy każdego narodu. Żeby przetrwać, trzeba odnaleźć swój sens niematerialny.
Jeśli chcemy poszukać źródeł polskiego patriotyzmu – innych niż szowinizm imperium, innych niż kłamstwa z PRL, skierować powinniśmy się w stronę ideałów Rzeczypospolitej i niepodległości. W tych dwóch sprawach, które łączy jedna idea nadrzędna: wolności – kryje się to dziedzictwo, bez którego zrozumienia i podjęcia nie będziemy Polakami, nie pojmiemy siebie jako wspólnoty, w której warto być. A tylko wtedy odzyska ona swoją siłę przyciągania – tę, jaką polska wolność miała w wiekach XV – XVII dla setek rodów litewskich, ruskich, pruskich i ormiańskich, i tę, jaką odzyskała w wieku XIX (bez państwa) dla tych, których zafascynowało hasło „walki za waszą i naszą”."
Wszystko to są bardzo piękne idee, jednakże przebija w nich właśnie świat idealny, a nie realny. Polska to marzenie, to mit, który nosimy w sercu, jak jakieś natrętne wspomnienie arkadyjskiego dzieciństwa. Państwo realne, w którym egzystujemy, które drenuje nasze kieszenie na rozmaite sposoby, które nas przekonuje za pomocą skorumpowanych urzędników, że wszystko to dla naszego dobra - jest bardzo odległe od ideału. Ale państwo to jeszcze nic, ponieważ nawet bezduszne struktury czy ślepe mechanizmy można jakoś umiejętnie korygować, tak by ich funkcjonalność przekładała się na jakiś pożytek dla obywateli. Problem jest dużo głębszy.
Nie ma bowiem czegoś takiego jak jedna definicja polskości. To nie koniec. Nie ma czegoś takiego, jak jedna świadomość polskości. Oczywiście, można się spierać, czy taki byt w ogóle istnieje, ale załóżmy intuicynie, że chodzi nam o pewien trwały sposób myślenia, postępowania, pewien zespół przekonań, pewną postawę i pewne mocne poczucie właśnie oparte na więzach z innymi rodakami. Nie ma tego. Polacy nie są skłóconym narodem w takim sensie, jak rozumiemy kłótnie w rodzinie czy gronie przyjaciół, kiedy to ludzie się czasami mocno spierają, ale przychodzą święta czy jakieś poważniejsze problemy i nastaje zgoda. Polacy są skłóceni głęboko - nie znoszą się, ponieważ są programowo skłócani od wielu dziesięcioleci.
Jeślibyśmy pominęli pewien dwudziestoletni epizod międzywojnia, to w naszej historii ostatnich paru wieków można powiedzieć mamy nieustające pasmo "kulturowych zaborów", które przekładają się z jednej strony na tworzenie świadomości obywatela "podporządkowanego", "sprasowanego", "poniżonego" przez państwowe, zaborcze instytucje, z drugiej na nieustanne podsycanie konfliktów społecznych, "zarządzanie kryzysami społecznymi", czyli mówiąc prościej: szczucie jednym obywateli na innych. Okresy zaborów (pomijając okres międzywojnia, powtarzam, zakończony prawdziwą Apokalipsą w postaci hekatomby na polskiej ludności i elitach) i okres komunizmu przyzwyczaiły Polaków do poczucia BRAKU WIĘZI. Oczywiście ciemnemu ludowi tłumaczono to po wojnie na uczelniach (zwł. na wykładach z socjologii) procesami atomizacji nowoczesnego społeczeństwa w XX w. O ile jednak atomizacja w społeczeństwie związanym z kapitalizmem miała charakter w dużej mierze spontaniczny, wynikający z coraz większego i szybszego usamodzielniania się młodych ludzi, o tyle zrywanie więzi międzyludzkich w komunizmie miało charakter celowej dezintegracji społeczeństwa. Marksiści tłumaczyli sobie to przy wódeczce "narastającą walką klas" lub też - w bardziej wyrafinowany sposób - "aproksymowaniem społeczeństwa bezklasowego", jednakże chodziło zwyczajnie o - powiedzmy - terror stosowany, o praktycznie wprowadzaną w życie myśl rewolucyjną, że zbydlęconym ludem łatwiej jest zarządzać, łatwiej jest go trzymać pod batem, jeśli jest wewnętrznie skłócony (jak zgraja gryzących się kundli), aniżeli wtedy, gdy stanowi jakąś spójną wspólnotę. Temu rewolucyjnemu celowi służyło eksterminowanie jednostek najodważniejszych ze zbrojnego antykomunistycznego podziemia oraz jednostek najinteligentniejszych stanowiących elity kultury. Temu też służyło bezwzględne zwalczanie religii katolickiej, która przecież stanowiła główne spoiwo polskości przez długie wieki. Pruską metodologię Kulturkampfu stosowali więc z równą zapamiętałością bolszewiccy konstruktorzy nowego ładu społecznego.
W 1989 r. z tymi komunistami, którzy przez kilkadziesiąt lat za cel stawiali sobie stworzenie sowieckiego polskiego człowieka, zawarto układ, niemalże jak pakt z diabłem, po podpisaniu którego zaczęto obywateli przekonywać, że już jest wszystko w porządku, ponieważ Polacy "są w swoim domu". Co mieli robić? Pomóc. Tak to wyglądało. Przynajmniej na plakatach, ponieważ w istocie rzeczy procesy dezintegracyjne wcale nie zostały powstrzymane. Wtłaczano więc do głowy ciemnemu ludowi, że wszystko idzie w dobrym kierunku, jednakże nadal pogłębiano konflikty społeczne, a nawet podsycano je na nowo. Podsycano tęsknotę za komuną, jednocześnie straszono państwem wyznaniowym (vide np. kwestia "mieszania się Kościoła do polityki poprzez forsowanie zakazu aborcji"), straszono bratobójczą wojną domową czy polowaniami na czarownice (vide rozliczanie komunizmu), rysowano wreszcie wizję "polskiej Białorusi" w miesiącach referendum przedakcesyjnego. Konfliktowanie polskiego społeczeństwa było jednym z głównych sposobów "zarządzania kryzysami", ale też trwale uniemożliwiało powstawanie więzi międzyludzkich nowego typu. Odbiło się to - rzecz jasna - na świadomości polskości, którą - tu uwaga - z premedytacją zaczęto zastępować "świadomością europejską". Teksty (hasła-cepy) typu "patriotyzm to szowinizm" musiały się w końcu pojawić w debacie publicznej jako logiczna konsekwencja "kulturowej dezaktualizacji polskości".
O ile jesień 2005 r. miała stanowić jakąś poważną próbę odtworzenia poczucia polskości i odbudowy polskiej wspólnoty, o tyle natychmiast została storpedowana przez wszystkie niemalże "ośrodki polityczne". Jeżeli więc teraz J. Staniszkis mówi o jakimś "programie nadziei" czy "dawaniu nadziei Polakom", to moim zdaniem jest to całkowite nieporozumienie, ponieważ ów rzekomy program nadziei zbudowany został przez strategów z PO na tak ostrym konflikcie społecznym, jakiego po 1989 r. jeszcze nie widzieliśmy. PO wszak wraz ze swoimi legionami medialnymi zwalczało PiS w taki sposób, jakby to RZECZYWIŚCIE była partia faszystowsko-bolszewicka. Nikt tak nie zwalczał nawet komunistów, choć tym ostatnim po 1989 r. należało się nie tylko sprawiedliwe osądzenie, zdegradowanie, pozbawienie przywilejów najrozmaitszych, ale i niejednokrotnie długoletnie więzienie. Na domiar złego, to właśnie komunistów z SLD miało PO za głównych sprzymierzeńców w walce z PiS-em.
Unukalhai ma rację, pisząc o instrumentalnym potraktowaniu młodego pokolenia w celach politycznych. Zapoczątkowane więc przez PiS odbudowywanie wspólnoty narodowej (także, dodajmy, poprzez tzw. politykę historyczną), zostało błyskawicznie wyszydzone, ale i drastycznie przerwane. Ten proces został powstrzymany gwałtem, kłamstwem - przemocą (głównie medialną, choć przecież rozmaitymi niepokojami społecznymi zarządzała opozycja w ciągu tych dwóch lat) - nie zaś jakimś pozytywnym programem, dajmy na to, konkurencyjnym wobec hasła "Polski solidarnej". Gdyby bowiem PO współpracowała z PiS-em, a nie traktowała go jako śmiertelnego wroga i gdyby wygrała w sportowej walce, proponując po prostu lepszy, bardziej spójny, nieco idealistyczny, lecz nie podszyty kłamstwami program - nie byłoby takiego kryzysu społecznego. Tak się jednak nie stało. PO wybrała drogę poprzez przemoc i ta przemocą władzę wzięła. Taka jednak jest polityka, która z moralnością i cnotliwością wcale nie musi mieć wiele wspólnego.
Przekłada się to jednak na kwestie związane z polskością. Świadomość polskości nie jest możliwa, jeśli politycy zabiegają głównie o to, by za pomocą konfliktowania społeczeństwa przejmować władzę. Sytuacja jest jeszcze gorsza. Oto bowiem ludzie związani z PO wcale nie odczuwają jakiegoś "konfliktu sumienia" z powodu stosowania demagogii, kłamstw, przemocy medialnej itd. w celu przejęcia władzy. To wszystko więc, co stanowiło "najcięższe grzechy" PiS-u naraz się okazało całkiem użytecznym środkiem działania dla partii opozycyjnej. I co? I nic. Nikomu to nie przeszkadza, bo jak Kali kraść krowę, to jest cool. Ale jakby i tego było mało, zwycięzcy uważają się także za krzewicieli patriotyzmu i świadomości obywatelskiej czy nawet... nowoczesnej polskości.
Nie ma zatem jakiegoś jednego modelu polskości, do którego możemu wrócić. A nawet, jeśliby był, to konstruktorzy transformacji nie dadzą nam wrócić, bo Polacy między sobą nie mogą się przyjaźnić w sensie nie tylko arystotelesowskim, ale w żadnym. Polskość jest obecnie dekonstruowana i redefiniowana (niemalże tak jak pojęcie rodziny w nowoczesnym, antychrześcijanskim modelu społeczeństwa europejskiego), rozmaici macherzy grzebią obcążkami i szpikulcami, by z polskości zostawić jedynie to, co np. spodoba się kochanym sąsiadom, czyli Niemcom i Rosji. Co to mogłoby być? Ziemia i folklor. Cóż innego Polacy mogą dać światu?


Komentarze
Pokaż komentarze (41)