- sprostowanie nadeszło dziś z najmniej spodziewanej strony, ponieważ wygłosił je W. Putin, który na szczycie UE-Rosja wprost powiedział, że zainstalowanie tarczy antyrakietowej w Polsce będzie zbrodnią podobnego kalibru, co instalowanie przez ZSSR wyrzutni pocisków średniego zasięgu na Kubie. Wydawać by się mogło, że analogia jest dość grubo ciosana, w końcu to ZSSR wykazywało się w ten sposób swoimi agresywnymi zamiarami (pociski miały stanowić bezpośrednie zagrożenie dla USA) i to od twardej postawy Amerykanów zależało, czy sowieciarzom ustąpi się pola, czy nie - gdy tymczasem tarcza antyrakietowa nie ma charakteru ani agresywnego, ani nawet antyrosyjskiego. Pal diabli jednak szczegóły historyczno-militarne, kiedy w tej dzisiejszej przemowie Putina ukazała się prosta prawda o naszej sytuacji po zwycięskich dla PO wyborach.
Dla Rosji Polska stanowi "niezagranicę" od 1939 r. (choć można by i dalsze cezury wytyczać, wszak agresja bolszewików parę lat po czerwonej rewolucji wiązała się także z próbą zainstalowania agenturalnego rządu i utworzeniem Polskiej Republiki Sowieckiej) - problemem jest, czym Polska jest nie dla rosyjskich, ale dla polskich polityków. W przypadku rządów PiS-u sytuacja była dość klarowna - jednoznaczne dążenie do sojuszu z USA i chęć zainstalowania tu antyrakietowej tarczy wywoływały zgrzytanie zębów w Rosji i w ten sposób uzyskiwaliśmy potwierdzenie, że podążamy we właściwym kierunku, bo zadowolenie Rosji z naszej polityki zagranicznej nigdy nie przekładało się na poprawę naszej sytuacji, a zwykle na jej pogarszanie się. Teraz jednak, gdy PO szykuje się do przejęcia władzy, sprawy przybrały zgoła odmienny obrót - nic dziwnego zatem, że po wstępnych pochwałach ze strony Kremla nadszedł czas na "przywoływanie Polski do porządku", czyli ustawianie jej w szeregu państw zależnych od "silniejszych partnerów" (tzn. takich, co przewracają karty historii). Na szachownicy międzynarodowej można to porównać do pozycji pionka w grze.
W "Rz" czytamy, że:
"Porównanie jest mocne, bo – w opinii historyków – świat znalazł się wówczas na krawędzi wojny nuklearnej. Po umieszczeniu przez ZSRR na Kubie rakiet średniego zasięgu zagrażających terytorium USA prezydent Kennedy zarządził blokadę wyspy. Ostatecznie, 28 października 1962 roku Chruszczow ustąpił i zgodził się na demontaż wyrzutni. Putin nie pozostawił wątpliwości, że obecnie Rosja nie zgadza się na rozmieszczenie rakiet przy swoich granicach."
(http://www.rp.pl/artykul/65415.html)
O tym jednak, że Rosja się nie zgadza, to słyszeliśmy od wielu już miesięcy, a nawet lat. Istotne było jednak to, że zgadza się na to Polska i USA. Czy jednak ta zgoda będzie podtrzymywana? Nie jest to wcale pewne. Już przywoływałem w jednym z postów głos B. Komorowskiego, który można było odczytać jako czytelną zapowiedź odchodzenia od polityki proamerykańskiej. Blokada dyplomatyczna, jaką wobec Polski stosuje dziś Rosja niewiele ją kosztuje, dzieje się to wszak bez jakiegokolwiek zaangażowania militarnego. Jednocześnie zaś Putin proponuje powołanie "euro-rosyjskiego" instytutu demokracji i wolności (http://wiadomosci.onet.pl/1631113,12,1,1,,item.html), co - biorąc pod uwagę zakres swobód obywatelskich w Rosji oraz stopień udziału służb specjalnych w rządzeniu tymże państwem - brzmi jak ponura kpina tego rodzaju, co stalinowskie hasło "walki o pokój". Dla UE jednak taki instytut to może być wspaniała inicjatywa, czemu by nie podeliberować o demokracji i wolności? Cóż w tym złego? Czy nie może to przybliżyć Rosji do demokratycznego i liberalnego ideału? Przecież każdy środek wiodący do tego ideału jest dobry.
"Zdaniem Putina instytut może sprzyjać bardzo pożytecznemu dialogowi w kwestii wolności słowa, czy sytuacji imigrantów i mniejszości narodowych."
Czy w tej debacie przewidziano by kwestię czeczeńską? Nie wiemy, lecz czy UE powinna sobie zaprzątać głowę drobnymi narodami?
Podobnie chyba UE powinna przestać się głowić nad Polską. Dość oglądania się wstecz, dość tego nieustannego polskiego straszenia Rosją, polskiej cholernej martyrologii, czas na spojrzenie w przyszłość, na rozwiązywanie problemów ogólno europejskich, a nawet globalnych, jak choćby efekt cieplarniany. O, to jest poważny problem, a nie kwestia, jakie Polacy wymyślają wytłumaczenia dla swoich antyrosyjskich fobii. Mamy więc teraz prosty sprawdzian siły nowego polskiego rządu. Jeśli ugnie się pod rosyjską presją, to znaczy, że radość Putina była w pełni uzasadniona. Można zresztą powrócić do zarzuconego kiedyś pomysłu (bynajmniej nie mam na myśli NATO-bis), zaproponowanego prezydentowi Bushowi w czerwcu tego roku przez samego Putina, a mianowicie, do lokalizacji tarczy antyrakietowej w Azerbejdżanie (było to być może nawiązanie do idiotycznej propozycji amerykańskiego generała H. Oberinga, by część instalacji tarczy umieścić w Rosji i połączyć technologie militarne obu krajów). Oczywiście, należałoby tę koncepcję jakoś zmodyfikować, zgodnie z zapatrywaniami geopolitycznymi Partii Okrągłego Stołu, a zwł. ludzi z think tanku Geremek-Bartoszewski & Co. Otóż można by zaproponować instalację rosyjskiej tarczy antyrakietowej w Polsce. W ten sposób byłaby tarcza antyrakietowa (zgodnie z planem militarno-obronnym USA), a zarazem nie byłaby wymierzona w Rosję (wbrew obawom militarystów rosyjskich). Być może kłóciłoby się to w pewnej mierze z ideą zbliżenia naszego kraju ze Stanami Zjednoczonymi, lecz przecież wiemy z historii, że idealizm nie prowadzi z reguły do pozytywnych skutków. Byłoby to jednocześnie zgodne z wizją polskiej polityki zagranicznej za czasów T. Mazowieckiego, który, jak pamiętamy, wcale się nie kwapił do występowania z Układu Warszawskiego.


Komentarze
Pokaż komentarze (39)