No, nuda, proszę Państwa. Nic się nie dzieje. Rząd miał być już gotowy, ino J. Kaczyński jeszcze stawał na drodze przemianom porównywalnym z obaleniem muru berlińskiego (albo i nawet chińskiego, panie dzieju), a tu dalej nic się nie dzieje, tak jakby załoga statku obraziła się na tubylców. No, ale niby za co? Za rozbudzone oczekiwania? Za zbyt wielkie nadzieje? A może trwa jeszcze jakaś Ważna Narada? Nic się kompletnie nie dzieje od paru dni, toteż ja znudzony przeglądam te osowiałe portale informacyjne i gazety w salonach z prasą i czuję się, jak Z. Maklakiewicz na polskim filmie. Niby bowiem kapitan D. Tusk się uśmiecha, niby kontradmirał W. Pawlak tryska bon motami niemalże jak legenda salonów J. Oleksy za swych najlepszych czasów brylowania w high lifie ("gdzie ci mężczyźni?"), z wszystkiego tego jednak przebija pustka, nuda, beznadzieja. I co ja wtedy robię? "Wychodzę z kina". Ale, ale. Wolnego, kolego. J. Żakowski w najnowszym numerze "Filmu", gdzie ma mieć teraz stałą rubrykę, pisze, że od polityki nie da się odejść tak, jak opuszcza się nudny seans. Święte słowa. Wprawdzie Żakowski miał na myśli oczywiście potworne rządy kaczystów, ale co ja poradzę, że ta metafora jak ulał pasuje do obecnej sytuacji?
Od paru dni o niczym innym nie słyszę, tylko o jakimś cholernym stadionie, jakby to był problem numer jeden w Polsce. Wydawało się bucom takim jak my, że to reforma systemu podatkowego, kwestia bezpieczeństwa międzynarodowego, kwestia naszych relacji z Niemcami i Rosją, to jakieś poważne zagadnienia. A tu wychodzi, że... stadion. Może to jest tak, że jaki rząd, takie problemy do rozwiązania. Ptaki jednak ćwierkają, że sprawy się odwlekają (innymi słowy, statek do brzegu dobić nie może), ponieważ system decyzyjny się zablokował gdzieś pomiędzy Agorą a Wiejską. Tedy A. Michnik i święci Pańscy z korporacji Geremka i Bartoszewskiego chcieliby po swojemu Polską pozarządzać - znaczy, po staremu (oldies but goldies, anyway), natomiast inni sobie obmyślili, żeby z Sikorskim i Saryuszem-Wolskim na kierowniczych stanowiskach kierować. Bucom takim, jak my przedstawia się to w formie stadionu czy innego problemu "obsadzenia ministerstwa gospodarki", temczasem lina przeciągana jest ponoć gdzie indziej.
No dobra, ale co my z tego mamy? Na razie, jak widać, niewiele. Ale też jakby w gazetach powoli dogasa nastrój powyborczych bachanaliów i jakby "sober days" zaczynają nastawać. I tak jakby już coraz mniejszy entuzjazm towarzyszył kolejnemu rządowemu przesileniu. "Nic nie może przecież wiecznie trwać", to oczywiste, ale czy do atmosfery nadchodzącego cudu gospodarczego jednak jakiś zapał by się nie przydał? Toteż dziarsko za rozpalanie obywatelskiego ducha wzięła się załoga frontmenów z "Polityki" (tych ludzi kiedyś jeszcze jakiś porządny rząd ozłoci, mówię Państwu), no i taki niezmordowany liberał i wolnomyśliciel D. Passent od razu wali między oczy:
"Kiedy tylko okazało się, że PiS wybory przegrało, rozległy się przestrogi i pogróżki pod adresem zwycięzców, żeby broń Boże nie urządzali żadnych czystek. To nie byłoby eleganckie, psułoby obyczaje, śmierdziałoby odwetem i zemstą, a to są przecież uczucia obce dżentelmenom z IV RP. We czwartek po wyborach komentator „Rzeczpospolitej” Igor Janke pisał, że „nowa jakość w polityce kadrowej nie może się zaczynać od masowej wymiany PiS-owców na swoich. Potrzebne jest wprowadzenie przejrzystych i uczciwych zasad wyboru kandydatów na rozmaite publiczne funkcje.” Od kiedy? – chciałoby się zapytać."
(...) Od żałosnego końca rządów SLD trup ściele się gęsto – w ministerstwach, poczynając od MSZ. Jeżeli większość ministrów po 1989 r. uważa się za agentów obcego wywiadu, to nietrudno sobie wyobrazić, co sądziło się o ich podwładnych. W innych ministerstwach było podobnie. Gołowąs z Młodzieży Wszechpolskiej lepszy był od kogoś, kto „karierę zrobił w III RP” lub - nie daj Boże - jeszcze wcześniej. Wszak nie mogąc sobie poradzić z usunięciem profesury, Jarosław Kaczyński majaczył o utworzeniu nowego uniwersytetu państwowego, wolnego od skompromitowanych uczonych. A IPN? CBA? Tajne służby? A media publiczne? A Krajowa Rada, a zarządy, a redakcje i piony TVP, PAP i Polskiego Radia? (...) Ulubionym argumentem obrońców czystki i TKM jest twierdzenie, że za Millera i SLD nie było lepiej. Jestem innego zdania – były sitwy, kumple i układy, ale nie do tego stopnia co za rządów Marcinkiewicza i Jarosława K. Świadczy o tym choćby sama „Rzeczpospolita”."
(http://passent.blog.polityka.pl/?p=363)
Otóż to, taki styl, jak czołowego publicystę stanu wojennego przystało. Bij gada! Depcz gadzinę kontrrewolucji, zwł. gdy jeszcze łeb chytrze podnosi (nie hydrze, wbrew pozorom, lecz chytrze). Przy okazji dostało się Jankemu, Ziemkiewiczowi i przy okazji całej redakcji "Rz". Może, do cholery, Passenta na naczelnego "Rz" teraz by tak wstawić? Ma chłop porządny, rewolucyjny zapał od kilkudziesięciu lat. Trzeba by to jakoś nareszcie skanalizować. Wtóruje mu A. Szostkiewicz choć już nie stylistyką stanu wojennego:
"Odchodząca minister Fotyga, wierna uczennica Braci, nie potrafiła nie grozić nowej ekipie zapowiedzią siania zamętu. Jeśli przejdzie do kancelarii prezydenta na odcinek zagraniczny, to te pogróżki mogą się zmaterializować. Strach pomyśleć, jak wtedy wyglądałaby nasza dyplomacja: premier i minister spraw zagranicznych jedno, prezydent drugie. W mediach mnóstwo rytualnych zaklęć pod adresem Lecha Kaczyńskiego, że przecież kto jak kto ale on, profesor prawa, zdaje sobie sprawę z tego, jak szkodliwa byłaby taka przepychanka w polskiej polityce zagranicznej. Ale prezydent milczy.
Nie wiadomo, czy smażą teraz z Jarosławem jakiś pasztet, którym już na starcie uraczą rząd Tuska, czy może Lech Kaczyński szykuje jakieś samodzielne orędzie bardziej konstruktywne. Choćby o kwestii Karty Praw Podstawowych, dawno przez Polskę zaakceptowanej, a teraz zinterpretowanej na nowo przez minister Fotygę do straszenia Polaków, że jednak Niemcy nas wykupią.
Przykład Karty jest dobrą lekcją poglądową, jak można żerować na ignorancji i kompleksach Polaków, by podrywać zaufanie tym razem już nie do naszych partnerów niemieckich, ale do Polaków z politycznej konkurencji. Spory kamyk należy się też ogródkowi mediów elektronicznych. Dziennikarze zamiast wyjaśniać mity narosłe wokół rzekomych zagrożeń w Karcie, żonglują Kartą jako hasłem wywoławczym do widowiska polemicznego." -
(http://szostkiewicz.blog.polityka.pl/?p=262)
ale też dziarsko, bo nawet głupim mediom się przy okazji dostaje, że nie dojrzały do obrony Karty Praw Podstawowych. Jeszcze ciekawiej pisze J. Urban, tóry z niejedengo propagandowego pieca chleb jadł:
"Sprytny fanatyk z poczuciem misji i paranoiczną wiarą w spiski musi z czasem przegrać, ponieważ uczepiony swoich celów wojuje z tworami własnego umysłu, czyli z nierzeczywistością. I jeszcze jedno: Jarosław Kaczyński, walcząc ze spiskiem imaginowanym, tym zawiązanym przez układ, naprawdę wywołuje nawiązywanie różnych zmów jemu nieprzyjaznych [podkr. F.Y.M.]. Mianowanie kogoś wrogiem stwarza wroga w tym samym stopniu, jak mianowanie ministrem ministra. Co na jedno mu wychodzi. Kaczyński bowiem od 2005 r. chyba już ze 20 swoich wrogów wyhodował w samym rządzie."
(http://www.nie.com.pl/art9490.htm)
Wobec tego, zamiast narzekać, że nastroje opadają, Tusk et consortes powinni zatrudnić takich entuzjastów przemian, a nie czekać, aż sfrustrowani tubylcy zaczną oblegać statek, wdrapując się nieporadnie po burcie. Ziemię z posad ruszyć należy, a nie czekać na niewiadomą. (Aczkolwiek to sformułowanie o zmowach, którym chlapnął Urban, nie brzmi jakoś znajomo?)
Problem jednak chyba w tym, że PO odeszło od fantastycznego przedwyborczego programu wielkiej koalicji. Gdyby do rozmów koalicyjnych włączono LiD, zapał byłby większy (przynajmniej wśród załogi), a tak? Foreign Affairs bez prof. Geremka? Czy taki rząd jest się w stanie utrzymać? Co ten Tusk tak kręci i kręci sterem w różne strony, że statek aż się zacząć gibać na falach? Niby Bartoszewski jako ekspert, ale przecież Geremek to superekspert i nawet takim superpremierem mógłby być, jak kiedyś Balcerowicz w rządzie AWS-UW. Czy ktoś z tubylców by tego nie przełknął? Nie wierzę. Przełknęliby rząd nawet z Geremkiem i Balcerowiczem. No, może gdyby dokooptować Wałęsę na ministra spraw wewnętrznych, to by coś klękło, ale na szczęście to stanowisko już jest obsadzone.
PS. Pocieszyć nas może jedynie już M. Kobosko z "Newsweeka":
"Na razie jest przede wszystkim nudno, bo dwie partie skazane na koalicję dogadują się w zupełnie innym stylu niż PiS z LPR i Samoobroną. Ale właśnie za taką nudą głosowało prawie 70 proc. uczestników wyborów."
(http://www.newsweek.pl/wydania/artykul.asp?Artykul=20589)
A negocjacje z PO w 2005 r., to pies? :P


Komentarze
Pokaż komentarze (60)