Jak to jest, że nie ma jednej miary dla współpracy z bezpieką? Jak to jest, że przy jednych dokumentach współpracy grono znawców dzieli włos na czworo, deliberuje, cmoka, parska, kręci głowami, mruczy, burczy, drapie się za uchem, a przy innych dokumentach tupie, rozdziera szaty, wyrywa włosy z głów, skacze przed mikrofonami, wybałusza oczy, macha rękami, "nie ma słów oburzenia" i w ogóle biadoli nad upadkiem obyczajów, zdradą, a nawet naśladowcami Judasza?
Jak to jest, że prof. A. Friszke:
"Odnosząc się do kwestii, czy za agenta można uważać osobę, która tylko podpisała deklarację współpracy z SB, odpowiedział, że "ta sprawa jest przedmiotem sporu". - Publikowana przez IPN lista zawiera tylko wypis z akt, bez weryfikacji prawdziwości jej zapisów, dlatego Boni będzie figurował na tej liście. Ja uważam, że to jest niewystarczające kryterium - mówił Friszke" -
(http://www.tvn24.pl/-1,1526901,wiadomosc.html)
natomiast jakiś czas temu, w styczniu 2007 r. twierdził:
"Ujawnione dokumenty świadczą bardzo źle o arcybiskupie. Są co prawda w nich zapisy, że biskup nie wywiązywał się z niektórych zadań, ale zarazem widać, że z innych się wywiązywał. Istotne jest, że co najmniej dwa razy podpisywał zgodę na współpracę z tajnymi służbami. Skoro podpisywał po raz drugi, to znaczy, że z jego wcześniejszej działalności te służby były zadowolone."
(http://www.gazetawyborcza.pl/1,75478,3830431.html)
Jeśli więc jedni są agentami, bo podpisali lojalkę, a inni nie są, mimo że podpisali lojalkę, to czymże jest agenturalność? Kto jest tym ostatecznym sędzią, który wywyższa lub strąca w otchłań? Który daje "second chance" lub kieruje kciuk w dół? Niech mi ktoś powie nareszcie, który z "wszystkich świętych" i wedle jakich kryteriów, decyduje o tym, kto ma przeżyć publicznie, a kto nie?
Albo bowiem mamy jasne kryteria agenturalności, albo nie. A jeśli nie, to należy ze zdwojoną ostrożnością podchodzić do dokumentów pozostawionych przez peerelowską bezpiekę. Przyznam szczerze, że teraz nawet nie chodzi mi o Wielgusa czy Boniego. Chodzi mi wyłącznie o konsekwencję. Okazuje się wszak, że to, że jedni dali się złamać, to nie jest zbyt duży problem, ale to że inni dali się złamać, to "aż strach pomyśleć, ilu ludziom zaszkodzili i jakie potworne były skutki ich działalności". Okazuje się, że dokumenty IPN w sprawie jednych są bezwzględnie wiarygodne, a w sprawie innych mogą być "esbeckimi fałszywkami", wartymi śmiechu lub pogardliwego wzruszenia ramion.
Dobrze byłoby więc wiedzieć, czy byli jacyś agenci, czy nie? Bo jeśli nie było - to NIE BYŁO i ci wszyscy, co gromy ciskali na "agentów w sutannach" czy innych TW powinni raz na zawsze zamilknąć. Ale jeśli byli - jeśli jednak - MIMO WSZYSTKO - byli w Polsce agenci bezpieki, to sorry, ale te gorzkie żale wylewane nad niektórymi z nich przypominają raczej Halloween, czyli jedną wielką, koszmarną maskaradę. Potworną maskaradę.


Komentarze
Pokaż komentarze (42)