S. Michalkiewicz twierdzi, że rząd PO-PSL, to jedynie etap przejściowy przed tryumfalnym powrotem komunistycznej lewicy na scenę polityczną. To, że D. Tusk nie uważa komunistów za swoich ideowych wrogów wiemy nie od dziś - sam zresztą nawet dziś podkreśla, że wespół z LiD-em koalicja rządowa odpierać będzie ewentualne "ataki" ze strony prezydenta. Z drugiej jednak strony przemarsz sił komunistów we wsparciu postkomunistycznych "demokratów" wypadł na tyle blado, że można by sądzić, że to początek końca tej formacji. Znając natomiast nieco historię (nie tylko Polski), możemy być pewni, że strategicznych przegrupowań sił, jakich dokonują komuniści w epokach "odwilży" nie należy traktować jako kapitulacji.
Ś.p. Kieślowski na jednej z konferencji prasowej powiedział święte słowa: "komunizm jest jak rak - na to się umiera". Trzeba tego typu aforyzmy mieć zawsze przed oczami, ilekroć ogarnia nas pokusa zlekceważenia przegrupowujących się sił komunistycznych. Do takiego przegrupowania doszło przed wyborami (nie tylko powstanie LiD-u, ale i powstanie Polskiej Lewicy w ramach mariażu Millera i Ikonowicza z Lepperem oraz strategiczne wspieranie PO), lecz dochodzi także teraz. "Dziennik" sugeruje, że w SLD ma zostać utrącony ze stolca Łelkam-Ewrybady-Olejniczak-dr-leśnictwa, a na jego miejsce ma trafić Napieralski, który, jak pamiętamy za "panią matką" Senyszynową powtarzał mantry o totalitaryzmie i innych faszystowskich zagrożeniach (nie tylko dla komunizmu) w Polsce za czasów wrednego PiS-u (zauważcie Państwo, że ataki na PiS wcale nie ustały, mimo że już dawno po wyborach i peleton "układu" metę parę razy przejechał). Napieralski jest więc bardziej ideowy od Olejniczaka, a już nie tak zmordowany, jak ostatni jastrząb-Miller (o Oleksym nie wspomnę), nie tak skołowany i schodzony, jak Kwaśniewski czy zasiedziały jak tapczan-Kalisz. Oczywiście ta wiadomość, że jeden czerwony spycha z tronu innego czerwonego nie byłaby dla nas żadną rewelacją, gdyby nie to, że za - było nie było - młodym Napieralskim stoją starzy "operatorzy" sceny politycznej, czyli np. wspomniani Miller czy Oleksy.
Jeśliby teraz czekały nas ze strony PO-PSL-u akrobacje polityczne a la Suchocka-bis czy Buzek-bis, to faktycznie za jakiś czas w mediach powinna się zacząć odzywać nuta, że "te cholerne rządy prawicowe prowadzą donikąd". Naturalnie, przez ten czas te same media musiałyby zrównać propagandowo PiS z ziemią (co już zaczynają czynić wpuszczając takie szczury, jak "wychodzenie posłów PiS-u" po rozmowach Tusk-Marcinkiewicz), czyli wmówić opinii publicznej, że jedyna prawica to PO, ale - z drugiej strony - "tak dalej być nie musi". W ten sposób układ za pomocą usłużnych funkcjonariuszy medialnych mógłby wypracować sobie niszę, w której ponownie zaczęliby się pojawiać niezastąpieni (od wielu lat) "eksperci z lewicy". Wiemy już, że Olejniczak swoje najlepsze lata ma za sobą - czemu zresztą trudno zaprzeczyć. Aż dziw bierze, że człowiek tak pozbawiony jakiegokolwiek talentu politycznego został tak wysoko przez lewaków wywindowany. Jak jednak znowu poucza nas historia (choćby bolszewizmu), środowiska komunistyczne cenią sobie szczególnie pewien typ ludzi, za pomocą których mogą realizować rozmaite swoje "wyższe cele". Olejniczak spełnił swoje zadanie, teraz czas na zmiany.
Przegrupowaniu w obrębie czerwonych pomogła na pewno filipińska choroba premiera mordy, który sam przyznał, że już jest aktorem schodzącym ze sceny. Nikt już dziś nie pamięta roztańczonego Olka, dzisiaj raczej - jeśli jeszcze jest to jakiś taniec - to w formie zataczania się i to niezbyt rytmicznego w różnych miejscach publicznych. W ten sposób jednak zza kulis mogą zacząć wywijać rękami nieśmiertelni towarzysze-ojcowie chrzestni transformacji, tacy właśnie jak Miller czy Oleksy. Na pierwsze miejsca już nie mogą liczyć, nie znaczy to jednak, że pociąganie za sznurki zza czerwonej kurtyny nie jest dla nich równie emocjonujące. (Zresztą, ileż to można biegać po tych korytarzach sejmowych).
Do takiego scenariusza potrzebna byłaby jednak jakaś spektakularna klęska rządu Tuska-Pawlaka. Nie jest ona całkiem nierealna, bo z tych nazwisk ministerialnych kandydatów czy kandydatek jakoś zaczyna ona przebijać (nie mówiąc o - dotkliwym medialnie dla PO - braku takich osobowości, jak Rokita czy Gowin, które mogłyby zaciemnić dostatecznie sprawę formowania się "rządu Irlandii 2"), ale wypadałoby się jakoś centralnie wyłożyć na jakichś "reformach". To także nie wydaje się zbyt trudne, biorąc pod uwagę fakt, że podwyżki płac w budżetówce są nie do pogodzenia z obniżką podatków (chyba że, jak to sugeruje K. Mazur w jednym ze swoich felietonów, jedne obniżki (szeroko ogłaszane w mediach), będą szły w parze z podwyżkami podatków w innych dziedzinach (o których głucho będzie w mediach). W taki sposób od mieszania herbata będzie się robić słodka (przynajmniej w mediach), a wyborcom będzie można tłuc do głowy, że Irlandia 2 jest o krok ("jeszcze tylko trochę pracy i trochę cierpliwości").
Jest tylko jeden podstawowy warunek, że przez ten czas nikt się nie zabierze za komunistów tak, jak prokuratura zabrała się za SO. Jak to się da pogodzić z platformerskim planem "prawdziwej walki z korupcją", takiej jak w Hong Kongu (a nie udawanej, jak "polska STASI"? i pewnie chodzi o Hong Kong za czasów brytyjskiego zarządzania, a nie chińskiego, prawda?)? No bo nie można podejrzewać, że PO za pomocą swojej policji politycznej będzie ścigać ludzi z PO (czy PSL-u), a kogoś ścigać musi.
No, zawsze pozostaje do łapania PiS. Tylko, czy tam uda się coś znaleźć? Przydałoby się, bo gdzieś ta korupcja w końcu być musi. Jeśli nie w PO, PSL-u czy LiD-zie, to jużci w PiS-ie, panie dzieju.


Komentarze
Pokaż komentarze (100)