Najwyraźniej dzień bez ględzenia o PiS-ie jest dniem straconym, więc media mielą PiS na wszelkie możliwe sposoby, mimo że JUTRO O GODZINIE 15.00 D. Tusk zostanie w końcu premierem i Polska odetchnie z ulgą. Lub Irlandia 2, jak kto woli, choć opowieści o cudach zniknęly z debaty publicznej, jak ręką odjął. No, ale nie mogą spać politrucy tacy jak Paradowska, którzy wciąż i wciąż nie potrafią się ze znienawidzonymi kaczystami pożegnać, więc nawet schodzących ze szczytów władzy obrzucają jajami, tak jak kiedyś Liga Republikańska żegnała Kwaśniewskiego:
"...już się okazało, że pełniącemu obowiązki premiera Jarosławowi Kaczyńskiemu w gruncie rzeczy najbardziej nie podoba się sam Tusk, jako człowiek wychowany na podwórku i dlatego potrafiący łgać w żywe oczy, w przeciwieństwie do pełniącego obowiązki, który pochodzi z Żoliborza, co go niewątpliwie nobilituje. To żoliborskie pochodzenie stało się dla braci Kaczyńskich legitymacją jakiejś wyjątkowej pozycji. Jakichś superinteligentów, może nawet intelektualistów. Ale żeby inteligent z Żoliborza aż tak bardzo pogardzał chłopcem z biednej rodziny z gdańskiego podwórka. Czy to jakoś mieści się w pojęciu Polski solidarnej? Czy może świadczy po prostu o tym, że jednak żoliborskie pochodzenie o niczym jeszcze nie przesądza. W każdym razie z tych słów premiera, z tej pogardy dla biednego podwórka, Żoliborz nie ma powodu do dumy."
(http://paradowska.blog.polityka.pl/?p=129)
Aż się zastanawiam, czy rano w "Sygnałach Dnia" nie emitowano piosenki T. Love z hasłem "zielony Żoliborz, pieprzony Żoliborz" z tymże podstekstem, co powyżej. Na blogu Paradowskiej odpowiednie zdjęcie Kaczyńskiego, jak mu krawat widać spod marynarki i patrzy gdzieś niewyraźnie. Co by powiedziała publicystka na zdjęcia Tuska oglądającego mecz na laptopie w trakcie obrad Sejmu? E, to dawno i nieprawda, przecież.
Paradowska nie jest zresztą odosobniona. Szostkiewicz, człowiek-orkiestra (choć nie taki mocarz intelektu, jak Żakowski) dorzuca swojego opału do publicystycznego ognia, deliberując głośno i chyba z dość teatralną zadumą "Jakiego PiS potrzebuje Polska?" (bo co do tego, że Polska w ogóle potrzebuje PO, taki publicysta nie ma wątpliwości, przecież).
"...dziś mamy zamiast nowoczesnej chrześcijańskiej demokracji partię wodzowską gromadzącą niezadowolonych - z bardzo różnych, często sprzecznych z sobą, powodów - z Polski, jaka powstała po 1989 r. Taka formacja nie ma raczej szans na ewolucję, jakiej może byśmy sobie życzyli - powiedzmy w stronę Partido Popular Aznara - jest skazana na kontynujację treści i stylu, który poprowadził ją do klęski wyborczej, choć zarazem do podwojenia elektoratu. I ten paradoks jest ślepym zaułkiem, w jakim wylądował Jarosław Kaczyński. Żeby nie stracić swych 5 milionów, musi trzymać się tego, co go przekreśla w oczach 25 mln. Ta elementarna statystyka już pisze Kaczyńskim ,,mane, tekel, fares'’."
(http://szostkiewicz.blog.polityka.pl/?p=266)
Kto by pomyślał, że takie biblijne asocjacje się nasuną Szostkiewiczowi, ale pewnie lata praktyki w "Tygodniku Powszechnym" nie poszły na marne. Każdy kojarzy jak może. Kiedyś, jak pamiętam doskonale, bo sobie ten cytat z Szostkiewicza wyciąłem, gdy opublikował artykuł w "GW" (28.09.1999 r.), wystąpienie Jana Pawła II w polskim parlamencie i ostrzeżenie, że demokracja bez wartości może się zamienić w jawny lub zakamuflowany totalitaryzm, skojarzyło się inteligentnemu publicyście jakoś z czymś niepokojącym. Zaniepokoił się wtedy Szostkiewicz, tytułując swój ważny tekst "Jak zostałem antyklerykałem". Polskiego papieża jednak już nie ma, ale niepokojące zjawiska pozostały. Choćby partia wodzowska. Nawet o PZPR-ze nie pisywano szczególnie, że to ugrupowanie wodzowskie (bo przecież nie późniejsze mutacje PZPR-u, całkowicie zdemokratyzowane), za to o PiS-ie, jak najbardziej. Porządne szkoły dziennikarstwa stoją za taką nomenklaturą.
Na okładce "Przeglądu" głowa Ziobry z odnóżami pajęczymi i tytuł "Trąd u Ziobry". Przypominam, że nie jest to rok 1947, ale 2007, być może jednak tradycje, z których wyrasta barwne środowisko "Przeglądu" są wiecznie żywe, jak patron tego nietuzinkowego tygodnika. Nic dziwnego więc, że wiecznie młody Toeplitz także "żegna PiS":
"Wielu publicystów - prawnych, ekonomicznych - pisze słusznie, że najpilniejszym zadaniem nowego rządu jest taka przebudowa struktur stworzonych przez Kaczyńskich, aby niemożliwa już była recydywa praktyk IV RP, podważanie systemu konstytucyjnego, podporządkowanie prokuratury polityce, obalanie niezależności sądów.
Ale recydywa IV RP możliwa będzie tak długo, jak długo system oświatowy i polityka kulturalna nie zostaną nakierowane na zmianę panujących obecnie nastawień, dopóki szkoła nie stanie się miejscem edukacji w duchu tolerancji, nie zaś słynnego "zera tolerancji", a polityka kulturalna nie nastawi się na szerzenie ducha oświecenia, racjonalizmu i wartości uniwersalnych."
(http://www.przeglad-tygodnik.pl/index.php?site=felietony&name=901)
Wartości uniwersalne w stylu Toeplitza i jemu podobnych znamy aż za dobrze z czasów peerelu. Teraz jednak problemem nie jest jakaś recydywa peerelu, tylko IV RP. Jesteśmy w domu. Piszący także o "partiach wodzowskich" (czy ci ludzie dostają rozpiskę frazeologii z jednego ośrodka "intelektualnego"?) Domański w tymże tygodniku, wali pojęciami, jak cepy, a nawet przestrzega:
"Wszyscy widzą, a oni nie. Po prostu nie ma takiego tematu jak odpowiedzialność wodza. PiS ma z tym szczególny problem, bo nie ma nawet wicewodza, na którego można by coś zrzucić. A na dodatek jest tworem, którego nazwa - Prawo i Sprawiedliwość - jak widać po doświadczeniach ostatnich dwóch lat, została zręcznie wybrana przez specjalistów od marketingu, choć w rzeczywistości niewiele miała wspólnego z realnymi działaniami tej partii.
Rządzili tak, że zdesperowani Polacy poszli do urn i ich pogonili. Ale czy oni coś z tej klęski zrozumieli? Wątpię. A jeśli już, to chyba tylko to, że przegrali, bo byli za dobrzy. Za dobrzy dla tego, jak się okazało 21 października, niewdzięcznego społeczeństwa. Dla urzędników państwowych, sędziów i prokuratorów, których nie zdążyli wyrzucić lub odsunąć, a którzy teraz machają jakimiś kwitami. Dla mediów publicznych, które choć zdobyli i trzymali bardzo krótko, to przecież mogli dużo krócej. I tak dalej. Po tym, co zaczęło wyprawiać opozycyjne wcielenie partyjnej gwardii braci Kaczyńskich, wniosek jest jeden. Przed nami ciąg dalszy wojny PiS z większością narodu."
(http://www.przeglad-tygodnik.pl/index.php?site=felietony&name=900)
Przestrzega przed dalszą wojną PiS-u z większością narodu. Wątpliwości ma także Maziarski w "Newsweeku", pisząc:
"Większość głosująca przeciw PiS oczekiwała, że po wyborach kraj zmieni się jak za dotknięciem różdżki. Że rozwieje się atmosfera duszności, z ekranów TV znikną ponure oblicza Jarosława Kaczyńskiego i jego towarzyszy, a Polacy odzyskają poczucie, że są wolni i sami mogą decydować o swoich sprawach."
Duszno, prawda? Lecz to nie koniec dramatu:
"...minęły już dwa tygodnie i nic się nie zmieniło. W przestrzeni publicznej nadal dominuje duszność. Na ekranach TV istny festiwal polityków PiS: jak nie Ziobro, to Szczygło; jak nie Szczygło, to Macierewicz. W dyskusjach o składzie rządu i jego przyszłych decyzjach pada pytanie: "A czy prezydent się na to zgodzi?" - tak jakby decydująca była nie wola zwycięzcy, lecz przegranego."
Co wobec tego?
"Mylą się liderzy PO, jeśli sądzą, że prowadząc taką politykę środka, unikną starcia z obozem IV RP. W tej chwili Jarosław Kaczyński zamienia Pałac Prezydencki w warowną twierdzę i PiS-owskie okopy św. Trójcy. Gdy prace przy umocnieniach się zakończą, ruszy stamtąd potężna ofensywa."
(http://www.newsweek.pl/wydania/artykul.asp?Artykul=20655)
Chciałoby się więc rzec do ludzi: nie bójcie się Boga. PiS-u się bójcie. To się nazywa stara, marksistowska logika walki. Może by więc w ramach profilaktyki dotyczącej wewnetrznego bezpieczeństwa państwa pozamykać tych stu kilkudziesięciu członków partii wodzowskiej, co jakimś nieludzkim fortelem jeszcze się załapali do parlamentu i byłby spokój? Odetchnęliby publicyści "Polityki", "Przeglądu", "Newsweeka", "GW", "Przekroju" itd. Tylko co zrobić z tymi pięcioma milionami wyborców? Wprawdzie publicyści tych gazet czy czasopism dbają niezwykle pieczołowicie o "prawa mniejszości" najrozmaitszych, lecz chyba nie włączają do tych mniejszości zwolenników "partii wodzowskiej"? Z takimi mniejszościami należy zrobić jakiś porządek. Pytanie tylko, jak?


Komentarze
Pokaż komentarze (87)