Załoga jednak już nie taka roześmiana, wymachująca plikami banknotów do tubylców, śpiewająca na całe gardło o Irlandii 2, tylko jakaś taka skacowana, jakby o jedną noc bawiła się zbyt długo. Myśmy im tam tych nocy nie liczyli i wyszaleć się mogli, jak pies w studni, skąd jednak te osowiałe miny, jakby szli na stracenie, a nie po zwycięstwo? Przecież nie tak miało być. Tubylcy zresztą też nieco zdezorientowani - jednym ochrypły gardła, inni już machnęli ręką, jeszcze inni wrócili na autobusami do swoich zakładów, z których ich na powitanie zwieziono. Jak ta historia może potoczyć się dalej? Tego jeszcze nie wiemy. Widać jednak gołym okiem, że żadnych darów nie ma. Kapitan udaje, że jest zajęty liczeniem członków załogi, stoi na brzegu i odfajkowuje w kwestionariuszu, ale przecież tubylcy mu za plecami coś pokrzykują o jakichś obietnicach, zapewnieniach, on jednak zajęty liczeniem, nie ma pojęcia, o co niewdzięcznym dziadom może chodzić. Zamiast cieszyć się, że nareszcie załoga zeszła na ląd, to już tubylcy oczekują korzyści. Z życia ludzie się cieszcie, a nie, do cholery, wszystko przeliczają na dobra materialne, splendory czy poufne informacje ekonomiczne - chciałoby się powiedzieć. Kapitan wiele opłynął lądów, lecz pierwszy raz się chyba styka z takimi cholernymi hedonistami, jak tubylcy.
Pewnych rzeczy nie da się przecież zrobić, zgodnie z przysłowiem, o pewnej części ciała, wyżej której nikt nie podskoczy, toteż tubylcy wiedzą, że co do pewnych kwestii, to się zwyczajnie przesłyszeli (http://www.dziennik.pl/Default.aspx?TabId=14&ShowArticleId=67173), a co do innych, to się jeszcze okaże. Trzeba jednak cierpliwości, spokoju, wyrozumiałości. Przede wszystkim trzeba odczekać, aż kac minie. Jest taka inna ludowa zasada: co za dużo, to niezdrowo. Miejcie ludzie nieco zrozumienia dla załogi, która pobalowała o jeden raz ponad miarę. Niektórzy z tubylców ze współczuciem obserwują paradną załogę, jak na miękkich nogach ustawia się koło kapitana i coś tam między sobą poszeptuje, pomrukuje, jak to ludzie skacowani. Jeden chciałby się napić świeżego kefiru, inny myśli o tym, zeby się "nareszcie odespać", trzeci szuka wzrokiem sklepu spożywczego, żeby wodę kupić. Dziennikarze, którzy z lampami błyskowymi i "sitkami" podskakiwali podekscytowani przez te długie dni dobijania do portu, naraz jakoś tak bez przekonania - to podchodzą do załogi, to cofają się ze skrępowaniem. Boją się nawet pytać, o co chodzi lub czy coś się w ogóle stało. Niby cała załoga już zeszła, ale kapitan liczy wszystkich od początku, w obawie, by kogoś nie przeoczyć. Może ktoś został?
Kapitan ogląda się niezbyt przytomnie na tubylców z rozdziawionymi gębami. Ma poszarzałą ze zmęczenia twarz i myśli sobie: a może tak wrócić w cholerę tam, skąd się przybyło?


Komentarze
Pokaż komentarze (66)