Partia Okrągłego Stołu po raz kolejny po 1989 r. powołała swój gabinet i może sprzątać po dwóch latach chaosu, który wydarzył się przed niedopatrzenie w inżynierowaniu duszami. Never again, jak powiedział E. Clapton po jednej z piosenek na swoim koncercie Unplugged, choć na pewno nie mógł mieć na myśli kaczystów, gdyż to było wiele lat temu. Jak wszyscy pamiętamy, pseudodebata Tusk - Kaczyński zakończyła sie zwycięstwem fikcji - szef PO zaserwował wirtualną Polskę w miejsce realnej i potem ten fikcyjny pomysł podgrzewały media aż do zwycięskich dla Partii Okrągłego Stołu wyborów. Słuchając expose wczorajszego jednak utwierdziłem się w przekonaniu, że ten kult fikcji to modus operandi tejże POS, toteż błędne jest twierdzenie, że POS używa fikcji jedynie w kampaniach wyborczych. Z jednej strony mamy wirtualną rzeczywistość, której starannym podtrzymywaniem zajmują się usłużne media, z drugiej realia, które nie przebijają się do tychże mediów czy na światło dzienne.
Ciekawe, czy te realia nie przebijają się do świadomości premiera Tuska, za którym, jak cień stoi superpremier Komorowski, czy też przeciwnie, przebijają się, lecz są ujmowane w zgoła odmienny sposób, tzn. nie jako jakieś patologie, lecz jako normalne prawidłowości rozwoju europejskiego państwa? Jak to bowiem wytłumaczyć, że premier mówił na serio do milionów ludzi o nieistniejącym kraju i nieistniejącym potencjale? I że "poszło to w świat"? Gdyby to był kandydat na prezydenta USA, który chce porwać Amerykanów swoją wizją, to jeszcze można by to było zrozumieć, przy założeniu, że słuchalibyśmy jego wystąpienia, mieszkając w Stanach. Ale w Polsce? Cały kontekst historyczno-polityczny, który przecież zdeterminował i zarazem zdefermował struktury naszego państwa właśnie po 1989 r. nie został w ogóle uwzględniony. Absolutnie. To już nie była "gruba linia" Mazowieckiego, tylko jakaś pomroczność jasna, jakieś niedowidzenie tego, co nieuzbrojonym okiem widać, gdy się załatwia jakiekolwiek sprawy w polskich urzędach czy robi jakiekolwiek interesy. W fikcyjnej Polsce Tuska nie ma ani uwłaszczonej czerwonej nomenklatury, ani nepotyzmu w wielu dziedzinach życia, ani zazębiania się środowiska przestępczego z biznesowym i medialnym, nie ma też presji niemieckiej na sprawy polskie, ani presji rosyjskiej. Jak to rozumieć? Nie ma, bo Tusk i jego wesoła kompania z dziarskimi staruszkami na czele, nie widzi, czy nie ma dlatego, bo ta drużyna nie ma zamiaru tych kwestii dostrzegać? Kto więc się tymi sprawami zajmie, jeśli nie my? Tego w expose Tusk nie powiedział, niestety i o te kwestie nikt go nie dopytuje.
Na to zjawisko fikcjonalizacji naszej sytuacji społeczno-politycznej zwracał wprawdzie uwagę w swoim - jak to nazwano w mediach, rzecz oczywista - "kontrexpose" Kaczyński, ale - co również oczywiste - towarzyszył mu śmiech na sali. Wiesiołyje riebiata, po prostu, którzy nareszcie mogą dzielić, co jest do podzielenia i się szarogęsić, jak to robili przez długie lata od uroczystego rozpoczęcia "transformacji". The Transformers, innymi słowy.
Jest tylko jeden mykes, Polska 2007, to nie Polska 1989. Przekona się wnet o tym i Tusk i jego roztańczona kompania.
;P
PS. Całkiem dorzeczny komentarz P. Lisickiego:
http://blog.rp.pl/blog/2007/11/23/pawel-lisicki-miraz-postpolitycznej-polityki/


Komentarze
Pokaż komentarze (88)