Przezacny I. Janke nie może wyjść ze zdumienia, że w Polsce nastała wojna między dwoma ośrodkami władzy, a przecież miało być tak wspaniale (zaufanie x 40 itd.), lecz dla krytycznego i wnikliwego obserwatora to, co się obecnie dzieje nie powinno budzić żadnych znaków zapytania. Po pierwsze wojna o kształt polskiej polityki zaczęła się dwa lata temu, gdy wygrała wybory nie ta partia, co trzeba i zaczęła się szarogęsić, nie licząc się z głosami rozmaitych partii ludzi mądrych (zarówno tych parlamentarnych, jak i pozaparlamentarnych), następnie przez blisko dwa lata opinii publicznej wmawiano od rana do nocy (powołując się także na "zachodnie media"), że polska polityka zagraniczna to jedno pasmo niepowodzeń, nieporozumień, niekompetencji i tępoty. Wreszcie, gdy już można było dzielić skórę na niedźwiedziu i nastąpiła decydująca faza kampanii wyborczej w bieżącym roku, potraktowano polską dyplomację w najbardziej z możliwych obcesowych sposobów, nazywając naszych przedstawicieli "dyplomatołkami".
Przypomnę, że już na samym początku urzędowania prezydenta Kaczyńskiego wystosowano otwarty list protestacyjny podpisany przez niemal wszystkich ministrów spraw zagranicznych, podważający sensowność polskich działań na arenie międzynarodowej. Warto też przypomnieć europejsko-salonową akcję B. Geremka, który "za Chiny Ludowe" nie chciał słyszeć o ponownej lustracji, a swoją "akcją sprzeciwu" dał powód do gromienia Polski przez różnych eurodeputowanych zatroskanych o stan polskiej praworządności za dyktatury kaczystów. Potem były jeszcze zagraniczne radosne występy Kwaśniewskiego oraz Wałęsy.
Na ile te wszystkie akcje stanowiły przejaw jakiegoś skoordynowanego działania, a na ile były swobodnymi improwizacjami połączonymi z klasycznym, antypolskim wybieganiem przed szereg, do którego jesteśmy od lat przyzwyczajeni (tylu intelektualistów lub autorytetów odczuwa obrzydzenie na myśl o Polsce, że aż dziw, że jeszcze po polsku się nie wstydzą mówić) - nie ma w tej chwili znaczenia. Ważne jest jedno: uczyniono wiele, by dać światu do zrozumienia, że w Polsce istnieją dwie wzajemnie zantagonizowane koncepcje polityki międzynarodowej. Pierwsza związana jest z Partią Okrągłego Stołu, druga - z ugrupowaniami antykomunistycznymi, na czele których stał doniedawna PiS. Red. Janke nie bierze pod uwagę więc tego, że nic się właściwie w tej materii nie zmieniło poza pewnym "uładem sił", który obecnie faworyzuje frakcję POS reprezentowaną przez PO, PSL oraz "GW", by nie wchodzić w szczegóły (choć do tej koalicji należy doliczyć i LiD, oczywiście, i "ludzi Geremka, Bartoszewskiego i Wałęsy"). Wojna o kształt polskiej polityki międzynarodowej trwa i - co więcej - wchodzi w fazę decydującą. Dzisiejszy sprzeciw szefa MSZ wobec spotkania z prezydentem jest kolejnym sygnałem, że wnet starcie będzie na noże. Naturalnie, można to traktować jako coś niepokojącego, ale ja uważam, że takie ostre spięcie jest w Polsce potrzebne, bo musimy wiedzieć, w którą stronę zdążamy.
Jankego irytuje to, że prezydent nie został zawiadomiony o planach prorosyjskich gestów rządu, jakby nie wiedział, że takie zawiadomienie wywołałoby także sprzeciw Kaczyńskiego. Należy więc zapytać raczej nie o to, kto kogo miałby o czym zawiadamiać i jak należy zredefiniować pewne mętne rozgraniczenia kompetencji między rządem a prezydentem, lecz o to, jak ma wyglądać polska polityka zagraniczna. Jeśli bowiem wracamy na orbitę okołomoskiewską, to niech nam politycy pokażą jakiekolwiek korzyści z takiego obrotu sprawy (ja osobiście nie widzę żadnych, a historycznych dowodów na to byłoby aż za wiele), jeśli zaś taki powrót nie jest zgodny z polską racją stanu, to należy wszelkimi siłami przeciwdziałać zgubnej polityce rządu, który albo nie wie, co czyni (wtedy nie powinien sprawować władzy), albo czyni z rozmysłem źle, nie dbając w ogóle o interesy państwa (wtedy zasługuje na całkowite potępienie). Problem jednak w tym, że nie tylko wielu polityków nie do końca wie, jak pojmować polską rację stanu, lecz i sami komentatorzy częstokroć plotą duby smalone na ten temat, jakby żyli "w Polsce, czyli nigdzie", jakby cały bagaż historii, jaka ciągnie się za naszym krajem, nie miał żadnego znaczenia (lub jakby nie chcieli pamiętać o naszych doświadczeniach). Nie mam tu na myśli Jankego, akurat, żeby było jasne.
Sprawa nie rozgrywa się więc na poziomie "konfliktu kompetencji" przedstawicieli rządu i kancelarii prezydenta, lecz na iskrzącym styku odmiennych, antagonistycznych, podkreślam, wizji międzynarodowego losu Polski. POS wychodzi ze zgubnego i bałamutnego założenia, że im więcej świętego spokoju w geopolityce, tym lepiej, a im częściej nasi przedstawiciele będą się kłaniać lub kucać na salonach, tym bardziej będziemy chwaleni i doceniani. Taką filozofię "daje się do wierzenia ciemnemu ludowi", któremu w zamian oferuje się wizję Europy na zasadzie hippisowskiej komuny, w której nikt nikomu krzywdy nie robi, bo wszyscy są happy. Kwestia prawdziwych presupozycji takiej geopolityki pozostaje zamglona, ale skądinąd wiemy, że za taką polityką świętego spokoju stoją zwykle wcale nieświęci panowie ze służb niekoniecznie naszego kraju. Antykomuniści natomiast, wiedzeni doświadczeniem historycznym, domagają się radykalnego zwrotu, wiążącego nasz kraj na długie dekady (nie doraźnie!) ze Stanami Zjednoczonymi. USA przyczyniło się do obalenia komunizmu (wbrew legendom, nie obalił go wcale sam Wałęsa), USA nas wspierało w walce z komunizmem i USA posiada najlepszą armię świata, a więc związanie się z takim sojusznikiem zmienia trwale pozycję Polski w XXI w.
Ani Niemcom, ani Rosji taka zmiana się nie podoba. Niemcy prowadzą swoją imperialną politykę, a Rosja swoją. I te kraje nie żartują. Ich podejście do geopolityki jest analogiczne i można powiedzieć w pewien sposób komplementarne. Z jednej strony dążą do wyparcia wpływów Amerykanów z kontynentu europejskiego, z drugiej - do osłabienia Polski, która (z ich punktu widzenia) nie wiedzieć czemu, zaczyna się w tej Europie coraz bardziej rządzić, jakby cokolwiek miała do powiedzenia. Interesy Polski nie są ani interesami Niemiec, ani Rosji i ślepy by dostrzegł, że składanie konfidencjonalnych oświadczeń przymilających się zachodniemu czy wschodniemu sąsiadowi jest ostatnią rzeczą, którą na arenie międzynarodowej powinni przedstawiciele naszego rządu czynić.
To są rzeczy elementarne i nie wiem, czemu o nich trzeba przypominać Jankemu. Cieszy mnie jedank, powtarzam, że do decydującego starcia między tymi wspomnianymi wyżej dwiema koncepcjami teraz nastąpi. Polacy powinni wiedzieć, w którą stronę ich sprawy zmierzają. Obecny premier zaś ze swoimi ministrami powinien mieć świadomość tego, że wychodząc naprzeciw interesom sąsiadów może nagle minąć się z interesem własnego kraju. I skończy wtedy tak szybko, jak zaczął. I równie marnie.


Komentarze
Pokaż komentarze (46)