Normalizacji stosunków Polski z Rosją towarzyszy całkowita bagatelizacja antydemokratycznych działań władz tego kraju oraz imperatorskich ambicji Putina. Przekonuje się nas, że Rosja jest jaka jest, a byznes yz byznes. Ci sami jednak, którzy z taką euforią otwierają ramiona przed rosyjskimi bezpieczniakami rządzącymi u siebie twardą ręką, jednocześnie z wielką dezaprobatą odnoszą się np. do rządów Łukaszenki na Białorusi. Stosując jednak logikę uzasadniającą nasze zbliżenie z "wielkim wschodnim sasiadem", należałoby podobnie afirmatywnie odnieść się do "mniejszego sąsiada", szczególnie, jeśli kwestie stosowania się do zasad cywilizowanego, zachodniego świata, nie są już dla naszej dyplomacji tak istotne, a na pewno nie pierwszorzędne. Byłoby to zresztą zgodne z linią rozumowania min. Sikorskiego, który w porannych "Sygnałach Dnia" wypowiadał się w takim tonie, że można by odnieść wrażenie, iż największym zagrożeniem dla polskiego MSZ-u jest - jak to elegancko określił minister - "rząd na uchodźstwie", w który zamienia się ponoć kancelaria prezydenta (http://www.polskieradio.pl/iar/gosciejedynki/artykul26699.html). No, no, jeszcze sto dni spokoju nie minęlo, a już widzi się prezydenta na wygnaniu?
Jak szybko to wszystko przebiega świadczą nieco niemrawe reakcje niektórych komentatorów, którzy budzą się z letargu, lecz od razu zaczynają oceniać "gwałtowną zmianę w polityce wobec Rosji" przez pryzmat błogiego snu, w którym chyba jeszcze niedawno tkwili, albowiem porównują tę zmianę do Ostpolitik prowadzonej przez Niemcy (Zachodnie, o czym komentator nie wspomina) w l. 60. (http://www.dziennik.pl/opinie/article90498/Tusk_zdecydowal_sie_na_polityke_pragmatyzmu_wobec_Rosji.html) Najśmieszniejsze jest to, że ta - jakżeby inaczej - "polityka pragmatyzmu" (czegóż tak nie kochają nasi komentatorzy, jak nie pragmatyzmu we wszelkich postaciach?) ma być wyrazem odchodzenia od izolacji Rosji na arenie międzynarodowej. Dotąd wszak wydawało mi się, że to nasz wielki imperialny sąsiad wykonuje rozmaite ruchy prowadzące do izolacji naszego kraju, teraz jednak dowiaduję się, że to myśmy izolowali Rosję. Człowiek więc uczy się przez całe życie, zwł. geopolityki w wydaniu polskim.
Aż zacytuję tę analogię, gdyż jest ona zupełnie fałszywa, aczkolwiek pokazuje sposób myślenia polskich ekspertów od komentowania. J. Bielecki pisze bowiem tak:
"Niemcy są tu najbardziej znaczącym przykładem. Zajęło im około jednego pokolenia, aby zrozumieć, że idealizm i twarde trzymanie się wartości jest w stosunkach z Rosją zwyczajnie nieskuteczne.
Związek Radziecki przełomu lat 60. i 70. jeszcze mniej zachęcał do wylansowania Ostpolitik przez Willy’ego Brandta niż dzisiejsza Rosja Putina. Po drugiej stronie berlińskiego muru stały rosyjskie czołgi, Moskwa domagała się trwałego uznania podziału Niemiec, a totalitarny reżim nie pozwalał w ZSRR na najmniejsze przejawy wolności. Mimo to niemiecka SPD zdecydowała się na otwarcie wobec Moskwy, bo dotychczasowa polityka nie przybliżyła ani zjednoczenia Niemiec, ani upadku komunizmu.
Ryzykowna wówczas decyzja wydaje się z perspektywy blisko 40 lat trafna. Nawiązanie kontaktów między blokiem wschodnim a krajami zachodniej Europy stopniowo doprowadziło do rozmiękczenia sowieckiego imperium."
Bielecki zupełnie abstrahuje od różnicy w dalekosiężnych geopolitycznych celach Niemiec i Polski (zupełnie odległych, dodajmy) oraz od siły, jaka za Niemcami Zachodnimi stała w postaci nie tylko sojuszu Północnoatltantyckiego, ale i USA. Pomijam już kwestię historii Niemiec i ich zupełnie odmiennych relacji z Rosją niż nasze. Najwyraźniej dla Bieleckiego to są nieistotne szczegóły, grunt, że analogię da się przeprowadzić. Zwróćmy uwagę na te znamienne słowa: "idealizm i twarde trzymanie się wartości jest w stosunkach z Rosją zwyczajnie nieskuteczne" (przywołuję to w takim brzmieniu, jakie skonstruował komentator "Dziennika"). Co więcej, Bielecki dodaje zaraz:
"Polacy, Węgrzy czy Niemcy Wchodni po raz pierwszy mogli się przekonać, jaka przepaść dzieli ich kraje od rozwiniętych państw po drugiej stronie żelaznej kurtyny. To był początek wątpliwości, a potem otwartego buntu, który w końcu doprowadził do rozpadu komunistycznej dyktatury. Autorzy Ostpolitik nie kierowali się jednak tylko tak odległą wizją. Przynajmniej równie ważne były dla nich bieżące korzyści gospodarcze, jak choćby otwarcie nowych rynków eksportowych."
Skoro się nie kierowali tak odległą wizją, to dlaczego im akurat mielibyśmy przypisywać zasługi za doprowadzenie do "rozpadu komunistycznej dyktatury"? Jeden Bielecki to wie. Nas jednak powinno zainteresować coś innego. Jaka niby teraz miałaby być wykładnia "dalekosiężności" naszego zbliżenia z Rosją poza tą, by wspólnie kręcić lody? Bloku sowieckiego niby nie ma, Czeczenią rząd Tuska niespecjalnie się przejmuje, antydemokratyczne i imperialne zapędy Rosji nam już nie przeszkadzają, więc o co mogłoby chodzić? Tego akurat Bielecki nie analizuje. Konkluduje bowiem następująco:
"Kilkanaście lat po zainicjowaniu przez niemieckich socjaldemokratów Ostpolitik jej założenia przejęła po odzyskaniu władzy konserwatywna CDU. W latach 80. nikt już nie miał wątpliwości, że inna droga nie ma sensu. Gdy w Polsce dzisiejsza, krytyczna wobec polityki Tuska, opozycja znów zacznie rządzić, będzie tak samo."
Machnę ręką już na te skoki myślowe, jakie w tym dumaniu się ujawniają, wskazałbym bowiem na jedno: konstruktorami Ostpolitik w Niemczech byli socjaldemokraci, o których to (nie tylko ideowych) związkach z Rosją bardzo było potem głośno w Niemczech, gdy pootwierano archiwa STASI. Jak w tym względzie jest z pragmatycznymi politykami w Polsce?


Komentarze
Pokaż komentarze (40)