Kto by pomyślał, że czas biegnie aż tak szybko, że nowy premier zaczął sobie już kopać grób? Wydawałoby się, że sukcesy nie powinny nas wpędzać w wielkie udręki, a tymczasem, im lepiej, tym gorzej. Tak przynajmniej można wywnioskować z nieco melancholijnego, wprost smętnego tekstu G. Miecugowa, który w "Dzienniku" stwierdza, że "wszyscy wyciągają ręce do premiera po podwyżki". Ja wprawdzie niczego od premiera nie chcę, a już podwyżki na pewno nie, bo nie dla niego pracuję, ale skoro wszyscy, to jakoś też się winny czuję. To jednak nie koniec pieśni. Miecugow stwierdza - tu aż łapię się za serce - że "budżet nie jest z gumy". Do cholery, czemu nikt mi tego wcześniej nie powiedział? Miałem w ręku parę książek ekonomicznych, lecz nigdy nie natknąłem się na to olśniewające stwierdzenie. Co jednak szkoła myślenia, to szkoła, panie dzieju. Więc wbijam sobie do głowy, że budżet nie jest z gumy.
Co jeszcze powinienem zapamiętać? Nad czym się zadumać? Otóż nad tym, że "jeżeli więc Donald Tusk nie znajdzie pieniędzy na spełnienie rozbudzonych oczekiwań, może za to zapłacić wysoką cenę." (http://www.dziennik.pl/opinie/komentatorzy/article94414/Wysoki_rachunek_za_zwyciestwo.html). Zaraz i o cenach porozmawiamy, tak jak Tusk z Kaczyńskim na legendarnej debacie. "Temat ceny" (jak to wdzięcznie mówią notable - już nie tylko Wałęsa) zaraz powróci. Miejmy bowiem świadomość, że zamiast robić się coraz weselej (vide: Irlandia 2, kto jeszcze o niej pamięta?), nastaje nieco ponura atmosfera: "Istnieje niebezpieczeństwo, że premier sam zastawił na siebie pułapkę, obiecując tak dużo. Składanie przyrzeczeń bez pokrycia przynosi bowiem pozytywny efekt, ale bardzo krótkotrwały. Kiedy wychodzi na jaw, że wypowiedziane obietnice są puste, zmieniają się one z narzędzia prowadzącego do zwycięstwa w miecz, który ścina głowy. Groźnie obracają się przeciw temu, który nimi szafował."
Pułapka? Za dużo obiecał? Przyrzeczenia bez pokrycia? Krótkotrwały efekt? Puste obietnice? Miecz ścinający głowy? Ludzie, przecież to czysty horror. Może nie ten metafizyczny, o którym pisał Kołakowski, ale polityczny. Nic dziwnego, że "temat ceny", jaką premier za taki horror może zapłacić, teraz właśnie powraca ze zdwojoną siłą, bo Miecugow stwierdza (i tu czapki z głów, moi drodzy): "Wierzę, że Donald Tusk jest dojrzałym i doświadczonym politykiem, który doskonale wie, że sypiąc obietnicami bez pokrycia (jeżeli takie są), kopie dla siebie polityczny grób." Można płakać. "Płacz Pawlak, jako i ja płaczę," powiada Kargul (albo i odwrotnie) w "Samych swoich". I jakby tego było mało, to Miecugow jeszcze dokręca śrubę (albo piłuje, jak w filmie "Piła"): "Zresztą nie tylko dla siebie." (Płacz coraz głośniejszy). A komu? Komu jeszcze, panie dzieju? Toż to cała cmentarna aleja się szykuje (ale zasłużonych, zasłużonych, naturalnie): "Zobowiązania szefa rządu powinny być na tyle realne, żeby nie ośmieszyć szefów poszczególnych resortów, gdyby potem musieliby się z nich wycofać. A także żeby potem sam premier nie musiał zwalniać swoich ministrów, którzy nie są w stanie podołać obietnicom."
Nie wiem, czy powinienem dalej analizować ten tekst, bo łzami rzewnymi zalałem klawiaturę. Na szczęście, po chwilach grozy, zaczyna wracać nadzieja, albo może świadomość estetyczna, że to tylko przedstawienie, że "nikogo naprawdę nie zabijają, tylko jest to show", bo Miecugow pisze:
"Jednak czy obietnice Donalda Tuska zmienią się w miecz, który utnie mu głowę, mogą ocenić tylko ekonomiści. Ja nadal wierzę, że premier jest odpowiedzialny za swoje słowa."
Jak dobrze, że przynajmniej jest światełko w tunelu. Choć, jeśli ktoś z kolei oglądał film "Lęk" z niezapomnianą F. Potente, ten wie, że nie każdy tunel jest bezpieczny. Miecugow jednak dodaje zaraz:
"Może rzeczywiście z budżetem nie jest tak źle - przychody są dużo wyższe [a jak! - przyp. F.Y.M.], a bezrobocie spada (i to nie tylko z powodu emigracji, ale również wzrostu liczby miejsc pracy) [jasne, że tak! - przyp. F.Y.M.] - i premier znajdzie środki na spełnienie swoich wszystkich obietnic [jakżeby mogło być inaczej? - przyp. F.Y.M.]. Momentem, w którym będzie można poddać to rzeczowej ocenie, będzie setny dzień urzędowania Donalda Tuska, który wypada 24 lutego. Wtedy zobaczymy, co się udało panu premierowi spełnić. Teraz jest jeszcze grubo za wcześnie, na wydawanie jakiegokolwiek wyroku."
To jeszcze dwa miesiące albo - mówiąc inaczej - już tylko dwa miesiące. To po co ta grobowa atmosfera, do cholery? Nie można tak jakoś wesołego oberka zagrać, zwł. że jest przed Świętami?
;P


Komentarze
Pokaż komentarze (87)