Zwolennicy polskiego komunizmu mają taką wersję naszej współczesnej historii, że tak naprawdę, to owszem, za Stalina to było u nas ciężko, ale potem to już generalnie było coraz lżej, a nawet weselej, zaś przewrót wojskowy w grudniu 1981 to był taki nieszczęśliwy wypadek przy pracy. W ten sposób, zgodnie z orwellowską zasadą dot. władania przeszłością, konstruują taką wersję systemu opresji, któremu wiernie służyli (oczywiście zawsze w myśl hasła "socjalizm tak, wypaczenia nie", bo przecież oni wszyscy byli kontestatorami, tylko w nieco odmiennej skali niż np. zadymiarze na ulicach toczący boje z ZOMO), w myśl której zamordyzm i terror nie stanowiły istoty polskiego komunizmu, lecz jeden z nieco nadwerężonych środków sprawowania władzy.
Można powiedzieć, że idea nieustannej rekonstrukcji przeszłości na fundamencie kłamstwa stanowi klucz do zrozumienia naszych dzisiejszych czasów. Jaruzelski nie tylko w swoim słynnym przemówieniu (na dźwięk którego wielu z nas po dziś dzień dostaje gęsiej skórki), lecz i przez wiele lat później, twierdził, że stanął w obronie narodu przed zagrożeniem "bratobójczą walką". "W obronie narodu" to brzmi inaczej niż "w obronie sowieckiej władzy w Polsce" czy szerzej "w obronie komunizmu". Ta wersja zresztą podtrzymywana jest konsekwentnie po dziś dzień (jeszcze ewentualnie dorzuca się "zagrożenie zewnętrzną ingerencją", co już w ogóle czyni Jaruzelskiego niemalże patriotą przeciwstawiającym się zaborcom). Dla nas, ludzi myślących o Polsce w racjonalnych kategoriach, te wszystkie tezy są oczywistymi kłamstwami, lecz przecież te łgarstwa stanowią istotne elementy rekonstruowanej historii Polski po 1989 r. - 100 ofiar stanu wojennego, przymusowa emigracja setek tysięcy Polaków, nędza, w jakiej się żyło, zmarnowane szanse, poczucie kompletnego bezsensu życia i nieprawdopodobne upokorzenia, jakich wielu z nas zaznało, to wszystko jakoś schodzi na plan dalszy, w myśl stalinowskiej zasady z rąbaniem drew i lecącymi wiórami. Nawet śmierć ks. Popiełuszki (czy innych księży), wybuch w Czarnobylu i ówczesne zachowanie komunistycznych władz, propaganda lat 80., to wszystko jakoś podmywa rzeka czasu. Przed oczy Polaków stawia się bowiem olbrzymi mebel, przy którym zasiadają wszyscy święci i historia zaczyna się od punktu zero, a zarazem ponownie poddawana jest rekonstrukcji niejednokrotnie przez tych samych ludzi, co służyli wiernie komunizmowi.
W micie założycielskim okrągłego stołowania "obu stron" (choć była też strona nawołująca do niezawierania żadnego paktu z diabłem) konstytutywnym przesłaniem jest kalambur "bez przelewu krwi". Jest to kalambur, ponieważ sugeruje się tu, że wszelki przeelw krwi to zło, tak jakby krew oprawców była równie cenna jak krew ofiar. A może cenniejsza? Nastaje więc czas "historycznego przełomu", po czym ledwie się "obie strony" otrzepią z kurzu historii, już nastaje okres walki z nowym-starym wrogiem, tj. Kościołem (wizja "państwa wyznaniowego", z którym niektóre media walczą po dziś dzień) i prawicą (sporo o tym pisał choćby Ziemkiewicz w "Michnikowszczyznie" czy wcześniej Michalkiewicz w zbiorach swoich felietonów).
Nie jest jednak moim zamiarem śledzenie tych wszystkich istotnych elementów mitologii kształtującej obraz pookrągłostołowej Polski, chciałbym wskazać na fakt nie tylko rekonstruowania, lecz całkowitego wymazywania czy zacierania przeszłości. Zauważmy, że przeszłość wielu ludzi dzisiejszego high society (nie mam na myśli takich "publicystów" Urbanów, Passentów, Toeplitzów, Reykowskich itp., lecz np. młodszego pokolenia, biorącego dziennikarskie szlify na początku l. 80. w okresie panowania komisji weryfikacyjnych) czy nauki jest historyczną białą plamą. Tygodnik "Polityka" potrafi, oczywiście, sięgnąć pamięcią wstecz i pewne rzeczy przybliżać, ale nie akurat teksty publikowane na łamach "Polityki", kiedy wychodziła na gazetowym papierze i miała na czerwono wydrukowane hasło o "proletariuszach wszystkich krajów". Nie wiadomo też, przynajmniej szerszemu ogółowi, skąd tygodnik ów wziął kapitał początkowy i wystartował z zupełnie odmiennej pozycji rynkowej aniżeli np. tygodniki: "Najwyższy Czas" czy wiele lat później "Nowe Państwo". To tylko, naturalnie, jeden drobny odprysk fenomenu znanego nam pn. "uwłaszczenie nomenklatury". Zachodziło ono nie tylko od momentu "reform Rakowskiego-Wilczka", ale i przez długi okres pookrągłostołowy. Zrozumienie sukcesu komercyjnego wielu mediów nie jest w tym kontekście szczególnie trudne. Inaczej się wiedzie komuś, kto zaczyna biznes od świetnie wyposażonego sklepu, a inaczej temu, co zaczyna od rozkładanego pna chodniku łóżka.
Co do tej wykasowanej przeszłości, przypomnę, do tego efektu bałej plamy przyczyniły się "porządki" w bibliotekach i księgarniach w 1989 r. Z dnia na dzień powymiatano mnóstwo publikacji, które "straciły na aktualności" i nie były już zgodne z "mądrością etapu". Miejmy nadzieję, że są zachowane przynajmniej w Bibliotece Kongresu. W radiu czy telewizji zniszczono natomiast wiele archiwalnych audycji. Toteż nieźle trzeba się nachodzić, by znaleźć choćby taką książkę, jaka leży obok mnie pt. "Gwałt i perswazja. Antologia publicystyki z lat 1981-1983". Każdy, kto zna choć trochę subtelności semantyczne dezinformuującego języka komunistycznej propagandy, domyśla się, że za słowem "gwałt" kryje się ruch Solidarności (zmierzający do zbrojnej konfrontacji z Władzą, której kłaniali się publicyści), zaś za słowem "perswazja" - cierpliwi do niemożliwości komuniści. Książka z 1983 r. wydana przez Państwowy Instytut Wydawniczy zaczyna się słowem od wydawcy:
"Szanowny Czytelniku, ten wybór publicystyki, odszukanej w czasopismach z dwu lat tylko (ale jakich!: 1981-1983), pokaże Ci inteligencję polską jako krytyka naszej współczesności. Czyli jako krytyka tego, co nazywa się kryzysem polskim początku lat osiemdziesiątych." (s. 5)
Kto do tej inteligencji należał? Kałużyński, Koźniewski, Górecki, Sandauer, Markiewicz, Szczepański, Grzegorczyk, Reykowski, Łagowski, Wojna, A. Bocheński, Toeplitz, Urban, Goban-Klas, Adamski i Wasilewski.
Reykowski pisał:
"Na peryferiach każdego ruchu głoszącego wolność i sprawiedliwość czai się zawsze widmo totalnej i bezwzględnej dyktatury. Ile mądrości politycznej trzeba posiąść, aby widmo to nie nabrało politycznej realności?" (s. 131)
Urban zaś:
"Nie zgadzam się z przedstawianiem przez wielu publicystów stanu wojennego jako tragedii ku której popchnęła fatalna determinacja zdarzeń, stworzona przez błędy rozmaitych orientacji. Sprawy te postrzegam nieco inaczej.
Bez zastosowania militarnego lekarstwa pacjent musiał umrzeć. Do tego stanu doprowadziły go nie jady z wielu zatrutych strumieni, które pod koniec zlewały się w jedną rzekę nieuchronnej tragedii. Agonię kraju spowodowała polityka potężnej opozycji (...) Skoro stan wojenny był niezbędnym lekarstwem przerywającym bieg agonii i dającym nadzieję na wyzdrowienie pacjenta - nie jest specjalnie rozumne załamywanie rąk nad tym, iż lek ma przykry smak. I że, jak każde silne lekarstwo, powoduje także i złe skutki uboczne dla organizmu. Na oddziale reanimacji takie rzeczy się już nie liczą." (s. 235)
Przytaczam te nazwiska, bo w dużej mierze są one reprezentatywne nie tylko dla ówczesnej inteligencji, lecz i dla dzisiejszej. Tacy ludzie, którzy tak zakłamywali rzeczywistość są i dziś "na czele". W różnych miejscach, różnych instytucjach - i znakomicie im się wiedzie. Nie wierzycie Państwo? To ich poszukajcie.


Komentarze
Pokaż komentarze (67)