13 grudnia 2007 r. stanie się dla nas ważną datą, ponieważ ani się obejrzeliśmy, a znaleźliśmy się w innej rzeczywistości geopolitycznej. Wszystko to przebiegło jak klasyczne "rach-ciach" i zanim zrozumiemy, co się stało, będzie już za późno. Polacy jednak mają tradycje walk niepodległościowych, więc znowu będzie jakieś deliberowanie "co można było zdziałać, a czego nie można było" oraz spór romantyków z pozytywistami albo pragmatyków z idealistami (i tak w koło Macieju, ponieważ Polska uwielbia różne kołomyje), które to spory znajdą swoje szerokie odbicie w literaturze pięknej.
Czytam sobie tedy radiowe wywiady z P. Kowalem i J. Saryuszem-Wolskim i nadziwić się nie mogę, że piewcy demokracji rozumieją ją tak, że oświecona elita decyduje o tym, co buce na dole mają robić. Jak na mój gust ze społeczeństwem obywatelskim niewiele ma to wspólnego, lecz może zwyczajnie "nie dojrzałem do demokracji" (tym razem europejskiej, choć nazwa powinna być cokolwiek inna, np. "unijnej" czy coś w tym stylu) i nie rozumiem pojęć. Słuchałem tych wywiadów, czytam i analizuję i naprawdę nadziwić się nie mogę. Kowal nie mówi w ogóle na temat ratyfikacji Traktatu w drodze referendalnej (http://www.polskieradio.pl/jedynka/sygnalydnia/?id=12273) i właściwie żadnego zagrożenia superpaństwem nie dostrzega, zaś Saryusz-Wolski głosi wprost, że o takiej ratyfikacji nie ma mowy:
"J.S.-W.: ...pierwsza połowa ewentualnie druga, tak, rok. Szereg krajów przewiduje ratyfikację w I połowie 2008, między innymi Polska. Natomiast znaki zapytania dotyczą tych miejsc, gdzie na pewno będzie referendum (mam na myśli Irlandię) i krajów, gdzie może być referendum...
M.M.: Mam na myśli Polskę?
J.S.-W.: Wielka Brytania... Nie, nie, mówię o Wielkiej Brytanii.
M.M.: A w przypadku Polski wiadomo, że nie będzie to referendum?
J.S.-W.: Znaczy wydaje się, że jest pewne... że wszystkie główne siły polityczne opowiadają się za parlamentarną formą ratyfikacji."
Jakie są ku takiemu podejściu powody? Proste:
"M.M.: (...) Czy to jest jakiś strach po doświadczeniach z traktatem konstytucyjnym francuskich i holenderskich?
J.S.-W.: Jeśli chodzi o Zachodnią Europę, tak. Rzeczywiście tam jest taki problem, że czasami to głosowanie przeradza się w odpowiedź nie na niezadane pytanie, to znaczy czy obywatele lubią rząd aktualny. Natomiast jest również jeszcze inny punktu widzenia mówiący o tym, że kwestie tak skomplikowane, tak złożone, jak traktat, nie mogą być poddawane referendum, ponieważ nie można założyć w żaden sposób, że obywatele przeczytają taką grubą księgę. No i w związku z czym to jest dokument, który raczej powinny ratyfikować parlamenty, gdzie można oczekiwać od posłów, że tak skomplikowane teksty poznają."
No i jesteśmy w domu. O ile jeszcze w przypadku referendum akcesyjnego, dwojono się i trojono, roztaczając wizje tego, co czeka Polaków po wejściu do UE, o tyle tym razem jakoś nikt nie chce przeciętnemu bucowi powiedziec, o co chodzi, ponieważ buc i tak tego nie pojmie. "Nie można założyć w żaden sposób, że obywatele przeczytają taką grubą księgę" - taki szczerozłoty argument przemawia nie tylko do mojego rozumu, ale i do wyobraźni. Wprawdzie Polacy czytali np. trylogię Sienkiewicza, która chyba jest grubsza od Traktatu, ale co literatura, to nie tekst napisany przez oświeconych Ojców Demokracji Europejskiej, którzy mówią do buców z takich wyżyn, że buce powinny jedynie słuchać z rozdziawionymi ustami, a nie wyciągać ręce po jakieś "prawnicze", "specjalistyczne" teksty. Wszystko to ma sens i uzasadnienie. Pytanie tylko - skoro wszystko ma się toczyć ponad głowami obywateli - to czemu tymże obywatelom tłucze się do głowy, że to oni jakby o tym wszystkim decydują? Jeśli Saryusz-Wolski uważa, że ja nie powinienem czytać Traktatu, to czemu jednocześnie suponuje, że ja bym go nie przeczytał, a nawet, że nie chciałbym przeczytać? Osobiście jestem zdania, że mimo wszystko dobrze byłoby choćby z grubsza wiedzieć, w jakim tworze politycznym przyjdzie mi żyć, chyba że tenże twór, z racji ochrony obywateli przed wywrotowcami ideowymi, zechce mi dać za pomocą bezpieczniaków do zrozumienia, że moje miejsce jest gdzieś poza jego granicami.
Zadziwiająca jest zgodność opozycji i koalicji w tej kwestii (no chyba że PiS zmieni tu zdanie i jednak będzie optował za referendum). Ale pal diabli tę zgodność, istota rzeczy leży bowiem gdzie indziej. Nowoczesna demokracja, która szczyci się niesamowitymi wprost udogodnieniami w sferze instytucjonalnej i regulacjami prawnymi, które dotyczą nawet kształtów poszczególnych owoców wychodzi do tego stopnia naprzeciw oczekiwaniom obywatelskim, że dokonuje zmian w rzeczywistości społeczno-politycznej w taki sposób, by przeciętny buc nie musiał się ani martwić o nie, ani specjalnie do jakiejś urny wyborczej fatygować. Przeciętny buc może za to pozmieniać sobie kanały w telewizji i w ten sposób cieszyć się życiem.


Komentarze
Pokaż komentarze (52)