Czy ktoś z nas pochyliłby się z uśmiechem nad wspomnieniami, jakie fajne gadżety istniały na Kołymie lub w Auschwitz? Chyba jednak nie, prawda? Chyba poczucie grozy tamtych miejsc nie pozwalałoby na jakieś wyparcie świadomości, że jednak tam zabijano, torturowano i poniewierano ludzi, nie były to więc miejsca normalne, na które można patrzeć przez pryzmat, dajmy na to, pogadanek o kulturze, które robili sobie więźniowie czy jakichś tajnych obchodów Bożego Narodzenia lub Wielkanocy. Owszem, gdy czytamy J. Czapskiego i jego relacje dot. wykładów o literaturze przeprowadzanych w warunkach obozowych, to podziwiamy heroizm łagierników, ale przecież nie zapominamy, że to wszystko działo się w rzeczywistości obozowej.
Jakimś ponurym deformowaniem historii powojenej Polski jest zatem przedstawianie tejże historii i tego kraju wymyślonego przez sowietów na potrzeby sowietów, z perspektywy "gadżetów popkultury". Nie jest to jakieś pojedyncze wydawnictwo. Utrwala się u nas jakaś "świecka tradycja" opowiadania o komunistycznej Polsce, jako o "fajnym kraju", w którym kręcono "zabawne kroniki filmowe", w którym powstawały "kultowe seriale" oraz istniały "kultowe przedmioty". Kolejną taką pozycję książkową z niekłamaną admiracją wita publicysta "GW" W. Orliński:
"Wreszcie się doczekałem porządnej książki o PRL, w której nie ma nic o polityce, a za to dużo o gramofonach Bambino i bananowych spódnicach. To "333 popkulturowe rzeczy... PRL" Bartka Koziczyńskiego
Gdy czytam wspomnienia z okresu PRL, często łapię się na tym, że zazdroszczę ludziom żyjącym w tamtych czasach bogactwa życia kulturalnego."
(http://www.gazetawyborcza.pl/1,75248,4781955.html)
Tymczasem nie ma nic bardziej fałszywego niż właśnie taka perspektywa przyjęta nie tylko przez Orlińskiego, leczi i Koziczyńskiego. Orliński pisze w dodatku:
"A jednak gdy wyobrażę sobie warszawskiego inteligenta z roku, dajmy na to, 1965 - i pomyślę, jak idzie do kina na film "Faraon" czy "Popioły", do teatru na "Tango" Mrożka, w telewizji ogląda "Wojnę domową", a w księgarni kupuje świeżutką "Cyberiadę" Lema (wymieniłem tu same premiery z jednego roku), to napada mnie wywrotowa myśl, że chętnie bym mu podarował wagon pomarańczy w zamian za trochę takiego życia kulturalnego. Przecież jeden rok z dorobku kina PRL jest wart tyle, ile cała filmowa produkcja III RP."
Wydaje się jednak, że to już chyba wyłącznie u publicystów "GW" może się ujawniać tęsknota za życiem za Gomułki i zakosztowaniem kulturowych frykasów tamtych czasów. A wcześniejszych, socrealistycznych dzieł Lema nie chciałoby się poczytać? A porządnych socrealistycznych filmów pooglądać też nie?
Mniejsza zresztą z tym. Ta tęsknota bowiem jest mi zupełnie obca, ponieważ hasło "PRL jest fajny po latach" może wydaje się fajne Orlińskiemu, ale podejrzewam, że np. Sługa Boży Kardynał Wyszyński powiedziałby w 1965 r. coś zupełnie innego, biorąc pod uwagę przygotowania do obchodów Millenium (i to, co się w związku z tymi obchodami działo choćby w 1966 r.). No ale Orliński o takich kwestiach nie tylko nie musi wiedzieć, lecz i nawet wspominać, skoro rozczulają go pokraczne przedmioty będące "szczytem marzeń" przeciętnych więźniów, tzn. pardon, obywateli Polski Ludowej. Choć, dodajmy, nie brakuje akcentów "krytycznych":
"Autor słusznie pastwi się nad dżinsami Odra, lodami Bambino i butami Relax (peerelowski model na zdjęciu reklamującym to paskudztwo dziwnie przypomina Borata Sagdijewa).
Zgoda - 90 proc. popkultury PRL to chłam. Jak jednak kiedyś zauważył amerykański pisarz science fiction Theodor Sturgeon, „90 proc. czegokolwiek jest chłamem” (w ten sposób Sturgeon odpowiedział na pytanie dziennikarza, czy zgodzi się ze zdaniem, że 90 proc. science fiction to chłam). Najciekawsze jest przecież właśnie te pozostałe 10 proc."
Ciekawe, jakie 10% peerelowskiej popkultury nadawałoby się do przechowania. Ważne jednak jest co innego:
"Autor książki nie stroni od subiektywnych ocen - na przykład hasło "Kołobrzeg" zaczyna wprost od zdania "Najbardziej obciachowy festiwal piosenki w PRL".
Jednocześnie wyraźnie powstrzymuje się przed ocenianiem samej epoki. To chyba pierwsze tak duże opracowanie na temat PRL, w którym udało się konsekwentnie uniknąć kwestii politycznych."
I o to chodzi. Po co oceniać peerel, skoro był fajny? A przynajmniej okazuje się fajny po latach. Sprawa wydaje się niby drobnostką, a przecież to na tym micie między innymi osadzano ideowe fundamenty III RP. Komuniści jacy byli tacy byli, ale byli (vide "innej Polski nie mieliśmy"), a w końcu na lepsze się zmienili i z "nami" tj. "stroną solidarnościową przy okrągłym stole" Polskę trwale zmienili. Bajkę tę "GW" powtarza co roku swoim czytelnikom, być może nawet w nią już nie wierząc, ale licząc, że przynajmniej z tego powtarzania kłamstwo głęboko osadzi się w głowach. I jeszcze ta rozbrajająca puenta:
"Nie mogliśmy dotąd patrzeć na historię PRL w oderwaniu od politycznych namiętności, bo nie mieliśmy czegoś takiego jak Polska Zachodnia - miejsce, w którym polska kultura mogła swobodnie się rozwijać bez pałek zomowców i kartek na mięso. To, że wreszcie i u nas możliwe jest beznamiętne spojrzenie na PRL, to może najlepszy przykład tego, że wreszcie i my żyjemy w Polsce Zachodniej - tak jak wszyscy Niemcy są dziś z RFN."
Orliński nie dodał jedynie, że ta Zachodnia Polska istnieje stosunkowo od niedawna, bo jeszcze przed wyborami w 2007 r. był to kraj XXI-wiecznego stalinizmu i faszyzmu, co na tych samych łamach "GW" głoszono. Jak ten czas leci, prawda?


Komentarze
Pokaż komentarze (135)