Człowiek taki jest intelektualnie wyposzczony po Świętach, że dosłownie łapie sie wszystkiego, by ożywić się politologicznie, nic więc dziwnego, że dopadłem tekstu B. Chraboty, by go rozgryźć (tekst oczywiście), jak świeżą bułeczkę. Sam tytuł rzuca już na kolana: "Koniec agonii mitu założycielskiego III RP". Patrząc nań od strony lingwistycznej, to nagromadzenie frazeologizmów po prostu zapiera dech. Prof. J. Bralczyk by tu żniwa miał (http://boguslawchrabota.salon24.pl/53959,index.html).
Koniec agonii..., panie. Zazwyczaj agonia jakoś łączy się semantycznie z końcem, z kresem życia, a tu, panie, koniec końca, czyli jakaś ostateczność. To jednak NIE koniec, bo mowa jest o końcu agonii mitu. Mit, nie dość, że może - jak twierdzi Chrabota - konać (agonia wszak, to konanie), to kiedyś tego jego (znaczy, mitu) konania kres może nastać. I pięknie. Ale i to nie koniec, bo chodzi o nie bylejaki mit, a o mit założycielski i to III RP. Jedno zdanie, panie dzieju, a sensów tyle, że powstaje kolorowy zawrót głowy, jak to mówił jeden sportowy prezenter za czasów dogorywającej jaruzelszczyzny.
Ale co ja się czepiłem tytułu, jak pijany płotu? Koniec to koniec, agonia to agonia, mit założycielski to mit założycielski, a III RP, to III RP. Wprawdzie Chrabota nie zauważa, że obecnie mamy III RP także, ale to drobiazg, w końcu nie wszyscy widzimy świat tak samo, zwł. jeśli żyjemy w Irlandii 2. Przejdźmy do meritum, jak mawiali wykładowcy Telewizyjnego Technikum Rolniczego.
"Po wyborach czerwcowych 1989 roku uwierzyliśmy, że oto dziedziczące po Solidarności wolne społeczeństwo odbiera kraj chylącej się do upadku PZPR. Przejęcie władzy z rąk komunistycznej dyktatury odbyło się w sposób bezkrwawy, więc ugrupowania polityczne wywodzące się z szeregów PZPR zachowały swoje miejsce na scenie politycznej.", twierdzi Chrabota i aż nie chce się wierzyć, że w 2007 r. można w taki sposób pisać. No bo ani to nie były żadne wybory, co więcej między poszczególnymi turami tychże "wyborów" działy się rozmaite proceduralno-legislacyjne "cuda na kiju", a i rządu powstałego po tychże wyborach nie można uznać za w pełni suwerennego. Kto nie pamięta składu, niech poszuka w Sieci. Trudno więc powiedzieć, że doszło do jakiegoś PRZEJĘCIA WŁADZY. Zwracam na to wszystko uwagę, bo Chrabota sprawia wrażenie, jakby w miejsce "dogorywających" jednych mitów, innymi mitami się posiłkował. I to takimi fajnymi, nowoczesnymi.
Chrabota zresztą pisze tak:
"Ów mit założycielski, który sprowadzał się do dystynkcji pomiędzy dziedzicami idei „sierpniowych” i post-komunistów miał wyjątkową żywotność. Wyznaczał zasadnicze podziały i określał zasadnicze wybory przez ponad szesnaście lat. Przez wszystkie te lata, w kolejnych wyborach elektorat głosował „za” Solidarnością i jej systemem wartości, albo „przeciw”", co świadczy o tym, że albo przeoczył historię walki z państwem wyznaniowym oraz prawicowymi oszołomami, albo pisze tę historię na nowo, przegladając dzisiejsze wspomnienia politpoprawnych felietonistów, co już niewiele pamiętają albo i nie chcą pamiętać.
No ale niby tenże mit padł, a na jego miejsce narodził się następny:
"mit założycielski IV RP, istotna i zamierzona korekta historii. Oto według niej, ci (większość rzecz jasna), co w 1989 roku odzyskali Polską wolność byli z zamiaru (bądź wyboru) wrogami „prawdziwej” niepodległości. W gruncie rzeczy, na kamieniu zdrady, która dokonała się przy „okrągłym stole” zbudowali układ, który był równie anty-narodowy jak PRL. Tyle, że osnuty wokół legendy Solidarności, obudowany pseudo-wartościami i pseudo-liderami, jak Adam Michnik i Lech Wałęsa. Ów mit budował też sferę nowych depozytariuszy sacrum; byli nią dawni działacze PC budujący teraz zrąb prawdziwie wolnej Polski, na czele z przewodnią siłą, za którą miało się PiS. Owa mitologia zbudowała nowe rozgraniczenia pomiędzy dobrem i złem, światem patriotyzmu i anty-wartości, światem prawdziwej Polski i światem „układu”."
Abstrahując od mitologii, chciałoby się zapytać, czy czegoś takiego, jak "układ" nie było i nie ma, bo to jest jakby clue do rozwiązania postawionego przez Chrabotę problemu. Można by bowiem odnieść wrażenie, że PiS wygrał jedynie dzięki głoszonej mitologii, a nie dzięki temu, że patologie, które piętnował w swojej kampanii w 2005 r. faktycznie przez Polaków były dostrzegane. No ale mniejsza z tym, bo
"summa summarum wszystko to składa się na prostą prawdę, że ów ważny (gdzież tam ważny, fundamentalny!) dla mojego pokolenia podział na Polskę po-sierpniową i komunistyczną już umarł. Żyjemy w innych czasach, które na nowo definiują linie podziałów. Jak je definiowali Kaczyńscy – już wiemy. Jak je zdefiniuje nowa koalicja, czy zafunduje nam nowy mit, czy odniesie się do któregoś z poprzednich? I do którego? To jedno z ciekawszych pytań nieodległej przyszłości."
Ciekawe. Współczesna historia polityczna Polski jako właściwie sekwencja mitów. Te ostatnie jednak, wbrew temu, co pisze Chrabota, wcale nie umierają. Mit wspaniałej III RP, którą pokraczni "bracia Kaczyńscy" wywrócili do góry nogami (i gdyby nie oni, to Polska wyglądałaby normalniej) jest żywy jak dawniej, a teraz to nawet żywszy, bo unowocześniany z dnia na dzień przez nową koalicję (nie widać tego, czy co?). Owszem, mit Irlandii 2 nieco przyprószył się kurzem, nie wiedzieć, czemu (choć ostatnio przejeżdżając przez jedno miasto widziałem jeszcze nieco wyblakły, ale wciąż bijący w oczy bilbord z "załogą G" i hasłem "Polska zasługuje na cud gospodarczy"). Mit peerelu, w którym uczciwością i pracą ludzie się bogacili (a zamordyzm to był jedynie margines życia polityczno-społecznego), tak samo. Mit Wałęsy, mit Jaruzelskiego-patrioty, mit Michnika, mit Geremka...
Mitów ci u nas dostatek, tylko realiów niewiele. I te mity, powtarzam, nie umierają. Wielu dziennikarzy podtrzymuje je przy życiu.


Komentarze
Pokaż komentarze (46)