Wielu z nas, próbując odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego po 1989 r. nie udało się u nas skonstruować normalnego państwa, częstokroć winą obarcza samych Polaków. Niektórzy uważają, że nasi rodacy nie są mądrym narodem, skoro byli w stanie, mając za sobą doświadczenie komunizmu, popierać dość gremialnie kandydaturę tańczącego disco polo Olka albo typów spod ciemnoczerwonej gwiazdy z SLD, albo wreszcie zaczytując się z fascynacją gadzinówką Urbana, która przecież nie odniosłaby sukcesu komercyjnego, gdyby nie była kupowana (pomijam tu kwestię, skąd się wziął kapitał początkowy tygodnika "NIE" czy innych, jemu podobnych wydawnictw). Niektórzy z kolei powiadają (niejako osłabiając tę poprzednią tezę, bo nie świadczyłaby o nas zbyt dobrze), że Polacy to zmienny naród, taki trochę - jak to piszą lub mówią co "głębsi" publicyści - miotający się od ściany do ściany. Raz bowiem popiera on komunistów, raz zaś antykomunistów, po czym popiera i komunistów, i antykomunistów, a nawet nikogo nie popiera, tylko się na wszystkich obraża. Inni jeszcze zwracają uwagę na hitlerowskie i sowieckie ludobójstwo, które przyczyniło się do znacznego przetrzebienia elit intelektualnych zdolnych wpływać na przeciętnych obywateli, co w rezultacie spowodowało pojawienie się pseudoelit z samozwańczymi lub mianowanymi przez KPZS lub inny PZPR, intelektami "Ludowej Polski".
Ci ostatni zresztą nie są wcale dalecy od prawdy, jeśli weźmiemy pod uwagę, że po 1989 r. właśnie elity intelektualne w naszym kraju nie zostały odbudowane (strach pomyśleć, gdyby nie było Jana Pawła II, a wcześniej Kard. Stefana Wyszyńskiego - zresztą, gdyby komunistom udało się po wojnie zrobić "porządek" z Kościołem w Polsce na wzór rosyjski, to kto wie, może teraz już wszystko szłoby jak po maśle z "reformowaniem kraju po wyjściu z komunizmu"?).
Ja nie potrafię jednoznacznie ocenić, która z powyższych diagnoz jest najtrafniejsza. Być może w każdej z nich tkwi ziarno prawdy i trzeba je traktować komplementarnie. Można też pewnie dorzucić jeszcze parę innych diagnoz dot. narodu, wspominając na przykład o istnieniu nadal świadomości człowieka sowieckiego. Łatwo ją dostrzec nadal choćby w codziennych relacjach wielu Polaków, którzy w miejscach publicznych najczęściej są dla siebie oschli, niegrzeczni, a nawet chamscy. Nadal istnieje zjawisko "wpychania się do kolejek", a nawet, o zgrozo, powstawania "kolejek społecznych" (choćby niedawno przed urzędami z wymianą dowodów osobistych) - co wydawałoby się już w "wolnym kraju" nie powinno mieć miejsca. Nadal wielu Polaków z rozrzewnieniem wspomina peerel (i "ile wtedy można było za pensję kupić") i nadal narzeka, nawet jeśli jadą oni z wyładowanymi po brzegi wózkami w hipermarkecie do kasy.
Wina za kształt państwa na pewno po części leży po stronie samych Polaków, bo powinni oni umieć wybierać mądrych polityków, a nie matołów w garniturach i panoszących się potem po parlamencie jak paniska po folwarku. Pytanie jednak, na ile przeciętny Polak ma wpływ na wybór kogokolwiek w przypadku tak a tak skonstruowanej ordynacji wyborczej (nieustannie "przekonstruowywanej" na bieżące potrzeby polityczne) oraz tak a tak działających totalniackich na nowo w perswazji i manipulacji mediów? Przyjeżdżający do Polski obcokrajowcy dziwią się, słysząc polityczne utyskiwania naszych rodaków, bo dla ludzi z normalnych krajów sprawa wydaje się oczywista: ktoś u władzy ci się nie podoba - zmieniasz go przy najbliższej okazji, a w najgorszym razie wyłazisz na ulicę i urządzasz demonstrację, robi się z tego wielki szum, zlatują się dziennikarze i dany rząd pada, a głupawych czy zamordystycznych polityków przepędza się w niesławie lub wsadza do więzienia za malwersacje. Tu jednak znowu należy powtórzyć, że zwykli obywatele w Polsce mają znikomy wpływ na politykę z powodów wymienionych wyżej, a ponadto dlatego, że media częstokroć stają po stronie polityków, a nie przeciętnych obywateli. Ot, specyfika krajów postkomunistycznych - media wolne, ale inaczej niż w normalnych państwach, z racji choćby tego, że powstawały w specyficznie tworzonych dla tychże mediów warunkach - czy ktoś jeszcze pamięta, jak finansowo zaczynała po 1989 r. "Polityka" czy "GW"? Czy wszystkie tygodniki i gazety miały takie ekonomiczne możliwości na starcie? Nie sztuka być rekinem w akwarium, powiedziałbym, lecz mniejsza z tym.
Oprócz specyfiki oligopolicznego (a częstokroć oligarchicznego) rynku mediów, dochodzi jeszcze dość kiepska pozycja finansowa zwykłych obywateli, którzy gdyby nie kredyty i tzw. zdolności kredytowe, o których bankierzy decydują z podziwu godną skrupulatnością, w ogóle nie mieli nowych aut, domów czy drogich sprzętów AGD, ponieważ oszczędności by na to nie pozwoliły (proszę sprawdzić, ile gospodarstw w rocznikach statystycznych ma własne oszczędności). Wobec tego spora część Polaków woli walczyć o byt aniżeli wywracać porządek polityczny do góry nogami. Owa walka o przetrwanie jest zresztą zgodna z programem zapoczątkowanym tzw. reformami Balcerowicz,a które wydrenowały mnóstwo oszczędności Polaków, pozostawiając ich z niczym. Wtedy bowiem powtarzano obywatelom do upadłego, że mają zaciskać pasa i muszą się wziąć do roboty. Hasło "brania się do roboty" w komunizmie, czyli gospodarce "planowych niedoborów" oraz "różnych faz zasilania" doprowadzone do absurdu, nie wiedzieć czemu, z jeszcze większą emfazą powróciło w Polsce po 1989 r. Czy tak nie zagania się przypadkiem do niewolniczej pracy? Czy człowiekowi wolnemu, samodzielnemu i odpowiedzialnemu trzeba powtarzać jak tępakowi, że ma pracować, by utrzymać siebie i bliskich?
Wobec tego za to, jak wygląda nasze państwo odpowiadają właśnie ci dziarscy naganiacze "do roboty", czyli politycy oraz czereda przyspawana do tychże polityków, która na kontaktach z nimi załatwia sobie ekonomiczne informacje pozwalające tejże czeredzie nie tylko "stawać finansowo na nogi", ale i puszyć się na nowych salonach. Nuworysze polscy to nie żadna klasa średnia, która w warunkach kapitalistycznych dochodzi do przyzwoitych pieniędzy dzięki swojej operatywności i pracowitości, ale ludzie, którym po prostu trochę spadło konfitur ze stołu, przy którym zasiada i bawi się władza. Najgorsze jednak jest to, że partie się zmieniają, a przy stole z konfiturami w olbrzymiej większości zasiadają ci sami ludzie. Wciąż te same twarze, jak w jakimś niekończącym się politycznym koszmarze. Nie wymyśliłby tego ani Witkacy, ani Orwell, ani nikt inny zapewne. Przeciętni Polacy są zaś tak zahukani, że wolą na tę rzeczywistość machnąć ręką niż po prostu zacząć rozliczać polityków z tego, czego oni nie zrobili.
Nie zapowiada się na razie zmiana ani w myśleniu Polaków o Polsce, ani w podejściu żerujących na obywatelach i na ich łatwowierności a czasem i głupocie, polityków. Można mieć jednak nadzieję, że indolencja idąca w parze z hipokryzją nie są w stanie zbyt wiele zdziałać (nawet przy pomocy dość usłużnych mediów), a nic tak nie działa ozdrowieńczo na politykę jak kompromitacja niewłaściwych ludzi na niewłaściwych miejscach. Wtedy bowiem obywatele zaczynają się łapać za głowę i uświadamiać, że klasa próżniacza jest przez zwykłych ludzi utrzymywana, nie zaś, że politycy "dają nam, obywatelom, zarobić", "dają pożyć".
Takiej ozdrowieńczej kuracji i takiej kwarantanny życzę nam wszystkim w 2008 roku. Czasami potrzeba, mówiąc brutalnie, porządnego kaca, by człowiek poczuł, że nadmiar alkoholu szkodzi i że trzeba twardo stanąć na ziemi oraz wziąć się w garść. (Zwidy o Irlandii 2 dawno już przeminęły, zauważmy, co znaczy, że zabawa dobiega końca, bo bawiący się opróżnili cały barek i powoli nastaje świt).
Wszystkim twórcom salonu24, bywalcom i rzadkim gościom, blogerom i czytelnikom, komentatorom i obserwatorom, życzę sił na walkę z głupotą w polskiej polityce (bez względu na to, w którym miejscu się ta głupota ujawnia), a wcześniej szampańskiej zabawy (tylko bez "radzieckiego szampana", na litość boską) i radosnego zapomnienia o... wiecznym zaciskaniu pasa :)
Zdrowia, pogody ducha, wtrwałości, cierpliwości i siły. Live long, live strong, jak mawiał kiedyś H. Rollins :)
Szczęśliszego (od 2007) Nowego Roku 2008, brothers and sisters!!! I nieustające: precz z komuną!
PS.
Ponieważ za chwilę wyjeżdżam na parę dni w miejsca, gdzie najpewniej nie będę miał dostępu do Sieci, proszę się nie przejmować tym, że nie odpisuję. Na początku stycznia powrócę, for sure. Uważajcie na siebie, zwł. jeśli chcecie się bawić tymi cholernymi, chińskim fajerwerkami ;P Mniej chińszczyzny, ludzie! :)


Komentarze
Pokaż komentarze (33)