Jeszcze wczoraj pocieszałem wszystkich, że wszystko będzie dobrze, co zresztą rozzłościło paru zagorzałych fanów Partii Okrągłego Stołu, najwyraźniej jednak muszę zmienić optykę, bo już coraz więcej osób zaczyna zgłaszać wątpliwości co do tego, czy nowa koalicja w ogóle wie, co robi. Pisze o tym obszernie B. Fedyszak-Radziejowska w "Rz" (http://www.rp.pl/artykul/80564.html):
"Nie minęło jeszcze 100 dni nowej władzy, a większość trudnych problemów Polski została – zdaniem mediów – rozwiązana."
Mnie też zaskakuje, że im dłużej rządzą Tuskowie z Pawlakami (przy aprobacie Olejniczaków i Napieralskich), tym więcej uciążliwości znika z życia naszych rodaków. Fedyszak-Radziejowska wymienia wszelkie dotychczasowe "sukcesy" obecnej koalicji - od zagranicznych po wewnątrzkrajowe (o "walce z korupcją", jak i z IPN-em, także wspominając), zastanawia się tylko:
"Dlaczego tym wszystkim decyzjom, czystkom, kontrowersjom towarzyszy sielankowy nastrój większości mediów? Dlaczego decyzje, które w wykonaniu polityków PiS piętnowano by przez 24 godziny na dobę, w wykonaniu liderów Platformy cieszą większość komentatorów?"
Chyba odpowiedź na to pytanie (które także wielu blogerów sobie zadawało) znalazł B. Wildstein (http://blog.rp.pl/wildstein/2008/01/02/przywracanie-normalnosci/):
"w minionym roku nie mieliśmy do czynienia ze zwykłą, demokratyczną zmianą władzy. Wybory te miały być zdaniem rzeczników „przywracania normalności” powrotem do „normalnego”, czyli właściwego stanu rzeczy, jaki obowiązywał przed 2005 rokiem, a który zerwany został wówczas przez katastrofę wyborczą.
Dlatego autorzy „Gazety Wyborczej”, „Newsweeka”, „Polityki” i innych pism, których tezy powtarzane są w przytłaczającej większości mediów elektronicznych, ogłaszają, że rząd Tuska może już nic nie robić i tylko pozwolić, aby „normalność” wracała."
Co więcej:
"Publicyści owi bardzo często używają pierwszej osoby liczby mnogiej, dając jednak do zrozumienia, że nie chodzi im tylko o towarzyszy z własnej politycznej partii, ale ogół „normalnych” Polaków."
Nic dziwnego, że my, zwykłe buce, czujemy się w Irlandii 2 nienormalnie, ponieważ do normalnych nikt - z J. Paradowską na czele - by nas na pewno nie zaliczył. Skoro bowiem, jak pisze dalej Wildstein, Paradowska uważa, że "my" nie oczekujemy od rządu żadnych "wielkich przedsięwzięć", to mówiąc "my", mówi ona o innych ludziach niż ja, gdy mówię "my". Stąd wniosek, że nie jestem po właściwej, światłej stronie.
Z kolei Fedyszak-Radziejowska zwraca uwagę w związku z tym na pewne podobieństwa z przeszłością:
"Podobnie wrogi i szyderczy stosunek do rządzących demonstrowano wcześniej dwa razy – wobec rządu Jana Olszewskiego i wobec rządów AWS, szczególnie po wyjściu Unii Wolności z koalicji. W obu przypadkach mieliśmy do czynienia z medialnym niszczeniem formacji, które mogły stać się realną alternatywą rządzącej po 1989 roku ekipy. Innymi słowy, skutecznie zablokowano perspektywę ustabilizowania się dobrze działającego systemu demokratycznego, z autentycznie podzieloną sceną polityczną i co najmniej dwoma realne istniejącymi i zdolnymi do sprawowania rządów siłami politycznymi rywalizującymi o wyborców.
Co najmniej dwie ekipy polityków, środowisk intelektualnych, elit, ekspertów, think tanków, etc. są dla dominujących po 1989 roku środowisk władzy nie do przyjęcia. I do tego potrzebna jest tak nazwana sejmowa komisja, po to media traktują pisowską opozycję, jakby nadal rządziła. Bo rzecz nie w tym, by byli opozycją, rzecz w tym, by pozostali nią „na zawsze”."
To memento: "na zawsze" bez wątpienia jest skrupulatnie realizowane przez wszystkie zaprzyjaźnione z Partią Okrągłego Stołu media. Chodzi wszak o takie przekonstruowanie polskiej sceny politycznej, by do wywrócenia porządku pookrągłostołowego już NIGDY nie doszło. Rozmaite "partie ludzi mądrych" powinny się ze sobą, rzecz jasna, o drobne kwestie spierać ("różnić się pięknie"), tak, by Passent miał o czym pisać z Szostkiewiczem etc. - nie może być jednak tak, że przyjdzie ktoś, kto zechce wszystkie te partie zmieść ze sceny lub przynajmniej zepchnąć na długie lata do kornera.
Mimo jednak nieco pesymistycznych prognoz, które polska socjolog stawia pod koniec swojego artykułu, nie uważam, by czekała nas katastrofa. Indolencja na szczytach rządowych, z jaką mamy teraz do czynienia, jest widoczna gołym okiem, a siła mediów wspierających koalicję cudotwórców słabnie z tygodnia na tydzień, im większą nieudolnością rządzący się wykazują. O ile więc 2007 r. można uznać za rok medialnego (medialnego, nie politycznego, podkreślam) tryumfu różnych frakcji Partii Okrągłego Stołu, to 2008 r. na pewno taki nie będzie. Będziemy oglądać komediodramat (z akcentem na komedię), ale cóż - nie ma co ukrywać, sami Polacy sobie takie widowisko zafundowali.


Komentarze
Pokaż komentarze (47)