Medioznawcy oraz ludzie mediów zaczynają powoli odkrywać Amerykę, czyli dochodzić do stosunkowo oczywistej, zdawałoby się, konstatacji, że świat może być opisywany nie tylko przez dziennikarzy. Można by się z tego cieszyć, gdyby historia piśmiennictwa zaczynała się w momencie powstania środków masowego przekazu. Niestety, nie zaczęła się, co uprzejmie ogłaszam i K. Urbanowiczowi (http://urbanowicz.salon24.pl/55206,index.html), i P. Paliwodzie (http://pawelpaliwoda.salon24.pl/55158,index.html), jak też przezacnemu I. Jankemu (http://pawelpaliwoda.salon24.pl/55158,index.html#comment_816404).
Ten pierwszy, w dość mentorskim tonie, twierdzi, że "amatorów" (czyli gł. blogerów) czeka wnet gremialny akces do mediów masowych, ten drugi wprost dokonuje nobilitacji niektórych blogerów, proponując im - jako, jak zaznacza "szef działu opinii" - angaż w swoim tygodniku (w imię swoiście rozumianego pluralizmu), zaś swoją parafkę przy tych grupowych awansach stawia nieoceniony Janke, który nie zapomina jednocześnie dodać, że awansowani to osobnicy, którzy swoją szkołę pisania zawdzięczają salonowi24 ("autorzy, którzy wykreowali się w salon24", "to wielka pochwała dla Salonu. To znaczy, że kreujemy nowych autorów i poszerzamy debatę"). Słowem, blogerzy, żyć - nie umierać.
Wątpliwości, jakie się nasuwają przy lekturze tych wypowiedzi, dotyczą założenia, że zawodowstwo w pisaniu wiążę się z publikowaniem w mainstreamowych mediach bądź też z ich badaniem. Można podziwiać dobre samopoczucie wyrażających taki pogląd, ale zarazem warto byłoby zwrócić uwagę, że - mimo wszystko - wartościowe kulturowo okazują się nie tyle środki masowego przekazu i treści w nich komunikowane, lecz publikacje innego typu, o czym wiedzą nawet ludzie niespecjalnie zanurzeni w rzeczywistość medialną. Ponadto słowo "amator" świadczy z jednej strony o niezrozumieniu specyfiki blogowania, a zarazem jest wyjątkowo obraźliwe dla osób, które nie tylko publikują dłużej aniżeli niejeden dziennikarz, ale też częstokroć wykazują się o wiele większą erudycją, a nawet wykształceniem niż zadowoleni z siebie (nie zawsze wiadomo, z jakiego powodu) ludzie mediów.
Już pisałem o tym parokrotnie, ale może przypomnę, że blogerzy celowo przywdziewają "maski anonimowości" nie tylko po to, by pisać absolutnie na własny rachunek (a nie jako np. osoba publiczna, naukowiec, pisarz, badacz, a nawet dziennikarz (!) itd.), lecz i po to, by "wziąć w nawias" ewentualny "bagaż" wykształcenia, wcześniejszych publikacji, "znajomości" itp. W ten sposób wykazują się o wiele większą odwagą cywilną aniżeli większość ludzi środków masowego przekazu, którzy to - pisząc on-line - przede wszystkim dają do zrozumienia "anonimowemu audytorium", że związani są z takim czy innym mainstreamowym tytułem lub też z taką a taką WAŻNĄ instytucją, co ma wywoływać u potencjalnych odbiorców odruch przyklęknięcia przynajmniej na jedno kolano ewentualnie przykucnięcia z wrażenia. Bloger jednocześnie (tj. biorąc w nawias własne CV) wykazuje się w ten sposób nonszalancją, "puszczając w niepamięć" swoje wcześniejsze dokonania i jakby "skacząc na głęboką wodę" debaty publicznej bez jakiegokolwiek zabezpieczenia. Wspominała zresztą o tym obszernie także Kataryna, broniąc swojej anonimowości, więc odsyłam ewentualnie do lektury jej znakomitego bloga.
Nie sądzę, by miało to cokolwiek wspólnego z amatorszczyzną. Przeciwnie, świadczy to o ekstraklasie zawodowstwa w pisaniu. Nie muszę chyba ukrywać, że znalezienie stałego grona czytelników w takiej sytuacji jest rezultatem tylko i wyłącznie ewentualnego talentu danego blogera, a nie żadnych zabiegów marketingowych czy niczyjego mianowaństwa. Co więcej, blogerom towarzyszy niejednokrotnie większe audytorium aniżeli wielu dziennikarzom. Czy to również można uznać za wyznacznik amatorszczyzny?
W takiej sytuacji proponowanie blogerom pisania do tradycyjnych mediów wydaje się pomysłem dość osobliwym. Jeśli bowiem blog czytany jest przez więcej osób aniżeli dany tygodnik czy gazeta, to jaki z takiego akcesu awans społeczny dla blogera? Czy nie jest to jakieś odwrócenie porządku? Wychodziłoby na to, że "amatorom z Sieci" Panowie Dziennikarze proponują nareszcie POWAŻNE PUBLIKOWANIE, przypominając jednocześnie, gdzie jest tychże amatorów miejsce w kolejce do "zakładu pracy". (Oczywiście, nie zamierzam w ten sposób odwodzić kogokolwiek z blogerów od publikowania w mainstreamowych mediach. Piszę tu wyłącznie o mojej własnej wizji całej tej sprawy.) Innymi słowy, nobilitacja, jakiej nie było, amator może zobaczyć własne teksty w druku w opiniotwórczym medium. Co zrobić zaś w sytuacji, gdy ten czy inny bloger publikuje od lat? Tego zapewne Urbanowicz, Paliwoda i Janke nie wzięli pod uwagę.
Przechodząc teraz do kwestii samej "GP", skoro już Paliwoda wywołał mnie jakoś do dyskusji. Mówienie o pluralizmie opinii w sytuacji, gdy z tego tygodnika właśnie za OPINIE wyeksmitowano takich felietonistów, jak Michalkiewicz czy Łysiak i gdy tenże tygodnik toczył wielomiesięczną "świętą wojnę" z innymi mediami prawicowymi wydaje się zupełnie nie na miejscu. Kiedyś dałem temu wyraz oburzenia, pisząc parę postów na ten temat. Nie wiem więc, czy "GP" nie zależy po prostu na "świeżej krwi", by móc reklamować tygodnik jako np. "pierwsze drukowane forum blogerów" i w ten sposób - na ewentualnym podniesieniu nakładu. Mniejsza jednak z tym. Chcę jedynie przypomnieć, że to nie blogerzy przyszli do środków masowego przekazu i do ludzi mediów, ale odwrotnie. Może więc warto przemyśleć na nowo kwestię tego, o czym i o kim należałoby mówić w kategoriach "amatorstwa".


Komentarze
Pokaż komentarze (115)