D. Gawryluk typuje już dwóch ministrów, którzy powinni lub zostaną odwołani - Kopacz i Sikorskiego. Co do tej pierwszej, to nie ma żadnych wątpliwości, że nie tylko trafiła kosa na kamień, ale i w porównaniu z prof. Z. Religą mamy do czynienia z mieszaniną egzaltacji, impertynencji, ale i arogancji. Gawryluk argumentuje zresztą tak:
"Ministerstwo Zdrowia zawsze jest terenem ciężkich walk dla kolejnych rządów. Jednak minister Kopacz wydaje się tym faktem zupełnie zaskoczona. Sprawia wrażenie osoby działającej zupełnie chaotycznie, wręcz na granicy zawału serca. A przecież w tym resorcie potrzeba wytrawnego polityka emanującego spokojem i pewnością siebie (...) Od wielu miesięcy dla nikogo chyba w Polsce nie było tajemnicą, że oczekiwania pracowników służby zdrowia i groźba strajków pozostają problemem niezałatwionym. Nie mogę więc zrozumieć, dlaczego tak długo trwa wymyślanie koncepcji, jak sobie z nim poradzić."
Natomiast, co do Sikorskiego, dziennikarka twierdzi, że:
"nie jest już w jego gabinecie do niczego potrzebny. Kiedy przechodził z PiS do PO, był potrzebny, by pokazać, jak znakomite osobowości opuszczają Jarosława Kaczyńskiego. Dziś rolę swoją odegrał i wydaje się zawadą premierowi Tuskowi, który czuje się lepszym przedstawicielem Polski za granicą. Minister Sikorski zapewne nie wytrzyma długo tej drugoplanowej roli, jaką PO dla niego napisała."
(http://www.dziennik.pl/opinie/komentatorzy/article105444/Kogo_pozbedzie_sie_Tusk_.html)
Zbieranie się ciemnych chmur nad Kopacz potwierdzałyby dzisiejsze perypetie z przekładanym oficjalnym/nieoficjalnym posiedzeniem rządu (za czasów PiS-u po takim cyrku rozmaici "satyrycy" przez parę tygodni by urządzali sobie żniwa) (http://www.dziennik.pl/polityka/article105602/Tuskowi_nie_podobaja_sie_pomysly_Kopacz.html). Za tezą dot. tego, że Sikorski jest jak piąte koło u wozu Tuska niewiele na razie przemawia, bo przecież minister spraw zagranicznych niemal dokładnie wypełnia prerogatywy mistrza polskiej dyplomacji, czyli "wujka Bronka".
Ja jednak widzę kandydata nr 1 do takiego zdymisjonowania. Jest nim oczywiście min. Z. Ćwiąkalski, który powinien wracać tam, skąd przyszedł, skoro już zadanie swoje wykonał. Ale - milcz serce, skoro wszystko wisi na włosku, wszak nawet tak przychylny rządowi T. Sekielski (który nieba by nowej koalicji przychylił, jak wiemy) zaczyna się niecierpliwić i domaga się, by Tusk nareszcie zaczął rządzić (http://www.dziennik.pl/opinie/article105298/Tusk_musi_wreszcie_zaczac_rzadzic.html):
"Co prawda szef rządu zapewnia, że jego ekipa "pracuje w ruchu ciągłym”, można jednak odnieść wrażenie, że jak na razie są to głównie działania w sferze politycznego PR. Premier i jego ludzie robią przede wszystkim to, co podoba się Polakom i co może przynieść polityczną popularność."
Proszę zwrócić uwagę, że ten fragment powyżej nie ja napisałem, tylko Sekielski. Można więc zadać sobie podstawowe pytanie: ale skoro premier nie rządzi, to do cholery, kto tu w tym kraju rządzi?


Komentarze
Pokaż komentarze (71)