Tym, co sądzą, że historia Polski zaczęła się od sejmu kontraktowego, chciałbym przypomnieć, że i wcześniej byli w naszym kraju premierzy i żyli długo i szczęśliwie. Jednym z nich jest M. F. Rakowski, człowiek-legenda, który po dziś dzień w miesięczniku "Dziś" w zadumaniu patrzy na nasze dzieje i na naszych polityków, a ponieważ jego staż w rządzeniu krajem jest nieco dłuższy niż D. Tuska, tedy, jak premier premierowi, doradza młodszemu koledze tak po staropolsku albo, mówiąc ściślej, po staropeerelowsku.
Przede wszystkim radzi, by Tusk dotrzymywał słowa, jeśli chodzi o kwestie ochrony:
"Deklarację premiera Donalda Tuska, że nie będzie otaczał się chmarą borowców i samochodów, że wystarczy jeden, przyjąłem z uznaniem. Oby tylko wytrzymał w tym postanowieniu, bo pewnego dnia mogą zgłosić się panowie z BOR-u, którzy uzasadnią potrzebę wzmocnienia ochrony, powołując się na jakieś anonimy z groźbami, w poczcie może się nawet znaleźć kilka kuleczek, przeznaczonych dla niego (wszak takie otrzymał były premier) i Tusk ulegnie."
Co wtedy się stanie, jak młody (ca. 50-dniowy), niedoświadczony premier, ulegnie?
"Wrócą chłopy jak dęby, otaczający go i czujnie przyglądający się obywatelom RP, którzy chcieliby uścisnąć dłoń szefa rządu. A gdy ten zechce odwiedzić, dajmy na to, jakąś szkołę, to dzień wcześniej zjawi się w niej grupa operacyjna z psami, która zabezpieczy teren."
Tak jest. Nic więc dziwnego, że Rakowski wspomina, jak to drzewiej bywało, np. za I sekretarza E. Gierka:
"W latach 70. przyglądałem się tzw. gospodarskim wizytom Edwarda Gierka. Gdy w rozmowie z nim powiedziałem, że są one od A do Z przygotowywane przez miejscowe władze, odparł, że wie o tym, ale – dodał – „zawsze coś trwałego po takiej wizycie zostanie”. Moje dziennikarskie doświadczenie podpowiadało mi, że w takich warunkach o autentyzmie spotkania nie ma co marzyć." -
i to - co oczywiste - za jego, tj. Rakowskiego, królowania, tzn. tfu, bycia pierwszym ministrem Polski Ludowej:
"Mój borowiec (towarzyszył mi zawsze jeden i kierowca z BOR) może zaświadczyć, że rano wychodziłem z biura, wsiadałem do samochodu i mówiłem: jedziemy. Dokąd? – pytał ofi cer. A ja odpowiadałem, na przykład, na szosę do Pułtuska. Tam wchodziłem do szpitala, a potem jechaliśmy do Ciechanowa, po drodze wstępując do jakiegoś urzędu gminy. W Warszawie, zarówno jako wicepremier, jak później jako premier, chodziłem po ulicach (zawsze tylko z jednym ofi cerem BOR). Lud Warszawy, który podobnie jak cały naród, nienawidził komunistycznej władzy (tak piszą i bełkoczą faceci, dyżurni historycy i dziennikarskie rzemiechy), jakoś nie przejawiał wobec mnie wrogich uczuć."
(http://www.dzis.com.pl/main.php3?strona=wiecej06)
Widzicie, ludzie? Premier wychodził na ulice i nikt nie przejawiał wrogich uczuć. Ci akurat, co przejawiali te uczucia siedzieli pewnie w więzieniach jeszcze albo na emigracji, ale to drobiazg, bo przecież Rakowskiemu chodzi o to, że gdziekolwiek nie udał się znienacka, tam nikt go kamieniami czy bluzgami nie obrzucał, z czego wniosek, że albo faktycznie ludzie sobie chwalili komunistyczną władzę (wbrew temu, co "piszą i bełkoczą faceci, dyżurni historycy i dziennikarskie rzemiechy"), albo - o czym premier-senior nie wspomina, bezpieka była tak skuteczna w paraliżowaniu i/lub pacyfikowaniu nastrojów społecznych, że "lud Warszawy", widząc spacerującego genseka, nie dwa razy, a dziesięć razy się zastanawiał, nim wyraził jakąś swoją dezaprobatę. Swoją drogą, ciekawe, czy Rakowski zaglądał do "sklepów społemowskich" i tam rozmawiał o samopoczuciu ze sterczącym w kolejkach "ludem Warszawy". Nieważne.
Ważne jest to, że przecież zawsze można z powrotem sztandar PZPR wprowadzić i pokazać obecnym nieudacznikom, jak się kiedyś rządziło. Jeszcze nic straconego, "panie premierze". Kto wie, czy rozhisteryzowana PO nie przyjęłaby z ulgą takiego obrotu sprawy.
;P


Komentarze
Pokaż komentarze (73)