Wyobraźmy sobie, że do Niemiec przyjeżdża jakiś gość i mówi: "wszyscy jesteście hitlerowcami". Potem jedzie do USA i mówi "Amerykanie to jeden cholerny Ku-Klux-Klan". I tak dalej. Co by z takim gościem zrobili normalni, przyzwoici ludzie? Albo inaczej: co powinni zrobić?
Otóż zdaniem wielu polskich komentatorów powinni radośnie klaskać i ciamkać z zadowolenia, a najlepiej gremialnie przyklękać na jedno kolano wraz z trzymanymi na rękach dziećmi. Właściwie można by jeszcze dorzucić do tych rytuałów wożenie w lektyce i wystawianie na widok publiczny kogoś w rodzaju nowego Jana Chrzciciela, który przepasany sznurkiem wygraża pięścią ludowi, przypominając, że jest żmijowym plemieniem, a siekiera do pnia już dawno przyłożona. Klaskanie, ciamkanie i przyklękanie ze strony środowisk, które polskość uważają za coś godnego pogardy albo - w najlepszym razie - coś wstydliwego jak francuska choroba, czyli "GW", "Polityki" itp. - nie powinno nas dziwić. Jaki jednak interes lub jakie wytłumaczenie swojego udziału w takich rytuałach mają ludzie z innych środowisk? Być może taki, że dołączanie się do - nazwijmy to "neobaptystów" - stawia takich śmiałków w dość korzystnym świetle. Takim, mianowicie, że oni niejako automatycznie (choć jest to tak naprawdę włączenie przez subtelną inicjację) nie są traktowani jako grzesznicy - tu: antysemici, podczas gdy wszyscy ci, co sprzeciwiają się Chrzcicielowi Grossowi, są de facto (i de iure, przecież) ciężkimi grzesznikami antysemityzmu. Tertium non datur.
Najciekawsze jest to, że te wspaniałomyślne środowiska, które polskość zostawiłyby za sobą jak ruiny jakiegoś wstrętnego domu, gdyby tylko było gdzie się oddalić (a nie zawsze jest gdzie), z reguły powiadają nam, burakom pastewnym, że ŚWIAT NIE JEST CZARNOBIAŁY, czyli ze nie ma prostych sytuacji, w których jedni są po właściwej stronie, inni nie. Ileż to publicystycznych elaboratów i analiz rozdzielonego na czworo włosa powstało na temat zawiłości sumienia takiego tajnego współpracownika SB, który może nawet nie musiał współpracować, ale chciał, bo nie miał wyboru. Może nawet zresztą nie chciał, ale już i tak był zaewidencjonowany, więc klamka zapadła. Zresztą, może nawet go nie wprowadzili do rejestru, ale tak był skołowany, że nie wiedział, co się dzieje, albo co będzie. Ileż to uczonych dyskusji było na temat skomplikowanych zawirowań ludzkich losów za komunizmu, a i postkomunizmu - a tu? Nagle przybywa Jan Gross Chrzciciel i prostuje ścieżki tak szybko, że jest albo droga prawości, albo nieprawości. Albo światło, albo ciemność. Jednak czarnobiały jest ten świat, chciałoby się przypomnieć uczniom Grossa, ale chyba już za późno na to, bo i oni do słuchania nie nawykli.
Kiedyś nieżyjący już ks. Adam, wspaniały, niezwykle poczciwy, prawy proboszcz z parafii, w której kiedyś mieszkałem, a który rozumiał mnie bez słów, powiedział wspaniałe i bolesne zdanie: dobra nigdy nie należy żałować. Powtarzał je w czasie jednej z pasterek wielokrotnie kilkanaście lat temu. I wryło mi się w pamięć po dziś dzień, a wspominam je sobie, ilekroć przeżywam jakieś wielkie rozczarowanie ze strony tych, którym jakieś dobro przez długie lata wyświadczałem. Dobra nigdy nie należy żałować. Dlatego też Polacy nie powinni nigdy żałować dobra, jakiego wyświadczyli Żydom, chroniąc ich w czasie okupacji, płacąc za to życiem swoim lub swoich najbliższych.
Jeśli nawet lżony jest Sługa Boży, Kardynał Tysiąclecia, którego komuniści się bali jak diabeł wody święconej, ale którego Gross się nie boi, nie znaczy to, że Polacy mają dobra żałować. Polacy bowiem byli, są i będą dumni z tego, że wyświadczyli dobro nawet tym, którzy po latach szydzą z nich z tego powodu, że im właśnie Polacy pomogli przeżyć. A neobaptystów niech Bóg ma w opiece, bo nie wiedzą, co czynią. Chyba, że dokładnie wiedzą...


Komentarze
Pokaż komentarze (131)