Rozmaite czujne polskie środowiska, które biorą udział w zabawie "Jaka to melodia", czyli pilnie nasłuchują, co orkiestra przygrywa, a następnie wysyłają swoich solistów przed szereg, zapomniały tym razem, że oddalenie się od grającej orkiestry może przyczynić się nie tyle do gremialnie oklaskiwanych występów solo, co do sytuacji, w której solista gra ile wlezie, a tymczasem orkiestra poszła w zupelnie innym kierunku.
Kto podsunął wydawnictwu "Znak" ten, zdawałoby się, czysty interes, z promowaniem idiotyzmów Grossa, tego na razie nie wiemy. Czy była to inicjatywa moralistów z Agory SA, którzy są w stanie do swojego konfesjonału wielu ludzi przywoływać, poza namaszczonymi przez Michnika "ludźmi honoru" z Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego, czy też ITI, czy też jakiś dotyczący Grossa wielokątny stół różnych ludzi mądrych urządzono i uraczono przy winku, że to akurat - było nie było - nawiązujące do chrześcijaństwa wydawnictwo powinno wydać antykatolicką i antypolską książkę. Być może leżał w tym zamysł tego typu, że DYM będzie taki, że i ta inicjatywa zmieni się w kurę znoszącą złote jaja - przede wszystkim jednak był w tym koncept ideowy, powiedzmy szczerze. Niech nareszcie porządne wydawnictwo postawi sprawę na ostrzu noża. A potem? A potem się zobaczy.
Sprawa wydawała się prosta, rezonans propagandowy uruchomiono należytych rozmiarów, brakowało tylko jakiegoś serialu o polskim antysemityzmie, wydanego równolegle na DVD (do skompletowania w specjalnym boksie dołączonym do "GW", "Tygodnika Powszechnego", "Newsweeka", "Polityki", "Przeglądu", "Wprost" itd.) oraz limitowanej serii t-shirtów z modnym napisem "Urodziłem się antysemitą, tak jak moich rodzice i dziadkowie", o której Beylin et consortes mogliby napisać: "Nareszcie pop kultura zaczyna wchodzić na poziom czytelnych przesłań moralnych". Cmokania i klaskania miało być co niemiara, a tymczasem okazało się, że - ni stąd ni zowąd - wbrew kalkulacjom w "biurze projektów", wszystko zaczyna się dziwnie rozłazić.
Fala dyskusji o polskim antysemityzmie wcale się nie zaczęła przewalać wyższa niż zwyczajowo w rozmaitych wyspecjalizowanych w tej materii publikacjach konfesyjnej "GW" itp. , Polacy nie zaczęli chodzić do pracy i do hipermarketów w zgrzebnych worach, tu i ówdzie odezwały się ostre głosy protestu, prokuratura krakowska wzięła pod lupę samą objawioną księgę Grossa, który - jakby nigdy nic - walnął jeszcze z grubej rury, że właściwie czołowym polskim antysemitą to był sam Sługa Boży Kardynał Wyszyński.
Ostatnim akordem dowodzącym, że orkiestra oddaliła się od solisty H. Woźniakowskiego okazała się wypowiedź kard. Dziwisza, który dosłownie zmiażdżył inicjatywę wydawniczą "Znaku". Nagle więc wyszło na to, że orkiestra idzie w zupełnie innym kierunku, a solista czy soliści tak daleko przed nią wybiegli, że już tylko słychać echo grającej (zdawałoby się tak głośno) orkiestry. "Znak" jako promotor książki kogoś, kto lży Wyszyńskiego? To dopiero.
Co może zrobić środowisko, które nieopatrznie (i być może mimowolnie, bo ci ludzie "chcieli jak najlepiej") oddaliło się od orkiestry? Można być pewnym, że wpadnie w konsternację, dezorientację lub stan rozkładu. Orkiestra zresztą będzie tradycyjnie udawać, że "to oni, nie my", bo jak wiemy, jak się pojawia jakaś katastrofa, to "nie ma winnych, są tylko zadzwieni". Tym razem jednak samym zdziwieniem się tej skandalicznej sprawy nie załatwi. I dopiero teraz zaczyna się show.


Komentarze
Pokaż komentarze (32)