Jak tu się nie radować, skoro raduje się "Dziennik" tym, że radują się geje? A czymże się radują radośnie geje? Tym, że prawo zwycięża nad ciemnotą. Gdzie jak gdzie, ale we Francji, która zawsze w szerzeniu postępu wyprzedzała inne państwa o parę kroków (vide legendarna rewolucja i jej pokłosie), tym razem jakiś obskurancki urząd nie pozwolił adoptować dziecka kobiecie, która "ma orientację homoseksualną".
Z samej istoty homoseksualizmu wynika to, że jest to zachowanie contra naturam, czyli nie mające nic wspólnego ani z macierzyństwem, ani z ojcostwem, nie przeszkodziło to jednak Trybunałowi w Strassburgu twierdzić, że "francuskie władze "przesadnie rozwodziły się nad wątkiem rodzicielskim"". Okazuje się zatem, wedle toku myślenia mędrców ze Strassburga, że można być rodzicem nawet jeśli ze swojego antyrodzicielskiego zachowania seksualnego uczyniło się filozofię życia. Stąd radości co niemiara.
"To dzień radości dla homoseksualistów w całej Europie. Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu orzekł, że francuskie władze dyskryminowały lesbijkę, nie zezwalając jej adoptować dziecka. Homoseksualne organizacje okrzyknęły to swoim moralnym zwycięstwem."
(http://www.dziennik.pl/swiat/article112561/Sad_lesbijki_moga_adoptowac_dzieci.html)
Tedy jest chyba już rozkaz, by i inni się cieszyli. "Dziennik" chyba gazetą dla homoseksualistów nie jest, skoro więc z taką radością donosi o gejowskiej radości, to i my powinniśmy się uradować, choć olbrzymia większość nas gejami nie jest. Chyba że "Dziennik" się nie cieszy, a ja to tylko tak odebrałem. No ale, jeśliby się nie cieszył, to może by jakiś komentarz do tej wiadomości dodał? Nie zauważyłem. Więc chyba się cieszy, zwł. że dołącza zdjęcie rozbawionych lesbijek.
Wszystko oczywiście fajnie i zapewne nie wypada się komuś nie ucieszyć, pojawiają sie jednak jakieś takie nieśmiałe pytania. Pierwsze takie: kiedy zacznie się dyskusja nt. adopcji dzieci przez pary homoseksualne w Polsce?
Czy ktoś się już puknął w czoło? Kiedy na początku l. 90., gdy zaczęło się wstępne "integrowanie z UE", tematy "małżeństw homoseksualnych", "eutanazji", "aborcji na życzenie" i in. wynalazków nowoczesnego, postępowego świata traktowane były w naszym kraju ze śmiechem, a nawet kwitowane wzruszeniem ramion ("do nas to nie dojdzie"). Dziś szykuje się kolejna debata: "kiedy w Polsce dojdzie do zgody na adopcję dzieci przez pary gejowskie lub lesbijskie" (kwestia "legalizacji homo-małżeństw" to przecież "oczywistość").
Jak taka debata będzie wyglądać? Zacznie się pewnie od relacji osób, które wychowywane były przez niepełne rodziny (ergo: nie zawsze jest tak, że dzieci wychowują rodzice). Potem będą ckliwe opowieści tych, których wychowywała mama z ciocią albo tato z wujkiem. Jednocześnie będą się pojawiać relacje o dorastaniu dzieci wychowywanych przez postępowe pary homoseksualne w rozmaitych postępowych krajach (vs ciemna Polska). Te relacje będą sąsiadować z opowieściami o patologiach w tradycyjnej rodzinie, w której, co "potwierdzają psychopatologowie" ojciec molestuje córkę, matka syna i w ogóle mało kto jest normalny (czyli nie wychodzi na prostą w życiu bez intensywnej psychoterapii). Jednocześnie publikowane będą sondaże o tym, ile to dzieci wychowywanych przez homo-pary "odczuwa pozytywną jakość życia". Oczywiście nie będzie mowy o jakichś sytuacjach patologicznych w relacjach homo-rodzice - adoptowane dziecko, bo przecież do żadnych patologii w tak nowoczesnym i zdrowym modelu rodziny dojść nie może. Nikt postępowy oczywiście, za żadne skarby nie widzi żadnych związków między np. homoseksualizmem mężczyzn a pedofilią. tedy i w tych sytuacjach do takich związków nie będzie mogło dojść, bo ich nie ma. (Sceny, w których dorośli homoseksualiści zaczepiają na dworcach czy w toaletach młodziutkich chłopców należy bowiem wsadzić między bajki.) Pojawią się też pewnie fotoreportaże pokazujące szczęśliwe "rodziny gejowskie/lesbijskie" (np. słynny aktor ze swoim partnerem w ogrodzie i adoptowanymi, uśmiechniętymi dziećmi).
Jak się ta tęczowa debata zakończy? Może tak, że ktoś w "GW" czy innym "Dzienniku" stwierdzi radośnie, że tak właśnie należy interpretować hasło "pokolenie Jana Pawła II". A my będziemy Bogu dziękować, że Jan Paweł II tego nie widzi.


Komentarze
Pokaż komentarze (34)