Nie spodziewałem się, że na łamach "GW" można znaleźć jeszcze jakikolwiek głos rozsądku, człowiek jednak uczy się przez całe życie. Oto amerykanista Z. Lewicki (oczywiście wcale nie sympatyzujący z PiS-em, no way) na zimno punktuje pomyłki rządu Tuska-Pawlaka w odniesieniu do niedawnego sojusznika Polski, czyli USA. Celowo piszę niedawnego, ponieważ obecne gesty przyjaźni przedstawicieli polskiego rządu wobec naszego wschodniego sąsiada świadczą o widocznej i istotnej zmianie rozumienia naszych międzynarodowych sojuszy.
Lewicki, wymieniwszy gafy ministra obrony, pisze m.in. tak:
"Otóż jeżeli półtonowy goryl czegoś nie lubi, to zwłaszcza tego, że ktoś mu na jego terytorium gra na nosie. I rzecznik Pentagonu, przecież nie z własnej inicjatywy, uznał za stosowne publicznie poinformować, że rozmowy były "szczere, ale produktywne". Czyli mówiąc wprost, nie dały nic.
Co gorsza, rzecznik wyraźnie stwierdził, że Polska wprawdzie nadal nie potrafi wypracować stanowiska w sprawie tarczy antyrakietowej, ale za to potrafi "położyć na stole rozmaite żądania", od których Pentagon się bardzo wyraźnie dystansuje. Wreszcie uznał za potrzebne przypomnieć, że Polska otrzymała już znaczną pomoc wojskową z USA, że tarcza ma chronić Europę i że kwestia ta została wyraźnie ustalona na szczycie NATO w 2006 r.
Innymi słowy: Polska ciągle się tylko czegoś domaga, nie rozumie natomiast, co znaczą zobowiązania sojusznicze. Można zapewne dyskutować o szczegółach tej wypowiedzi, ale fakt pozostaje faktem: to był bodaj najbardziej upokarzający moment w stosunkach polsko-amerykańskich po 1989 r. I wypowiedzi tej, z pewnością ustalonej z kierownictwem Pentagonu, nie zrównoważą pochwały stanowczości polskiego ministra wyrażane publicznie przez jego doradców."
(http://serwisy.gazeta.pl/swiat/1,34181,4853023.html)
Hasło o najbardziej upokarzającym momencie w naszych relacjach z USA brzmi naprawdę przekonująco w powyższym kontekście. Tym niemniej po tym głosie rozsądku pojawia się nieco niepokojąca nuta:
"Nic jeszcze nie jest przesądzone. Możemy odrzucić amerykańską propozycję tarczy (przy okazji, oczywiście, wystawiając do wiatru Czechów). Ale nie możemy kierować się emocjami ani uzależniać naszej decyzji od przewidywania wyniku wyborów w USA."
Niedawno rozmawiałem z jednym politologiem, twardym sympatykiem PO i zapytałem go, tak z głupia frant, jaki jest jego stosunek do zainstalowania tarczy. Znajomy odpowiedział, że ma nadzieję, że do instalacji nie dojdzie. Z początku zdawało mi się, że się przesłyszałem, wobec tego zacząłem dopytywać (jako otwarty zwolennik jej zainstalowania), skąd te nadzieje i dlaczego. No i usłyszałem dość już wytarty argument, że tarcza narazi nas na niebezpiebczeństwo, ponieważ zainteresują się nami terroryści. Na moją nieśmiałą replikę, że w obecnej chwili wcale nie jesteśmy bezpieczniejsi, znajomy odpowiedział, że po zainstalowaniu tarczy bylibyśmy w jeszcze większym niebezpieczeństwie.
Wspominam o tym, ponieważ niewykluczone, że (skoro ptaki ćwierkają) PO już się szykuje do odwrotu od koncepcji ściślejszego sojuszu polityczno-militarnego z USA (stąd też te umizgi do Rosji), a problem sprowadza się wyłącznie do kwestii, jak to, kurde felek, "ludziom" wytłumaczyć. Podejrzewam, że czeka nas wnet wysyp sondaży: "olbrzymia większość Polaków nie chce tarczy, tylko lepszych stosunków z Rosją" (mogłaby być nawet taka ankieta: "czy nie sądzisz, że w Układzie Warszawskim byliśmy bezpieczniejsi niż w NATO"?, no ale to byłby już pełny obciach, sądzę).
Tok rozumowania Lewickiego do pewnego momentu jest przecież racjonalny, po czym następuje irracjonalny przeskok do stwierdzenia, że tarczy właściwie może nie być. Może, może. To, co w polityce nie jest zaklepane, wcale nastąpić nie musi. To, co potencjalne, wcale nie musi być realne. Pytanie tylko, co mielibyśmy w zamian? Wyrozumiałe poklepywanie po plecach ze strony Rosjan?
Wydawało się, że podstawowym problemem Polski powojennej było uwikłanie w sferę wpływów rosyjskich, wyrażającą się okupacją i eksploatacją naszego kraju. Wydawało się też, że rozmaite nurty opozycji zgodne są przynajmniej co do jednego, tj. że z tych wpływów należy się raz na zawsze uwolnić. Wejście do NATO stanowiło pierwszy krok, zaś wejście do UE - dla jednych drugi, dla innych - nie, jednakże nie zmieniło to wcale stosunku Rosji do naszego kraju. Niedawno nawet J. P. Nowakowski pisał w dzienniku "Polska", że Rosja nadal nas traktuje jako kraj II kategorii i w NATO, i w UE, co skutkuje tym, że wywiera na nas najrozmaitsze naciski gospodarcze i polityczne. Innymi słowy, traktuje nas jako wciąż "bliską zagranicę". Wobec tego logiczne wydaje się, że wyłącznie trwałe związanie się z USA diametralnie zmieniłoby stosunek Moskwy do Warszawy, ponieważ innej możliwości geopolitycznej nie posiadamy (a związki wewnątrzeuropejskie wcale nas nie uwolniły od wspomnianych nacisków Rosji).
W rozumowaniu Lewickiego te kwestie zeszły jakby na drugi plan i w konkluzji pojawia się obawa wyłącznie o jedno, byśmy na arenie międzynarodowej nie dali plamy. Możemy zatem wycofać się z pomysłu sojuszu militarno-politycznego z USA (gorylem w terminologii Lewickiego), byleby wokół tego prawidłowy PR był. Niezłe myślenie, słowo daję.


Komentarze
Pokaż komentarze (36)