Na naszych oczach rozgrywa się ciekawe starcie dwóch postkomunistycznych redakcji - tygodnika "Wprost" i "Polityka", a ja się zastanawiam, co może być tego przyczyną. Oto obchodzący, było nie było, 25-lecie, tygodnik założony przez M. Króla (skoro 25 lecie, to kiedy wydano pierwszy numer, moje dzieci?), wystąpił z ostrym atakiem na obecnego naczelnego tygodnika (J. Baczyńskiego) założonego nieco wcześniej przez PZPR, bo w 1957 r.
O co chodzi? Jeśli w Polsce nie wiadomo, o co chodzi, to zwykle chodzi o współpracę z bezpieką. Baczyński w następujący sposób opiera atak "dziennikarstwa IPN-owskiego" zaprezentowanego przez "Wprost":
"W całym obrzydliwym dla mnie tekście we „Wprost" - ważniejsza niż fakty - jest specyficzna ubecka melodia. Na poziomie faktów jest tak, (cytuję tylko to, co podała sama p. Dorota Kania, bo ja mógłbym dodać do tego dziesiątki innych zdarzeń i faktów): „W aktach bezpieki nie ma żadnych podpisanych przez Baczyńskiego donosów"; „W lipcu 1981 esbek zaproponował współpracę z wywiadem. Baczyński odmówił"; „W instrukcji wyjazdowej nie ma mowy o współpracy" i dalej „z dokumentów wynika, że rezydent wywiadu był jego kolegą ze studiów i dopiero po jakimś czasie ujawnił, że reprezentuje bezpiekę"; „Gdy 13 grudnia 1982 r. (Baczyński) wrócił do Polski, bezpieka traktowała go już jako osobę niebezpieczną".
O co więc chodzi? Ano o to, żeby dać tytuł „Podwójne życie Bogusława" i móc wybić grubą czcionką „redaktor naczelny »Polityki« był zarejestrowany jako kontakt operacyjny Służby Bezpieczeństwa" - i nic to, że z tekstu można między wierszami odczytać, że ów kontakt (i to nie z SB) był nieświadomy (!), bez jakiejkolwiek treści i ograniczał się do kilkunastu tygodni 1981r. Najważniejsze jest jednak, że tekst daje szansę do zamieszczenia nieweryfikowalnych relacji z rozmów i przesłuchań, w których esbecy traktują człowieka z pogardą i wyższością. Nic to, że każdą z rozmów zapamiętałem inaczej: ofiara nie sporządza protokołów. No i, oczywiście pointa, coś, co ma zostać w pamięci po lekturze: jakiś pan Piotrowski, z którym nie miałem w Paryżu żadnego kontaktu i w ogóle człowieka nie kojarzę, mówi, że on uważał mnie za agenta. A Seweryn Blumsztajn, mój bezpośredni szef w strukturach opozycji jest ledwie przywołany. Ubecka robótka..."
Nie wchodząc w tym miejscu, w nieśmiertelną leninowską kwestię: kto kogo chce w tym momencie ukatrupić i kto z kogo (zwłaszcza w odniesieniu do niezorientowanych czytelników) robi wała, czyli kto jest "dobrym ubekiem" a kto "złym", warto zapytać, z jakich racji te redakcje weszły na wojenną ścieżkę, skoro w tylu innych sprawach znakomicie się uzupełniały (np. w antyklerykalizmie)? Czyżby chodziło o to, że "Wprost" sprawiał wrażenie pisma pro-pisowskiego, a "Polityka" "antytotalitarnego"? To chyba byłby zbyt banalny powód, zważywszy na dość powszechne w polskich mediach zjawisko "przepoczwarzania się" (i redakcji, i samych mediów) wraz ze zmianą ekip rządowych. Są jeszcze na świecie tacy, co pamiętają, co "Wprost" czy "Polityka" wypisywały w latach 80. nie trzeba sięgać zresztą do tak zamierzchłych czasów jaruzelszczyzny, wszak "Dziennik" wchodząc na rynek udawał, że jest pismem centrowo-prawicowym (nie mówiąc o "podpieraniu się" udawanym prokatolicyzmem i - rzecz jasna - dodatkami o JP2).
Czy chodzi o walkę o dominację na rynku, czy o coś więcej? Baczyński konkluduje następująco:
"Pani Kania przywróciła mi trochę nostalgicznych kombatanckich wspomnień. O status pokrzywdzonego nigdy nie występowałem, bo byłem tylko szeregowym działaczem Solidarności, a po upadku PRL nie czułem się pokrzywdzony tylko wynagrodzony z nawiązką. I tak uważam do dziś.
Jedyna przyjemność, jaką miałem z rozmowy z p. Kanią (dla której pewnie jestem kontaktem operacyjnym wywiadu) to, poza wspominkami, poczucie, że chociaż to tygodnik „Wprost" obrzuca mnie dzisiaj poubeckim łajnem, z Markiem Królem nie zamieniłbym się na życiorysy. Ani na gazetę."
Rozumiem rozgoryczenie Baczyńskiego, ale z tej przytoczonej powyżej puenty pobrzmiewa z kolei taka melodia (trzymając się użytej wcześniej metafory naczelnego "Polityki"), jakby redagowane obecnie przez niego pismo to było coś w rodzaju "Tygodnika Solidarność", a to chyba byłaby pewna przesada, biorąc pod uwagę stałych publicystów z Passentem, Grońskim i Paradowską na czele. Rozumiem, że Baczyński był w Solidarności, a być może D. Kania nie. Wydaje się jednak, że pies pogrzebany jest gdzie indziej. Tylko gdzie?


Komentarze
Pokaż komentarze (41)