Jak nie M. Kamiński, to może A. Macierewicz okaże się tym największym zbrodniarzem IV RP, bo Partii Okrągłego Stołu na gwałt jest potrzebny jakiś czarny charakter, który pozwoliłby na spektakularne rozliczenia dwuletniego totalitaryzmu.
Wiemy już, że z "badań" J. Pitery i innych researcherów, na CBA nic nie znaleziono poza "urzędniczym niechlujstwem" (zawsze to coś, ale prorokowano dużo więcej - miały wszak być przestępstwa, zbrodnie polityczne, polowania na opozycję itd.), pamiętamy też, jaką wrzawę urządzały media, gdy przewieziono "pod osłoną nocy" część materiałów komisji weryfikacyjnej z jednego budynku do drugiego (wrzawa, po której potem też niewiele zostało). Teraz w końcu "audyt" wykazuje nie co innego jak GIGANTYCZNE nieprawidłowości "po rządach Macierewicza". Jak gigantyczne to gigantyczne, czyli pewnie "gigantyczniejsze" niż np. za czasów gen. Dukaczewskiego. No, ale jaki jest problem?, jak mawiał nieoceniony prez. A. Kwaśniewski.
Czujny nad wyraz (ze zrozumiałych względów) w tych kwestiach TVN24 donosi:
"Szef kontrwywiadu wojskowego nie może doliczyć się kilkudziesięciu komputerów, które zniknęły po odejściu ekipy Antoniego Macierewicza. Informatorzy "Dziennika" twierdzą też, że z siedziby komisji weryfikacyjnej zginęła część tajnego aneksu do raportu o WSI."
(http://www.tvn24.pl/-1,1536398,wiadomosc.html)
To dopiero, kilkadziesiąt komputerów, część tajnego aneksu, cholera, no ale co jeszcze? Sprawę naświetla jeden z informatorów TVN24 (albo i "Dziennika" też wielce wyczulonego na kwestie specsłużb):
"To Mount Everest nieprawidłowości - twierdzi człowiek znający sytuację w kontrwywiadzie."
Co to za człowiek, TVN24 raczy wiedzieć, grunt, że "człowiek znający sytuację" wie, co trzeba:
"Kontrolerzy nie mogą na przykład doliczyć się kilkudziesięciu komputerów, na których pracowali funkcjonariusze w czasach Macierewicza. Nie wiadomo, gdzie są."
Parę linijek wyżej już czytaliśmy wprawdzie na ten temat, ale przypomnieć nie zawadzi, bo dziś każdy ma kłopoty z pamięcią, co wiemy z rozlicznych publicznych przesłuchań przed komisjami śledczymi czy sejmowymi. Nie tylko więc, nie można się doliczyć, lecz i "nie wiadomo, gdzie są". Jak nie wiadomo, to nie wiadomo, tym niemniej, specjalista od dezinformacji, tak konstruuje dalej swój tekst:
"Niewykluczone, że w siedzibie komisji weryfikacyjnej, która przeniosła się tuż po przegranych przez PiS wyborach do kontrolowanego przez prezydenta Biura Bezpieczeństwa Narodowego."
Czyli - wiadomo, czy nie wiadomo? Trzeba by dopytać znowu himalaistę znającego sytuację. Co znaczy w tym kontekście słowo "niewykluczone"? Niewykluczone, że są, czy niewykluczone, że ich nie ma tam, gdzie niewykluczone są? Sprawę komplikuje następne zdanie:
"Ale pewności nie ma."
Ma ono charakter taki nieco eschatologiczny, nikt z nas wszak ani dnia, ani godziny pewien być nie może, co dopiero zaś "ludzie znający sytuację w służbach". Nie wiemy jednak, czy pewności nie ma, co do tego, że te brakujące komputery i kawałek aneksu są, czy ich nie ma w BBN, czy też pewności nie ma, co do tego, że niewykluczone, że są, bądź niewykluczone, że ich nie ma, gdzie mogłyby być.
Co gorsza:
"Jan Olszewski - nowy szef komisji - nie wpuszcza tam kontrolerów z kontrwywiadu."
A każdy informator TVN24 (lub "Dziennika") wie, jak i cały TVN24 (bo "Dziennik" może niekoniecznie), że Macierewicz z Olszewskim to mieszanka wybuchowa dla Partii Okrągłego Stołu i słynnego puczu z 1992 r. po dziś dzień pewnie na rozmaitych egzekutywach, rozmaici specjaliści od demokracji nie mogą się nakrytykować. Na szczęście zamach stanu Olszewskiego-Macierewicza (plus zamach na Wałęsę, jak pamiętammy) udaremniły pokojowe siły z Pawlakiem i Tuskiem na czele.
Co jednak nasz konstruktor informacji wbija nam do głowy dalej:
"W dokumentach pozostawionych przez Macierewicza panuje ogromny bałagan. Wiele z nich jest przechowywanych niezgodnie z procedurami. Do tego z ustaleń gazety wynika, że ich część została zgubiona. Źródła "Dziennika" twierdzą, że chodzi o fragment aneksu do raportu z weryfikacji WSI."
Niechlujstwo urzędnicze, znamy sprawę. No ale wiadomość o zniknięciu fragmentu aneksu już była w tekście podawana, prawda? Najwyraźniej jednak o niej zapomnieliśmy, więc specjalista nam przypomina, żebyśmy nie pogubili się w tej wyliczance faktów.
Informator "Dziennika" z kolei twierdzi tak:
"Aneks podzielony jest na 12 części. Okazało się, że jedna z nich zniknęła. Nie można znaleźć numerowanego oryginału, w komisji zostały tylko kopie. To kryzys."
Teraz już zaczynamy się gubić. Czy chodzi o tę samą część, o której wspomniano na początku doniesienia TVN24, czy też o jakąś kolejną część. W każdym razie, mowa już nie tylko o Mount Evereście, ale i o kryzysie. Nie wyjaśnia nam jednak "informator", o jaki kryzys chodzi. Kryzys zaufania? Kryzys zdrowotny? Kryzys ekonomiczny? Kryzys państwa? Kryzys rządowy?
I jeszcze zakończenie:
"Zgodnie z przepisami to Reszka jako szef SKW odpowiada za bezpieczeństwo tajnych dokumentów, które wypożyczyła z archiwów służb wojskowych lub wytworzyła komisja weryfikująca żołnierzy WSI. W praktyce nie ma nawet pojęcia, gdzie i w jakich warunkach w BBN przetrzymywane są papiery."
Ono z kolei sugerowałoby, że raczej nie wiadomo niż wiadomo, gdzie się podziały "zniknięte" komputery i części (część?) raportu. Niby w BBN, ale gdzie? W jakich warunkach? A może ktoś w pałacu prezydenckim w piecu lub w kominku pali tymi dokumentami wraz ze spadkiem temperatur i w ramach zastosowania się do idei "taniego państwa"? Oczywiście nikt nie zdołał zapytać Macierewicza i Olszewskiego o "zniknięte" materiały, ale ci dwaj pewnie ukryli się już za granicą. Zresztą, jak nie wiadomo, co tam w BBN-ie się dzieje, to kto wie, czy "złodzieje" nie zabrali wszystkiego ze sobą - a więc "teraz dopiero się zacznie"?
Fajnie więc, że TVN24 tak uważnie penetruje kwestie związane ze specsłużbami (bliższa koszula ciału, powiadają, "znawcy sytuacji"), zastanawiać się można tylko nad jednym, co właściwie się stało? Czy przeniesione komputery i dokumenty miały pozostać w gestii Rzeszutka, czy też Rzeszutek i inni "znawcy sytuacji", chcieli, by komputery i dokumentacja pozostały w ich gestii, a teraz nie mogą się do nich dostać? I co ewentualnie chcieli znaleźć?
Oczywiście cała sprawa nie ma nic wspólnego z niedawną nominacją Macierewicza do pewnej newralgicznej komisji sejmowej. Na wieść o tej nominacji jeno do reszty posiwiał poczciwy S. Niesiołowski.


Komentarze
Pokaż komentarze (69)