Dyskutowanie z dziennikarzem ma tę jedną podstawową wadę, że interlokutor może przedłożyć walory swego warsztatu językowego i pewną publicystyczną rutynę nad konsekwencję czy też relację logicznego wynikania między pewnymi sentencjami. Mam tu na myśli zarówno relacje międzyzdaniowe w tekście danego dziennikarza, jak i jego interlokutora. Od razu powiem, żeby było jasne: nikogo tym, co piszę nie obrażam i nie chcę obrazić ;P Można jednak mieć pewne wątpliwości, na ile warsztat dziennikarski jest w stanie stawić czoła pewnym wyzwaniom intelektualnym, które może narzucić poważna dyskusja o poważnych problemach.
Nigdy nie kryłem tego, że dziennikarzem nie byłem ani nie jestem, co chyba zresztą łatwo można z moich tekstów wywnioskować. Jeśli jednak interlokutor Warzechy nie jest dziennikarzem, a pisze nie jak lokator hotelu robotniczego przy cukrowni, to może odrobina zdrowego rozsądku nakazywałaby nieco wstrzemięźliwości nie tylko w sądach o dyskutancie, ale i w analizie jego myśli. Tak się jednak nie stało.
No ale, by nie szukać daleko, dajmy na to taki burak, jak ja. Jeśli czegoś dobrze nie rozumiem, czytam se jeszcze raz, a nawet i jeszcze raz (tak z reguły do oporu) i wtedy się śmieję, jak mi żarówka się jarzy. Jednakże, jeśli czegoś, co czytam, nie rozumiem, to nie wychodzę z założenia, że autor jest głupszy ode mnie, tylko, że ja powinienem jeszcze nad swoją wiedzą o świecie popracować. No i teraz mam dylemat, pokazywać Warzesze po kolei, czego nie zrozumiał, czy nie pokazywać. Jak nie pokażę, to tak, jakby Warzecha miał rację, a jak pokażę, to Warzecha i tak może powiedzieć, że głupi jestem, no więc - i tak źle, i tak niedobrze.
Muszę jednak coś napisać, bo mnie Warzecha do tablicy wywołał, ale mając w pamięci odpytkę ze strony maestra P. Paliwody, teraz nieco się mityguję, by profesora za biurkiem od razu do szewskiej pasji nie doprowadzić, dukając tępo przy tablicy - a raczej może się z nim poprzekomarzać, jak słabszy uczeń z nauczycielem, chcący odpowiedzią "słabą trójkę se wywalczyć". Tak to bowiem trochę wygląda, że Warzecha, którego przecież z zainteresowaniem i czytam, i nasłuchuję w "radiach" (co nie znaczy, że się zgadzam, bo chyba obowiązku takiego nie ma jeszcze, prawda?), przemawia do mnie trochę tak, jakbym ja do niego na korepetycje chodził. Nie wiem, skąd te dydaktyczne zapędy, ale być może zdradzam wciąż jakoś swoją intelektualną niedojrzałość, tedy rozmaici poczciwi ludzie spieszą mi nieraz, tak trochę jak sokratejscy akuszerzy (tu niezmordowany prof. W. Sadurski na czele) z pomocą.
Pominę może teraz inwokację Warzechy do gromowładnych oraz klasyfikację uczniów z różnych klas uzawodowionych z naszej salonowej szkoły (http://lukaszwarzecha.salon24.pl/57993,index.html), skoncentruję się wyłącznie na potrawie mięsnej, czyli na kwestii wędzenia nad ogniskiem jednego z blogerów i posypywania rozmaitymi przyprawami. Pech chce, że chodzi o mnie, więc niestety, trochę jak advocatus diaboli, samego siebie będę od razu musiał wybronić.
What's up, doc? Warzecha pisze: "FYM zadał mi retoryczne pytanie, jak oceniam walkę leśnych już po zwycięstwie komuny, sugerując, że to ścisła analogia do przywódców powstania." Tymczasem ja napisałem w komentarzu (http://lukaszwarzecha.salon24.pl/57853,index.html#comment_852120) tylko tyle: "a co Pan sądzi o walce oddziałów leśnych z komunistami po "wyzwoleniu Polski"? Należało się włączyć "w pracę organiczną"?" Tylko tyle, powtarzam. Jakby powiedziała J. Pitera: "na litość Boga!" - czy była więc w tym krótkim komentarzu taka konsekwencja, jaką wyciągnął z niego Warzecha? Była? Jeśli już, to raczej "chodziło mie" nie tyle o przywódców powstania a o "zwykłych powstańców" (choć przecież nieraz i przywódcy walczą chyba, nie?).
Moje pytanie było lakoniczne. Pytałem o sens walki z okupantem. Jest sens, czy lepiej zalecać wszystkim "pracę organiczną"? Sprawa prosta, jak budowa cepa. Tymczasem Warzecha potraktował mnie w komentarzu do komentarza z nalotem dywanowym: "Różnica, i to zasadnicza, jest w tym, że to były indywidualne decyzje poszczególnych osób. W przypadku powstania to była decyzja o konsekwencjach dla całego narodu i kraju. Nie wiem, czy manipuluje Pan świadomie, ale ten pseudoargument jest bardzo wyświechtany."
Miałem chyba więc szlacheckie prawo odpowiedzieć później artylerią przeciwlotniczą na własnym blogu, bo w końcu szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie. Warzecha jednak teraz w swoim korepetytorskim poście przedstawił mnie jako buraczanego (nie, kapuścianego) głąba, który nie tylko nie skumał za bardzo, co szacowny autor miał na myśli, ale jeszcze na dodatek, nie zna pojęcia realizmu politycznego. Dostałem wskaźnikiem do mapy od pana od historii po głowie. Ale "na litość Boga!", powiedziałaby Pitera, czyż tenże sam przewielebny Warzecha nie pisał w swoim poście wprost o PS i powstańcach, a nie tylko i wyłącznie o PRZYWÓDCACH powstania? Niech każdy se sprawdzi tekst, bo może mnie jakiś inen (moja wiejskawa wersja od "inny") tekst sie otwiro. Czy post nosił tytuł np. "Studium głupoty przywódców PS"? "Mnie sie wydaji", że nie. No więc, what's up, doc?
Ale to nie koniec filma. W kolejnym komentarzu powtórzyłem swoje pytanie wprost, choć już z pewną moją konkluzją wyciągniętą i z posta, i z reakcji Warzechy: "Warto walczyć z okupantem (dysponującym miażdżącą przewagą), czy nie warto? Pan mówi, że nie warto i jeszcze nazywa Pan to konserwatyzmem." (http://lukaszwarzecha.salon24.pl/57853,index.html#comment_852249), ale już nie czekając na odpowiedź otworzyłem ogień na swoim blogu, jako się rzekło. Temczasem karawana jechała dalej, a Warzecha dorzucił drew do ognia u siebie tak: "Naprawdę nie widzi Pan różnicy czy udaje Pan? Nie ma żadnej paraleli. Pan mówi o pojedynczych ludziach, ja o sytuacji, dotyczącej całego narodu i jego losów... [tu potem znowu długo o PRZYWÓDCACH i ich pomylonych kalkulacjach - przyp. F.Y.M., po czym:] Jeśli Pan uważa, że kalkulacja zysków i strat w odniesieniu do decyzji, dotyczących całego narodu i państwa, jest zbędna, to proszę to wyraźnie napisać." (http://lukaszwarzecha.salon24.pl/57853,index.html#comment_852307)
To mu jednak nie wystarczyło chyba, bo po moim ostrzale zdecydował się na kolejny nalot i kolejne ciężkie bombardowanie w kolejnym salonowym wpisie. Teraz wypadałoby białą flagę wywiesić, ale ja nie widzę powodu, by się kulić, zwł. że u siebie na zagrodzie jestem, a i stosowny wzrost, wagę i siłę tyż mom (może mnie kiedyś Warzecha zobaczy, to będzie się dłużej zastanawiał nad nalotami ;P), zaś Warzecha, niestety, "ustawia mnie sobie do ciosu", pisząc: "FYM stwierdza, że nie napisałem, iż przywoływany tekst Stommy powstał w 1963 r."
No i "ręce i nogi się uginają". Ja bowiem sfomułowałem moje zdanie w następujący sposób: "- z wielką admiracją odnosi się do eseju Stommy, który - czego nie przywołuje Warzecha - pisał w 1963 r. (a więc w setną rocznicę wybuchu powstania i niemalże w 20-lecie "powstania Polski Ludowej") tak:" (i tu padał obszerny, potepiający antyrosyjskość polskich powstań, cytat z tekstu Stommy - pod wymownym śródtytułem "Kompleks silniejszy niż życie" - jako ilustracja tego, jaki realizm przebijał z eseju tego publicysty).
Jest różnica w porównaniu z tym, co imputuje mi Warzecha? Jest? W moim zdaniu określenie: "nie przywołuje Warzecha" odnosi się do frazy "pisał tak".
Chyba jednak zbyt detalicznie podchodzę do sprawy, bo redaktor tak ujmuje przesłanie mojego posta:
"Generalnie argumentacja FYM idzie w następujący sposób: Stomma wszedł w romans z ówczesnym ustrojem, więc jego argumentacja i poglądy służyły uzasadnieniu sowieckiego panowania w Polsce, a zatem - w jakiś przedziwny sposób - i ja, przywołując Stommę, jestem w tę kolaborację zamieszany."
O tak bzdurną interpretację mojego posta Warzechy nie podejrzewałem. Niezorientowanych odsyłam do mojego tekstu, bo nie będę przecież pisał następnego z wyjaśnieniem, co napisałem (http://freeyourmind.salon24.pl/57938,index.html). I jeszcze jeden cytat:
"Czy jeśli komuniści sprzyjali nurtowi realizmu - wiemy, dlaczego - to znaczy, że ten, kto się dziś do niego przyznaje, jest wielbicielem komuny? Czy może należy raz na zawsze odrzucić polityczny realizm, a książki autorów szkoły krakowskiej spalić, bo komuna sięgała po podobne uzasadnienia?"
Tu nadal Warzecha prowadzi dramatyczny monolog. Ja w jednym z komentarzy wspomniałem o krakowskich konserwatystach, ale "analizujący" mój blog Warzecha tego akurat nie dostrzegł. No więc i ja przemilczę te impertynencje powyższei poniższe:
"Logiki w tym tyle samo, co w postulacie, jaki się pojawił ze strony dawnej opozycji po 1989 r., aby milicji przekształconej w policję odebrać pałki, bo były w Peerelu używane przeciwko demonstrantom."
No, ale logiki to Warzecha uczył mnie na pewno nie będzie.
"Tylko, pytam, gdzie ja napisałem, że w ogóle nie należy się bić? Proszę o cytat. FYM polemizuje po prostu z czymś, czego ja nie napisałem, bo i napisać nie mogłem. Oczywiście, że walka jest jednym ze środków. Rzecz nie w tym, aby się nie bić, ale aby się bić wówczas, gdy ma to sens. Chyba że FYM uważa inaczej."
Pomijam już argument o polemizowaniu z czymś, czego się nie napisało, bo to jest właśnie kwestia rozumienia kosekwencji logicznej formułowanych przez siebie zdań. Może tak jak powyżej należało zacząć tekst o PS, a kiedyś o Powstaniu Warszawskim. I nie pisać o głupocie tych czy tamtych, ale o tym, że z wybuchem powstania można było poczekać do takiej czy innej chwili. Wtedy brzmiałoby to inaczej. Jednakże ton Warzechy nie znosił sprzeciwu w tekstach i o PW, i o PS, a jak na REALISTYCZNĄ analizę powstań, to trochę za mało. Poza tym, w poprzednim poście padło zdanie takie (wytłuszczone przez samego Warzechę):
"Etos bezmyślnej brawury, utrwalany przez bezkrytyczny kult polskich powstań, uważam za tak szkodliwy, że przeciwstawianie się mu jest dla mnie rodzajem chlubnej pracy organicznej, godnej konserwatysty."
I sam się zastanawiam, jak się ono ma do zapewnienia o wartości walki wtedy, gdy ma sens, ponieważ Warzecha ani przez chwilę nie pisze, KIEDY ma taka walka sens. Natomiast bardzo wiele pisze na temat głupoty walczących.
Zmierzam ku końcowi. Za to właściwie powinienem od razu pojedynkować się z Warzechą, a nie bawić w polemiki (skoro tak skwitował to, co w moim tekście było najważniejsze):
"Reszta tekstu FYM to nie warta uwagi retoryka." -
lecz podejrzewam, że sam Warzecha nie wie, co to jest retoryka, niestety, tak jak nie wie, co to jest logika oraz wynikanie logiczne. Dobrze jednak, że wie, co to jest realizm polityczny. Zawsze to działa uspokajająco w epoce pokoju.


Komentarze
Pokaż komentarze (68)