- tak powinna brzmieć polityczna dewiza wesołej trupy, która umocowana została u steru władzy, ale zarazem robi wszystko, by nie robić nic. Jeśli mnie pamięć nie myli, to dzień, w którym wschodnia granica Polski stanie się zewnętrzną granicą UE nie spadł na obecny rząd, jak grom z jasnego nieba. Co więcej, niedługo po hucznych uroczystościach związanych z tymi zmianami 21 grudnia ub. roku, wysyłano całkowicie uspokajające sygnały dot. drożności i bezpieczeństwa przejść granicznych na wschodzie:
""- Uszczelniona granica" - często słyszy się o tym w Polsce. Co to dokładnie oznacza? Więcej strażników, wyższe płoty?
- Przede wszystkim wzmocnienie personelu i lepsze wyposażenie przy wschodniej granicy, ale nie tylko. Obecnie na granicy z Rosją, Białorusią i Ukrainą, a więc na zewnętrznej granicy UE, pracuje ok. 10 000 urzędników. W roku 2004, gdy Polska przystąpiła do Unii, było ich 7500. To oznacza wzrost ilości personelu o ok. 1/3. (...) Wraz ze zwiększeniem liczby strażników na granicy wschodniej, zmodernizowano także wyposażenie jednostek przygranicznych. Ponad 474 mln złotych wydano do roku 2007 na samo tylko wyposażenie przejść granicznych - pieniądze pochodziły częściowo z budżetu, częściowo ze środków europejskich. Zaplanowane są już kolejne inwestycje na najbliższe dwa lata. W rezultacie polska Służba Graniczna dysponuje jednym z najbardziej nowoczesnych sprzętów w Europie."
(http://www.cafebabel.com/pl/article.asp?T=T&Id=13459)
Wyglądało więc na to, że nie tylko z personelem nie ma problemu, ale i z funduszami, które - co warto zaznaczyć - pochodziły także ze środków europejskich.
Dziś jednak przeczytać możemy zupełnie inne diagnozy, takie choćby jak ta, wypowiedziana przez p.o. dyrektora Izby celnej w Białej Podlaskiej, P. Świętanowskiego:
"Kiedy nasza wschodnia granica stała się granicą Unii Europejskiej, mieli się na nią dojechać celnicy z zachodniej Polski. Ale jak mówi Świętanowski są tylko "na papierze". - To są rozdzielone rodziny, i nie dziwię się, że każdą wolną chwilę wykorzystują żeby spędzić ją razem. Jadą na zachód. Dlatego biorą urlopy. Ale w tej sytuacji wstrzymałem wydawanie decyzji o urlopach - przyznaje z żalem dyrektor."
(http://miasta.gazeta.pl/lublin/1,48724,4857438.html)
Poza tym nieoficjalnie mówi się, że protest celników wiąże się ze sprzeciwem wobec aresztowań niektórych podejrzanych o korupcję urzędników z tamtej branży.
Nie trzeba było jednak wielkiego stratega, by dostrzec, że na granicach taki protest w ciągu paru chwil doprowadzi do kompletnego paraliżu. I doprowadził. Wesoła trupa udawała jednak, że nic się nie dzieje, trzymając się już wypracowanej przez te kilkadziesiąt dni zasady "hasta manana". Wielokilometrowe tasiemce tirów nie robiły wielkiego wrażenia i - jak słusznie wytknęla w dzisiejszym poście Asienka - większym problemem dla mediów były billingi dotyczące katastrofy CASy.
Dopiero, kiedy strajk celników wywołał jeszcze gwałtowniejszy protest kierowców grożących blokadą Warszawy zaczęły się tańce św. Wita rozmaitych urzędników i znawców, sprowadzające się do pytania "co z tym fantem zrobić?" Kapitan D z załogi D miał jedną dobrą radę: "wróćcie do pracy". Pamiętam dokładnie takie same hasła za peerelu. Strajkującym radzono, by wrócili do pracy, bo przestoje powodują niedobory na rynku i z tego powodu nie ma zaopatrzenia w sklepach, głodują dzieci i matki. Wróćcie do roboty, to wtedy z wami pogadamy, jak ludzie.
Na niewiele się to jednak zdało, więc doprowadzono w koncu do rozmów "ostatniej szansy", które, jak słyszałem w Jedynce zaraz po 12-tej, reporterka relacjonowała na gorąco tak: nieoficjalnie wiadomo, że min. Schetyna podał przedstawicielom kierowców prawdopodobną datę odblokowania granic. Co zaraz prowadzący audycję informacyjną skwitował westchnieniem ulgi, że sprawa właściwie już załatwiona. Jednocześnie chwilę później doniesiono, że kierowcy wstrzymują się z blokadą jedynie o dzień, ponieważ czekają na ostateczny rezultat rozmów władz z celnikami, gdyż ci ostatni wcale nie podali, kiedy strajk się zakończy. W ten sposób można było wyciągnąć wniosek, że blokady stolicy nie będzie, mimo że celnicy nic jeszcze nie ustalili z rządem. Śmichu co niemiara.
Tym niemniej media zaczęły "uspokajać nastroje", wysyłając tonujące sytuację sygnały, jakoby protest kierowców miał być jedynie fałszywym alarmem, bo tak naprawdę już wszyscy się niemalże dogadali. Jeszcze wprawdzie nie wiadomo, czy i jak, ale się dogadali.
Zaproponowano podwyżkę trzykrotnie mniejszą niż proponowali celnicy, premier zaczął jeździć od wojewody do wojewody i po sprawie (http://www.tvn24.pl/-1,1536799,wiadomosc.html). Kwestia strat poniesionych przez przewoźników nie została nawet ruszona. Słowem: hasta manana.
Zresztą w mediach kryzys przedstawiany jest tak, jakby kierowcy-buraki nie rozumieli, że rządzi gabinet miłości. Tymczasem transport towarowy to przecież poważne firmy handlujące z międzynarodowymi kontrahentami, więc to nie jest akcja paru popegeerowskich, zadłużonych rolników, którzy przyjechali wysypać gnój pod sejm, tylko desperacja wielu ludzi zajmujących się poważnymi interesami. Co więcej, towarowy transport kolejowy jest ponoć także wstrzymamny na granicach, a więc straty będą zapewne niezwykle poważne. Kto więc je pokryje?
Hasta manana, amigos.


Komentarze
Pokaż komentarze (46)