Gdy wczoraj prezydent wezwał szefa MSZ na spotkanie, śmichom i chichom nie było końca. Sprawa ta zresztą przesłoniła nawet prowizoryczne rozwiązanie kryzysu związanego z paraliżem wschodniej granicy i groźbą blokady Warszawy. Zepchnęła więc na plan dalszy niezapomniane zdjęcia D. Tuska w strażackim hełmie (http://www.tvn24.pl/2101417,28378,0,0,1,wideo.html).
Rechotali sobie przedstawiciele rozmaitych partii ludzi mądrych, którzy "zachodzili w um", jak to jest, że prezydent przerywa poważnemu politykowi poważne posiedzenie w gronie innych poważnych polityków (http://www.tvn24.pl/12690,1536860,wiadomosc.html). Coś takiego wyraził wprost Z. Chlebowski:
"Mam nadzieję, że są jakieś poważne powody wezwania ministra Sikorskiego do kraju, tym bardziej, że był na poważnym szczycie ministrów spraw zagranicznych, gdzie toczyła się poważna debata dotycząca przyszłości Kosowa - powiedział Radiu TOK FM przed spotkaniem Zbigniew Chlebowski z PO."
(http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80269,4877210.html)
Było tak śmiesznie, że redagującego relację TVN24 poniosło do tego stopnia, że dopisał nowego przedstawiciela do władz LiD-u:
"- To była kolejna demonstracja siły - uważa Tadeusz Borowski PO z LiD."
(chociaż może skojarzyło mu się ze słynnym pisarzem, czyli może chciał dobrze, tylko nie wyszło; informacja o "Tadeuszu Borowskim" jest na stronie trzykrotnie:
"Tadeusz Borowski z LiD powiedział, że nie widzi jaka ważna sprawa mogła spowodować taką decyzję."
"Oczywiście strajki się zdarzają wszędzie,. Ale to początki strefy Schengen i natychmiast Polska znalazła się na czołówkach gazet, że sobie nie poradziliśmy - stwierdził Tadeusz Borowski. Poseł LiD wytknął nieprzygotowanie ekipy Tuska."
Można podejrzewać, że redagowano relację po pijanemu, na co wskazywałoby określenie: "nie widzi jaka sprawa mogła spowodować taką decyzję")
Pytano więc: po co, po co, po co; dopiero dziś nad ranem na to pytanie odpowiedział A. Macierewicz, czym nieco skonfudował dziennikarza radiowej Jedynki. Nikt bowiem z dziennikarzy nie zaszedł w um, że w obliczu szykujących się lada dzień wizyt w Kijowie, Moskwie i Waszyngtonie, psi obowiązek nakazywałby jednak ministrowi SZ spotkać się z głową państwa, a więc to raczej Sikorskiego należałoby na tę okoliczność przepytywać, że zwleka, a nie prezydenta, że ponagla. U nas jednak wszystko musi zostać natychmiast w mediach postawione na głowie, co też uczyniono, zwł. że w cyrk ten wkomponował się znakomicie sam szef MSZ, który zaczął wywijać hołubce, jak to od wielkich i poważnych spraw odrywa go mały i niepoważny L. Kaczyński.
Wszystko to idealnie komponowało się też z niedawnym teatrem billingowym oraz nowym (choć przecież nieustającycm) teatrem jedego aktora z niesławnym K. w roli głównej. (Program Olejnikowej w TVN24 reklamowano w radiu wczoraj tak: "a jeśli choć część tego, co głosi Kaczmarek jest prawdą?..." Nikomu nie przyszłoby do głowy oczywiście reklamować następująco: "A jeśli większość tego, co mówi K. jest o kant d... rozbić?" - bo z tego nie byłoby oglądalności przecież; choć, kto wie? Moda na konfabulacje w polskich mediach wcale nie osłabła).
Czy ktoś jeszcze pamięta cyrk, jaki urządzono wokół śp. marszłka A. Kerna i sprawy jego córki? Ktoś pamięta żenujący film M. Piwowskiego pt. "Uprowadzenie Agaty" z plejadą polskich aktorów? Rozmaite takie skojarzenia plus film "Nocna zmiana" jakoś mimowolnie budzą się w pamięci, gdy się słyszy o nowych nominacjach w służbach specjalnych, typu A. Ananicz (zwł. w kontekście jego pomysłów prorosyjskich z 1992 r.) i kiedy ogląda się na nowo uruchomioną machinę medialną, która robi dosłownie wszystko, by pokazać świat do góry nogami, tzn. z cyrku uczynić niezwykle poważne widowisko, a z błaznów - aktorów dramatu współczesnego. W tej metodzie "ucyrkowiania" polityki, stosowanej przecież już od początku "transformacji" nie ma krzty szaleństwa. Stoi za nią zimna kalkulacja, ponieważ Układ i razwiedka, to nie są ludzie, którzy żartują.


Komentarze
Pokaż komentarze (50)