Przez chwilę ja "niżej poważny" miałem wrażenie, że L. Wałęsa oprzytomniał i zareagował jakimś nerwowym feedbackiem na bajzel, którego głównym winowajcą jest Tusk i jego orkiestra, tymczasem eks-prezydent doprowadzony został do białej gorączki przez "Kaczyńskich", którzy nadal krajem trzęsą, choć wydawało się, że kaczyzm został już parę miesięcy temu obalony.
"Walczyłem o demokrację, a nie o anarchię", stwierdza, a tymczasem:
"Za czasów Kaczyńskich wprowadzono anarchię i rozłożono kraj."
W tym miejscu można by wnioskować, że jednak kaczystów już nie ma, bo tryb dokonany tego zdania sugeruje, że mowa jest o przeszłości, ale najwyraźniej obalenie faszystowskiego ustroju okazało się tylko złudzeniem:
"Jestem tym wszystkim zaniepokojony. Układ telefonów i zarządzania jest fatalny (...) Nie wiem, czy w przyszłości nie obędzie się bez stanu wyjątkowego. Na dole, gdzie ludzie mają zły przykład z góry, tak to się rozkręci, że nie da się już tego opanować."
Co się ma rozkręcić i co jest nie do opanowania - nie wiemy. Grunt, że wiemy, że nie jest za dobrze, skoro Wałęsa nie wyklucza wprowadzenia stanu wyjątkowego. Kaczyści muszą zatem stanowić jakąś formę żywiołu, który powoduje takie spustoszenia w przyrodzie i państwie, że jedynym ratunkiem mogą się okazać wyłącznie nadzwyczajnie rozwiązania. Wałęsa mówi jednak o "dole". O jaki dół chodzi? Dół czego? W dodatku twierdzi, że ludzie "na dole" napotykają niewłaściwy przykład "z góry", pytanie jednak: z której góry, skoro większość gór powymieniano w tempie ekspresowym, od wójta niemalże po premiera?
Chodzi o najwyższą górę, bo o prezydenta.
"Skandalem nazywa Lech Wałęsa poniedziałkowe wezwanie szefa dyplomacji Radosława Sikorskiego do Pałacu Prezydenckiego."
Jasne, jasne, że skandal i to międzynarodowy. Kto miałby o tym wiedzieć lepiej, jak nie były prezydent, który nigdy nikogo nie wzywał do swojej kancelarii, a już na pewno nie szefa dyplomacji.
"Według byłego prezydenta, minister spraw zagranicznych nie powinien był przerywać swojej wizyty w Brukseli. A premier Donald Tusk powinien był zareagować i porozumieć się z prezydentem w sprawie terminu rozmowy z szefem MSZ."
A sam Kaczyński powinien był siedzieć cicho, mówiąc krótko. Wałęsa więc nie kryje swego niekłamanego oburzenia:
"To jest po prostu chore, trzeba chyba zaciągnąć opinii lekarzy. To nie powinno się zdarzyć między średniopoważnymi ludźmi, nie mówię już, że powinni być wyżej poważni."
(http://www.tvn24.pl/-1,1536959,wiadomosc.html)
Nie precyzuje, czy chodzi o to, że trzeba zaciągnąć lekarzy do opiniowania, czy wyciągnąć opinie od lekarzy, czy może zasięgnąć opinii lekarzy. To jednak nieistotny szczegół lingwistyczny. O jakich bowiem lekarzy chodzi? Takich, co zajmują się usterkami łączy telekomunikacyjnych, czy może takich, co zajmują się diagnozowaniem schizofrenii bezobjawowej (w Rosji po dziś dzień na wysokich stanowiskach w towarzystwach psychiatrycznych)?
Nie wiemy też, co nie powinno się zdarzyć ani między "średniopoważnymi luidźmi" ani między "wyżej poważnymi". Czy nie powinni do siebie telefonować w sprawach państwowych? Czy może powinni być łączeni przez jakąś centralę? I z jaką centralą w takim razie łączył się sam Wałęsa, gdy urzędował na swoim stanowisku?


Komentarze
Pokaż komentarze (87)