Nagle "GW" zajęła się tropieniem rosyjskich szpiegów w polskim MSZ i to działających w l. 90. Mamma mia, koniec świata. Ten trop pojawia się zupełnie niespodziewanie, choć przez wiele lat tego typu infiltrację naszych służb dyplomatycznych sugerowało wielu prawicowych oszołomów i wtedy wątku tego "GW" za bardzo nie podejmowała. Ciekawa zatem rzecz. Biorąc pod uwagę to, że nasza dyplomacja to nie jest zbiór nieskończony, to chyba zlokalizowanie takiego szpiona nie byłoby szczególną trudnością, więc, w czym rzecz?
Ano w tym, jak pisze elokwentny autor artykułu:
"Nasi rozmówcy podkreślają, że nie wszystkie informacje Tretiakowa trzymają się kupy."
Inaczej się tego sformułować pewnie nie dało, ale dobra psu i mucha, jak mawia Michalkiewicz. A kto znowu ten Tretiakow, panie dzieju?
"..najważniejszy od dziesięcioleci rosyjski szpieg, który przeszedł na ich stronę." Znaczitsa, Amierikancow.
Ale jak tu wierzyć takiemu dezerterowi? Nic dziwnego, że natychmiast znawcy problematyki pospieszyli z odpowiednim dementi:
"Nie było w tych latach osoby, która pełniłaby funkcję oficera łącznikowego pomiędzy wywiadem rosyjskim i polskim - mówią nam zgodnie generałowie Gromosław Czempiński i Henryk Jasik, którzy w latach 90. kierowali polskim wywiadem. Gen. Marek Dukaczewski, ostatni szef WSI, zapewnia, że również wojskowi nie mieli takiego człowieka."
I, jak mawia Michalkiewicz, nie wypada nam zaprzeczać. Intrygujące jest jednak to, co twierdzi Czempiński, ponieważ jego zdaniem Amerykanie na pewno by polskim służbom powiedzieli, że działalność takiego szpiona monitorują. Czyżby? A jeśli sądzili, że to zaledwie wierzchołek góry lodowej? Kogo wtedy mieliby informować? Jeśli polskie służby specjalne kooperowały z rosyjskimi, czego w dużej mierze dowodzi choćby raport o likwidacji WSI, to chyba informowanie ich o tym, że są infiltrowane przez Rosjan zupełnie mijało się to z celem.
Intrygujące jest jednak to, że tropieniem szpiona zajęła się sama "GW", toć przecie mamy obecnie otwarcie na wschód. Drzwi się po prostu nie zamykają i już lada dzień nawet energetyką polską będą zarządzać Rosjanie, więc paciemu teraz jątrzyć jakimś "tematem szpiona"?
Eksperci twierdzą zresztą jednoznacznie:
"W tej historii jest albo celowy element dezinformacji, albo autor koloryzuje, żeby uatrakcyjnić swoją opowieść - uważa Jasik, dodając, że polskie służby powinny uważnie przeanalizować książkę."
(http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80269,4884869.html)
Jeżeli jednak specjalista od dezinformacji mówi o celowej dezinformacji, to chyba należy czytać jego tekst od prawej do lewej, czyli na odwyrtkę. Jaka więc jest w tym wszystkim dla nas informacja? To, że Rosjanie ciągle uważają nasz kraj za swoje dominium, to widać gołym okiem. To, że niektórym polskim dyplomatom Moskwa jest bliższa niż Warszawa, to także wiemy nie od dziś. Wygląda więc na to, że po prostu w trakcie przedłużających się negocjacji w sprawie tarczy Amerykanie przypominają nam, skąd nam wyrastają nogi.


Komentarze
Pokaż komentarze (85)