A. Szostkiewicz drży ze strachu, ponieważ jego zdaniem, wraca IV RP. Na jego blogu zdjęcie potwornego A. Macierewicza (na samo brzmienie tego nazwiska niektórzy nerwowo zaglądają do szafek, czy dobrze mają schowane swoje mikrofilmy od Kiszczaka), a pod spodem taki dramatyczny początek:
"Lepper zapowiada blokady rolników, w TV codziennie coraz więcej PiS-u. Już myślałem, że odetchniemy od nich na dłużej, może na zawsze. Ale nie: wracają i znów krzyczą z ekranu. Macierewicz znów się ironicznie uśmiecha, Kaczyński znów peroruje na dowolny temat i nie może skończyć. A media podstawiają ,,sitka”: tak jakby ludzi faktycznie interesowała ta stara PiS-owska płyta, jakby pasjonowali się laptopem Ziobry (też wraca z tym samym uśmiechem wiceboga ), rozkładem lotów z Brukseli itd."
Już słyszę ten pomruk świętego gniewu na sali pełnej bojowników o demokrację, którzy kiedyś pod wodzą Kwaśniewskiego-ale-jaki-jest-problem i Wałęsy-stan-wyjątkowy-2, budzili świadomość zastraszonych mas społecznych na spotkaniu w szacownych murach UW. Szostkiewicz bije na alarm:
"PiS wraca z wykopanym toporem wojennym. Ma nadal dwa razy mniejsze poparcie niż Platforma, ale wiatru w żagle dodają mu antyrządowe roszczeniowe akcje związkowe."
(http://szostkiewicz.blog.polityka.pl/?p=291)
No więc, niech ktoś nareszcie coś z tym wszystkim zrobi, wygląda bowiem na to, że znakomitemu publicyście "Polityki" przeszkadza nie tylko to, że gęby PiS-owskie (jak pyski karłów reakcji) widywać musi, gdy sobie skacze po kanałach informacyjnych, ale i to, że wybuchają zupełnie bez przyczyny protesty społeczne w kraju, w którym miało być i jest normalnie. Jeszcze teraz grożą strajkami listonosze, jakby nie mogli z tymi roszczeniami zgłosić się do J. Kaczyńskiego, od którego zaczęło się przecież psucie i zawłaszczanie państwa (lub odwrotnie).
Skatowałem się rano śniadaniowym programem M. Olejnik, która robi dosłownie wszystko, by uchodzić za wzór nie-dziennikarki. I z zegarkiem w ręku spostrzegłem, że dopiero po 40 minutach zajęto się w studiu - zupełnie marginalnie - sprawami obecnej koalicji rządowej. W pewnej mierze świetnie to koresponduje z wyznaniami egzystencjalnej bojaźni i drżenia Szostkiewicza, boć przecie zdawać by się mogło, że po paru miesiącach istnienia nowego rządu media mogłyby się zająć ministrami Tuska, a nie Kaczyńskiego, ale gdzie tam. Nawet wizyta Sikorskiego w USA skwitowana została jakimś mamrotaniem Chlebowskiego, tak jakby właściwie nic się nie działo. Gdybym prowadził statystykę pojawień się słowa laptop, to okazałoby się, że ostatnio jest to najpopularniejszy temat w debacie publicznej. Tak też było u Olejnik, a i Szostkiewicz napomyka o laptopie. Można by ze świecą szukać tych, co laptopa słynnego nie widzieli, choćby w aktach strzelistych do nowej władzy.
Problem jedynie z tym, że ta nadreprezentacja przedstawicieli PiS-u stanowi fenomenalną zasłonę dla własnego nieróbstwa i dreptania w miejscu. Z drugiej strony pozwala wzruszyć ramionami nad pomrukami ze strony Rosji, która po raz kolejny przywołuje Polskę do porządku (http://www.tvn24.pl/-1,1537548,wiadomosc.html), jakby to KC KPZS zwracał się do bratniej PZPR.
Tymczasem, jeśliby mówić o powrocie czegoś, to jedynie w takim znaczeniu, jak poniżej. Istnieje opisane szeroko w literaturze zjawisko, które wywołuje kampania propagandowa przeprowadzona nie tylko w błędny sposób, ale i do nieprawidłowo rozpoznanego audytorium. To zjawisko się nazywa efektem bumerangowym. Kampania propagandowa przynosi rezultat odwrotny od zamierzonego. Fala rosnącego niezadowolenia społecznego na "cuda Tuska" jest właśnie takim bumerangowym efektem. Tego zaś Szostkiewicz nie tylko nie musi wiedzieć ani widzieć, ale nawet rozumieć, bo do zrozumienia tego trzeba by wyłączyć propagandowy taksometr, który do swojej publicystyki ma "Polityka" na stałe podłączony. Więc to nie demony PiS-u wracają, tylko realne problemy, których PO-PSL+LiD nie są w stanie rozwiązać.


Komentarze
Pokaż komentarze (59)