Jest takie obrzydliwe powiedzenie, że jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Mimo że jest obrzydliwe, to bywa, niestety, prawdziwe, ale C. Michalski w swoich politologicznych wywodach na łamach "Dziennika" robi wszystko, by do tej prostej prawdy nie dojść.
Pisze on o jakiejś wojnie toczonej między PO i PiS-em (http://www.dziennik.pl/opinie/article118459/Wojna_PO_PIS_to_parodia_roku_1989.html), gdy tymczasem pies pogrzebany jest gdzie indziej. Porównania, jakimi się Michalski posługuje mają (zapewne mimowolnie) komiczny wydźwięk. Przełom lat 2007/2008 jak rok 1989? Z jakiej racji?
"Od ponad dwóch lat każda banalna zmiana większości parlamentarnej jest rozgrywana i pokazywana Polakom w taki sposób, jakby była atakiem na Pałac Zimowy, nowymi wyborami 4 czerwca, nowym obaleniem Kiszczaka i Jaruzelskiego, nowym rządem Tadeusza Mazowieckiego. Ale tak się demokratycznej polityki uprawiać po prostu nie da."
O ile mnie pamięć nie myli, to chyba wnet po wygranych przez PiS wyborach w 2005 r. zaczęło się namawianie do obywatelskiego nieposłuszeństwa i cały cyrk z "gabinetami cieni", tak jakby władzę przejęła agentura obcego państwa. Mimo wszystko po wygranych przez PO wyborach w 2007 r. media zachowały się zupełnie inaczej, czego Michalski jakoś nie jest w stanie zauważyć. Co więcej, to, co wyrabiają teraz media, Michalski bierze do tego stopnia serio, że zaczynają mu się epoki historyczne całkowicie mieszać:
"Dzisiaj realny dramat roku 1989 można powtarzać co najwyżej jako żałosną, groteskową farsę. I żałośni są minister Ziobro i jego asystent, próbujący nieudolnie rozwalić swoje laptopy i niszczący karty SIM, aby nie dostały się w ręce wroga. Żałośni są Macierewicz i Olszewski, zarządzający i nadzorujący nocny przejazd ciężarówek z dokumentami WSI z Ministerstwa Obrony do bunkra w Pałacu Prezydenckim - aby te dokumenty nie dostały się w ręce okupantów z PO i mogły jeszcze kiedyś posłużyć „prawdziwym patriotom” w „wolnej Polsce”.
Równie żałosny jest minister Ćwiąkalski, obsesyjnie przeszukujący twarde dyski i telefoniczne billingi obalonego Ziobry i zwołujący demaskatorskie konferencje prasowe. I równie mało poważna jest prezydent Warszawy wymachująca rachunkiem za koniak wypity przez wizytującego w Warszawie Rudolfa Giullianiego."
Jakby jednak tego było mało, to publicysta "Dziennika" stawia dramatyczną tezę o "nieciągłości polskiego państwa", niemalże jak jakiś W. Pobóg-Malinowski, tylko że dodaje natychmiast, że:
"Tę farsę „nieciągłości” polskiego państwa, uzależniania jego legalności od tego, która partia nim rządzi, przez dwa lata intensywnie produkowało PiS."
Oczywiście. Wcześniej przecież ani SLD-PSL, ani AWS-UW nie urządzały wietrzenia urzędów panstwowych z góry do dołu i nie wprowadzały kolejnych przedziwacznych "pakietów reform", które z jednej strony rozwalały porządki wprowadzone przez poprzednie ekipy rządowe, a z drugiej ustanawiały nowy ład, który zaraz był rozwalany przez następnych fachowców, typu ekipa Millera i Belki. Nie trzeba się dobrze wczytywać w historię Polski "po 4 czerwca", by dostrzec, że farsa nieciągłości państwa to był właśnie podstawowy sposób fasadowego rządzenia naszym krajem, czyli uprawiania tańców św. Wita wokół budżetu i "transformacji", tańców, które sprowadzały się do występów przed kamerami, prawienia "ludowi" dyrdymałów i udawania, że cokolwiek się zmienia. Jedynym pomysłem na Polskę, jaki przecież od początku przyświecał niemal wszystkim gabinetom rządowym było włączenie jej w struktury unijne, a potem choćby potop. Owszem, Polska została także włączona do NATO, jednakże nie przełożyło się to na jakieś większe poczucie bezpieczeństwa zewnętrznego naszego kraju, skoro nie tylko penetrowały go rosyjskie służby niejednokrotnie personalnie lub nieformalnie związane z polskimi, ale i Rosja cały czas traktowała, jakby nasza przynależność do Paktu Północnoatlantyckiego miała charakter dekoracyjny.
PiS usiłował przełamać tę passę - na ile mu się to udało, to osobna sprawa. Rozwalenie jednak WSI, w dużej mierze przyczyniło się do zachwiania procesów dezintegrujących wewnętrznie nasze struktury państwowe i zmusiło Układ do chwilowego rozproszenia. Teraz jednak wiemy, że w błyskawicznym tempie te nieformalne związki po WSI błyskawicznie są odbudowywane za rządów nowej-starej koalicji, ponieważ wszelkie znaki na niebie i ziemi dowodzą, że wyłącznie to było powodem wsparcia środowisk postkomunistycznych i komunistycznych (politycznego i medialnego) dla "partii Tuska". Nowy gabinet miał przede wszystkim zacząć rekonstrukcję dawnych sieci Układowych i czyni to z podziwu godną konsekwencją, jednakże, co trzeba dodać - nie czyni nic więcej.
Michalski zaś, skupiając swoją uwagę na cyrku medialnym, jaki stanowi propagandową i dezinformacyjną osłonę faktycznych działań rządu, nie dostrzega słonia w menażerii, czyli rosnącego niezadowolenia społecznego, które wnet może się przełożyć na taki festiwal strajków, jakiego po 1989 r. w ogóle nie było. Jeśli bowiem, jak pisze W. Świetlik w "Polsce" (http://www.polskatimes.pl/9,20212.htm) już 40% Polaków myśli o proteście w sprawie podwyżek, to podstawowym problemem obecnego rządu nie jest urządzanie medialnej farsy wokół szatanów PiS-u, lecz brak pieniędzy na wynagrodzenia dla tych wszystkich grup zawodowych, którym wciskano kit, ze z nadejściem Tuska i jego wesołej trupy, będą żyć na europejskim poziomie. I dopiero na tym tle należy mówić o tym, jaką farsą są rządy PO i PSL.


Komentarze
Pokaż komentarze (59)