Chciałbym wygłosić on-line uroczystą przemowę z okazji mojej nieobecności na gali Wiadomości24.pl, w trakcie której przyznawano nagrody blogerom za 2007 r. Zanim jednak do tego przejdę, pozwolę sobie na garść reminiscencji i nieco osobistych refleksji.
Zaczęło się to wszystko zupełnie niewinnie, tzn. jeden z przyjaciół wtajemniczał mnie gdzieś wczesną wiosną 2007 r. w salon24. Opowiadał o intrygujących, prawicowych blogerach, no i dyskusji, jaka się toczy w salonie. Nie mogłem uwierzyć, że to może być coś ciekawego :) Wzdragałem się przed czymś takim, wiedząc, jak wyglądają polskie gazety, „tygodniki opinii”, portale informacyjne, fora dyskusyjne czy blogowiska. Myślałem i mówiłem: a cóż tam może być ciekawego? Ponieważ jednak kumpel nalegał, zacząłem (chcąc nie chcąc) przyglądać się salonowi, dziwując się temu lub tamtemu, a czasem nawet nieźle się bawiąc, no i któregoś dnia (dokładnie: 13 czerwca 2007 (http://freeyourmind.salon24.pl/18836,index.html)) stwierdziłem „właściwie – czemu nie? mogą być z tego niezłe jaja”. Osoby wtajemniczone, a było ich doprawdy bardzo (bardzo!) niewiele, zapewniały mnie zarazem, że „włączenie do cyber-starszyzny” będzie procesem bardzo rozciągniętym w czasie i że nie powinienem się spodziewać jakiegoś szybkiego i dużego odzewu.
W zdumienie (któremu towarzyszyło miłe zaskoczenie) wprawiło mnie to, że moje blogowanie zaczęło przynosić jednak błyskawiczne efekty, a już na pewno przez myśl mi nie przeszło, że w ciągu dosłownie paru miesięcy jakieś szacowne grona czytelnicze i jurorskie zaczną mnie wliczać w poczet „czołowych blogerów”, że spotka mnie tyle wyrazów sympatii (o antypatii nie wspominam przy tej okazji :), poparcia, że ktoś będzie mnie prosił o przesłanie moich tekstów do publikacji, a nawet, że napisze o mnie… „Polityka” (he he) itd.
Nie spodziewałem się, że blogowanie przyniesie tyle radości, ale też nie sądziłem, że może mieć tak wielkie znaczenie dla zwykłych ludzi czytających teksty w Sieci. Przyglądanie się i ludziom mediów, i ludziom polityki – zza fenickiego lustra – okazało się tedy zajęciem niezwykle pożytecznym dla debaty publicznej. Wcześniej tego w Polsce nie było. Dziękuję więc WSZYSTKIM, którzy poświęcili czas na czytanie moich postów, którzy zechcieli uprzejmie skomentować to, co napisałem, a szczególnie tym, co uznali moje blogowanie za coś wartego poparcia w konkursie. Chcę powiedzieć jedno: to dopiero początek tego, co nazywa się blogiem Free Your Mind :D
Podziękowania jednak należą się też p. Agnieszce Gierczak, która w imieniu organizatorów namawiała mnie uprzejmie do pojawienia się w Kinotece (odtąd już mijając PeKiN będę miał świadomość tego, co mnie ominęło ;P (http://www.wiadomosci24.pl/blog/zwyciezcy_naszych_konkursow_ogloszeni_57292.html)) i wyrozumiale przyjęła moją (równie uprzejmą) odmowę, no i oczywiście Brygadzie Jankesów z Salonem24 na czele, którzy przyjęli mnie w gościnę J
PS. Zagadka – proszę zgadnąć, kto na moim blogu umieścił pierwsze komentarze?
Łatwo sprawdzić, bo link do mojego pierwszego posta podałem wyżej i w jakiejś mierze to, co pisałem wtedy w czerwcu (for the first time) koresponduje z tym, co mogę napisać teraz J
Poniżej więc załączam moją hipotetyczną „mowę galową”, która – co chyba oczywiste – ma postać posta:
„Blogować nie umierać
Free Your Mind
Badacze Internetu twierdzą, że blogerzy stają się powoli czymś w rodzaju V władzy, a więc, że wpływ ludzi prowadzących blogi polityczne jest tak duży, że znajduje swoje konsekwencje zarówno po stronie rządzących, urzędników państwowych itd., jak i dziennikarzy oraz mediów. O ile na Zachodzie czy zwł. w USA faktycznie możemy takie zjawisko korelacji między blogerami a światem polityki i środków masowego przekazu już od welu lat zaobserwować, o tyle w Polsce nabiera ono dopiero na znaczeniu. Zresztą, wiedząc o istnieniu fenomenu V władzy poza granicami naszego kraju, wielu rodzimych dziennikarzy, ale też i polityków zaczęło się "zabezpieczać" przed ewentualną dominacją polskich blogerów, zakładając rozmaite platformy blogerskie niejako "neutralizujące" aktywność "nieprofesjonalistów w mediach".
Z początku dziennikarze oraz rozmaici publicyści mainstreamu sądzili, że zagospodarują cyberprzestrzeń na zasadzie "gaszenia amatorów talentem" (by zacytować słynną frazę z piosenki "Śpiewać każdy może") i nawet, jeśli blogerzy będą się aktywizować, to "profs" dowiodą, kto jest górą (nie tylko stylistycznie, ale i komercyjnie). Co ciekawsze, wielu dziennikarzy usiłujących badać Sieć (tak trochę na zasadzie działań dziennikarzy śledczych niż na wzór naukowy), rozpowszechniało tezę, że anonimowi blogerzy polityczni to z reguły amatorzy, co nagle odkryli w sobie "Bożą iskrę" publicystów i stąd ich pęd do zasypywania Internetu analizami. Dodawano jednocześnie, że analizy te w dużej mierze "żerują" na materiale dostarczanym przez mainstream i niewiele wnoszą nowego, zawierają jakieś na wyrost konstruowane spekulacje, tropią jakieś niby spiski i nieco na siłę szukają potknięć dziennikarskich czy niekonsekwencji w wypowiedziach i działaniach polityków. Co bardziej antyblogersko (i antywolnościowo, dodajmy) nastawionych "dziennikarzy śledczych" szło jeszcze dalej w diagnozowaniu "nieprawidłowości", twierdząc, że skoro ci najpopularniejsi blogerzy (Kataryna, Galba, Tad9, Rekontra itd.) to osoby deklarujące wyraziste, prawicowe poglądy, to stanowią one jakichś "przybocznych" partii "braci Kaczyńskich" (spin doktorów lub innych specjalistów od marketingu politycznego), a więc należy je traktować jako ludzi "pracujących na zlecenie", nie zaś niezależnych publicystów. Tajemnicą poliszynela bowiem było i jest w środowisku polskich dziennikarzy, że niezależność to fatamorgana, za którą nie tylko nie należy gonić, ale nawet oglądać się w drodze "na szczyt kariery", wobec tego każdy kto publikuje, musi iść na czyimś pasku, innej możliwości nie ma. Gdy jednak okazało się, że blogerzy nie tylko mają się znakomicie, ale cieszą się o wiele większym zainteresowaniem internautów, aniżeli "mainstreamowcy" pojawiły się dwie nowe postawy wobec niezależnych publicystów: agresywna oraz "obłaskawiająca".
Zaczęto zatem flekować blogerów za to, że są "schowani za anonimowymi nickami", co pozwala im "bezkarnie atakować" mainstream czy establishment polityczny i dziennikarski. Tropiono IP, szukano namiarów mailowych, grożono, próbowano demaskować "frustratrów". Na własnej skórze przeżyła to choćby Kataryna, co zapewne poskutkowało zminimalizowaniem jej aktywności blogerskiej w drugiej połowie 2007 r. Jednocześnie jednak pojawiła się postawa "przymilania się do blogerów", tzn. niejako "pasowania ich na przedstawicieli profesjonalnego środowiska". O blogerach rozpisywały się gazety, tygodniki opinii czy różne portale, a z drugiej strony zaczęto zapraszać ich do programów telewizyjnych, zaś dziennikarze-zawodowcy urządzali zlotowe imprezy, na których można było, jak mawia S. Michalkiewicz, wypić i zakąsić, ale i zobaczyć, jak wyglądają i kim są poszczególni autorzy skrywający się za takimi czy innymi nickami. Bez wątpienia, przez wielu młodych ludzi te środki "obłaskawiania" mogły zostać uznane za "drogi do sławy" czy może nawet kontraktów ze strony mainstreamu. Jakby tego było mało, pojawiły się ostro reklamowane konkursy dotyczące blogerów i blogów, których efektem też musiało być, było i jest - prócz rozdania nagród - ujawnienie tożsamości tej czy innej osoby tworzącej dotąd anonimowo. Czy można się temu oprzeć i czy należy?
Sądzę, że tak - opór jest tu nie-zbę-dny i dodam więcej, sądzę, że pozostanie "w cieniu" pozwala blogerom pełnić funkcję V władzy, jakiej społeczeństwo informacyjne niezwykle potrzebuje. Blogerzy stali się bowiem poważnymi "krytykami informacji". Amerykański filozof technologii N. Postman stwierdził, że współczesny człowiek żyje w informacyjnym zatorze - bombarduje go masa wiadomości nieistotnych, niepotrzebnych, czasem nawet bezsensownych. Blogerzy zaś pojawili się jako ludzie "pacyfikujący mainstream", wytykający mu arogancję, ignorancję, niekompetencję lub zwykle dezinformację, zajmując pozycje nowych liderów opinii publicznej, poprzez ponowne (po redakcyjnych gatekeeperach) filtrowanie informacji albo raczej, poprzez "sprowadzanie informacji na ziemię". Oczywiście im większą "czytalnością" tudzież ilością komentarzy dany bloger się wykazywał, tym ostrzejsze sprzeciwy budził ze strony przedstawicieli tego czy innego establishmentu. Twierdzono nawet, że anonimowy bloger tchórzliwie się chowa i boi się przyznać, że jest nikim.
W ostateczności, wśród reakcji na niekontrolowany rozkwit wolności słowa w debacie publicznej pojawiło się zjawisko innego typu: pseudo-blogerzy, czyli ludzie udający niezależnych blogerów, a zmierzający do skompromitowania idei wolnego od nacisków mainstreamu wypowiadania się w Sieci. To ostatnie zjawisko może jest niebezpieczne, gdyż prowadzi do swoistego zamętu w Sieci, ale blogerzy, którzy nie tylko strzegą jak oka w głowie, swojej anonimowości, ale pilnują, by wolność słowa w cyberprzestrzeni nie została poddana zamordystycznym czy propagandowym zapędom, wyłapują tego typu autorów (zwykle są to dziennikarze, którzy nie mogą się pogodzić z tym, że "jakiś naturszczyk" może być czytany częściej niż "prof") i przestrzegają przed nimi niezorientowanych internautów.
Niektórzy analitycy Internetu uważają, że ta pilnie strzeżona przez niektórych blogerów anonimowość, wcześniej czy później ulegnie anihilacji w epoce Web 2.0/Web 3.0. Może tak być, ale wcale nie musi. W Polsce bowiem na razie niewiele wskazuje na to, by sprawy polityczne szły w dobrym kierunku i wobec tego nie ma żadnych poważnych przesłanek, by blogerzy chcący zachować niezależność, w czymkolwiek mogli skorzystać na ujawnianiu się. W ten sposób sami są bezpieczni, pozostając niebezpiecznymi dla establishmentu.”
Za fenickim lustrem J
Free…
Your…
Mind…


Komentarze
Pokaż komentarze (188)