Skoro za ostatniego filomatę uchodzi, jat twierdzi A. Krzemiński, A. Michnik, to bez wątpienia Krzemińskiego można uznać za przedostatniego filomatę. Ten bowiem, pisząc coś w rodzaju mowy dziękczynnej do losu (lub Historii) za istnienie słynnego naczelnego "GW", rzoprawia się przy okazji (niejako "z marszu") z wieloma dyżurnymi tematami, takimi jak "polski tłum", "prawicowi hunwejbini", "neokonserwatyści", "antysemityzm" i oczywiście "powojenne pogromy", ale by było wszystko jasne, wspomina też o "stosach inkwizycji". Tyle tematów może się pojawić w tekście porządnego publicysty, specjalisty od spraw niemieckich, gdy tylko siądzie i zacznie rozważać wielkość Michnika, a małość, jeśli nie skrajną nikczemność oponentów "ostatniego filomaty".
By nie być gołosłownym, pozwolę sobie sięgnąć do co smakowitszych cytatów, które, jak podejrzewam, szczegółnie przypadną do gustu takim smakoszom intelektualnym, jak Rekontra, Rolex itd. (izwienitie, wszystkich nie wymienię, bo by pół posta taka lista mogła zająć). Zacznijmy od tłumu polskiego:
"ta niezgoda tłumu na niesprawiedliwość to nie tylko dyscyplina miliona warszawiaków na wiecu w październiku 1956 r., gdy przemawiał Gomułka, w czerwcu 1978 r. na placu Zwycięstwa, gdy Karol Wojtyła mówił „nie lękajcie się”, czy w sierpniu 1980 r. w Stoczni Gdańskiej. To także podszczuty i rozwydrzony tłum ciskający w grudniu 1922 r. kamieniami w Narutowicza czy biernie przyglądający się powojennym pogromom Żydów."
Śmiałe skojarzenia, nie? Teraz słowo o "ultrasach rewolucji moralnej":
"Jak to się stało, że w kraju, który po 1989 r. osiągnął to, o czym 20 lat temu nie można było nawet marzyć, górę wzięła „patologiczna perfekcja autorytarnych populistów”? Dlaczego Polaków dogoniła ich najgorsza przeszłość, warcholstwo, zawiść i nienawiść? Gdzie się podziała Polska Jana Pawła II, Miłosza, Gombrowicza, Kołakowskiego, Wajdy, Kuronia, Herberta, Mazowieckiego, Balcerowicza, Geremka czy Szymborskiej? Skąd powrót naganiaczy szczujących przeciwko „wrogom ludu”? Z jakich to pokładów polskiej historii wzięła się tęsknota do samosądów, list proskrypcyjnych i – choćby tylko symbolicznych – szafotów?
Ultrasi rewolucji moralnej – to pojęcie Michnika – nie są wyłącznie polskim wynalazkiem. Można ich było spotkać wśród rzymskich dyktatorów – jak Sulla, czy francuskich jakobinów wysyłających na gilotynę każdego, na kogo donieśli sąsiedzi."
Nie wiem, czy Państwu nasuwają się podobne skojarzenia, ale ja np. mam wrażenie, że pewne rzeczy się Krzemińskiemu nieco wymieszały. Tłum słuchający Gomułki wymieszał się mu z wiernymi uczestniczącymi w historycznej mszy sprawowanej przez JP 2, Herbert z Szymborską (chyba życiorysy nieco odmienne, nie tylko pod względem artystycznym) itp. To, że wymieszał mu się młody Kołakowski ze starym, to jeszcze nawet dałoby się teoretycznie uzasadnić, jeśli ktoś dobrze zna spuściznę obu Kołakowskich, ale czy francuscy jakobini muszą się od razu mieszać z członkami PiS-u? Chociaż zaraz, może jakieś gilotyny w Polsce przeoczyliśmy za czasów kaczyzmu? A może je dopiero odkryjemy w trakcie wykopalisk za kilkadziesiąt lat? Na samo jednak hasło "symboliczne listy proskrypcyjne" robi się zimno, prawda? Czyżby takim eufemizmem pokrywało się teraz na salonach prostą prawdę o lustracji?
Już nie chcę wchodzić w spiżowe kwestie spiżowego Michnika. Interesuje mnie raczej sposób "uspiżowiania" historii pewnej generacji... właśnie "lewicowych filomatów". Takich bowiem, co bez gilotyn i bez przelewu krwi zmienili świat nie do poznaki. Właściwie oni zmienili go paroma debatami na szczytach władzy. Przestawili zwrotnicę polskiej (ba, środkowoeuropejskiej) historii i ta ostatnia podążyła już właściwym torem. Do nich Jan Paweł II czy R. Reagan stanowili skromny dodatek. Męczeństwo ks. Popiełuszki? Jakież mogło mieć znaczenie wobec dylematów dotyczących historycznego wyboru ostatniego prezydenta PRL? Te zaś barwnie opisuje w wywiadzie przeprowadzanym przez... J. Paradowską - M. Kozakiewicz:
"JP: - Procedura była więc przygotowywana tak, aby Wojciech Jaruzelski został wybrany prezydentem?
MK: - To już przesada. Chodziło o to, by wszystko odbyło się zgodnie z prawem, a prawo, czyli w tym przypadku Konstytucja, nie normowało szczegółów. Prawdą jednak jest, ze robiliśmy wiele, by wybór gen. Jaruzelksiego sdoszedł do skurtku. Także ze strony przynajmniej części kierownictwa OKP było sporo starań, by tak się stało. Przecież ten wybór był częścią układu "okrągłego stołu". Niektórych posłów i senatorów wysłano na taktyczne urlopy. Wyznaczono tych, którzy mieli na nie wyjechać, by zmniejszyć liczbę posłów przeciwnych Jaruzelskiemu. Sprawy proceduralne bez przerwy mieszały wsię wieć z politycznymi. Zacytuję notatki z jednego dnia, poprzedzającego wybór prezydenta. 13 lipca podac w telewziji, radiu i prasie komunikat, że wybór odbędzie sie 19 lipca. Wysłac depesze do posłów i senatorów z zawiadomieniem o posiedzeniu Zgromadzenia Narodowego. Uzgodniono, że w przypadku wyboru powinienem złozyć krótkie gratulacje prezydentowi, a prezydent powinien wygłosić w Sejmie przemówienie nie prekraczające 10 minut. Na podium ustawiony zostanie dodatkowy fotel dla marszałka Senatu. Uprzedzić, że nie będzie żadnych wystąpień nie zgłoszonych przez kluby. Jeżeli ktoś uprze się, że chce przemawiać, zostaną wyłączone mikrofony. W przypadku niesubordynacji posła czy senatora zarządza się przerwę w obradach Zgromadzenia Narodowego. W czasie przerwy należy podjąć próbę przekonania członka Zgromadzenia, by nie wprowadzał zamieszania. Jutro o godz. 9 rano Konwent, z udziałem marszałka Stelmachowskiego, w sprawie reghulaminu i wnio9sków PZPR wypowiada się za głosowaniem imiennym na kartkach, proponuje by kartka bez nazwiska była uznana za głos nieważny. Telefon od Czyrka - o godz. 18.00 Jaruzelski chce poinformować mnie i Stelmachowskiego o zamiarze kandydowania. Ustalamy, że Sejm i Senat będą pracować do 11 sierpnia, a potem ogłoszą wakacje do 11 września. To są zapiski z jednego dnia. Takie mieliśmy wówczas problemy i takie sprawy rozważaliśmy."
[Byłem marszałkiem kontraktowego... BGW, Warszawa (b.d. co do roku wydania; jakieś wczesne lata 90.).]
"Ostatni filomaci" w taki właśnie sposób, drogą nieustannej rekonstrukcji demokracji przekuwali miecze na lemiesze. I przekuli. Wyszła im wprawdzie republika bananowa, ale przecież jeszcze weselsza niż "najweselszy barak w sowieckim obozie". Tępy tłum jednak się nie cieszy, tylko chce ukamienować filomatów:
"Dlaczego tłum raz imponuje, rozwagą, a kiedy indziej daje się unieść nienawiści? To pytanie wielokrotnie stawiane. Michnik zastanawia się nad źródłami naszej własnej furii (...) W dwóch autorozrachunkowych esejach Adam Michnik jeszcze raz tłumaczy, dlaczego pojednał się z generałem Jaruzelskim, autorem stanu wojennego, ale też współautorem i gwarantem Okrągłego Stołu i oddania władzy przez komunistów. O ile stan wojenny był klęską polityki kompromisu i dialogu, o tyle Okragły Stół – jej triumfem."
I na koniec jeszcze jeden rarytas z tekstu Krzemińskiego:
"Jednym z najlepszych esejów ze zbioru „W poszukiwaniu utraconego sensu” jest ten o pogromie kieleckim, a właściwie o dwóch różnych reakcjach przedstawicieli episkopatu na to, co się wtedy stało. Z osłupieniem czyta Michnik ówczesny memoriał biskupa kieleckiego Czesława Kaczmarka – później torturowanego i skazanego przez władze komunistyczne – do ambasadora amerykańskiego. Biskup sięga w nim do antysemickich zwrotów, bagatelizując pogrom jako prowokację ubecką i usprawiedliwiając antysemityzm Polaków udziałem Żydów w aparacie bezpieczeństwa. Równocześnie cytuje Michnik oświadczenie biskupa częstochowskiego Teodora Kubiny, który nazywa rzecz po imieniu i potępia pogrom jako pogrom. A więc można było."
Co można było? Nazywać ubecką prowokację - ubecką prowokacją, czy pogrom pogromem? Takie rzeczy tylko filomata wie.


Komentarze
Pokaż komentarze (68)