Z wielką ulgą przyjęły nowooświeceniowe środowiska werdykt krakowskiej prokuratury dot. książki Jana Tomasza G. Jak pisze reprezentantka tychże środowisk, E. Siedlecka, "prawo nie ściga poglądów".
Oczywiście, jest w tym stwierdzeniu tyle prawdy, co w doniesieniach Radia Erewań, ale spróbuję podeliberować na ten temat, pomijając niejako ewidentną bałamutność tego sformułowania Siedleckiej.
Przede wszystkim autorka najwyraźniej odróżnia "Pogląd" od "poglądu". Ten pierwszy wyrażony "na obszarze oświeceniowej nauki" nie ma prawa podlegać osądom prawników. Ten drugi, wyrażony przez jakąś "prywatną osobę" (a zwł. nieoświeconą), może być ścigany. Jakżeby inaczej dało się wytłumaczyć to, że - nie szukając daleko po redakcji "GW" - A. Michnik tak konsekwentnie pozywa do sądu rozmaite osoby za (nomen omen) poglądy na jego temat? Mamy więc niezbity dowód, że są "Poglądy" i poglądy. Co to zmienia w sferze tego, co suponuje tytuł komentarza Siedleckiej (http://www.gazetawyborcza.pl/1,75968,4919446.html)? Jedynie to, że za Poglądy się nie odpowiada, a za poglądy jak najbardziej.
Wspomniałem o tym, że Pogląd powinien zostać wyrażony przez oświeceniowego naukowca. Nie trzeba bowiem sięgać pamięcią daleko wstecz, boć przecie za swoje naukowe poglądy trafił swego czasu do europejskiego więzienia (i spotkał się w Polsce na Targach Książki z otwartym represjonowaniem) D. Irving.
"Decyzja prokuratorów jest odważna. Mogli poczekać, aż przepis o pomówieniu narodu oceni Trybunał Konstytucyjny. Ale wzięli na siebie ciężar decyzji w sprawie Grossa.
Uznali, że aby użyć przepisu o pomówieniu narodu, musieliby zająć się weryfikacją opinii wyrażonych przez Grossa. Opinie, w przeciwieństwie do faktów, nie podlegają ocenie prawdziwości."
Można się wprawdzie zastanawiać nad domniemaną odwagą krakowskich prokuratorów, ciekawsze jednak wydaje się to, co pisze dalej Siedlecka. Wydaje się, że to właśnie opinie (czy szerzej poglądy) uznajemy za prawdziwe lub nieprawdziwe, a nie fakty. O faktach mówimy, że zaszły (lub nie zaszły), ale nie że są np. kłamliwe, przecież. To, co kryje się np. pod nazwą "fakt prasowy" jest swego jedynie próbą oddziaływania za pomocą wpływowego medium na rzeczywistość społeczno-polityczną, nie zaś żadnym wydarzeniem.
Co więcej, mówimy o określonych poglądach, że znajdują potwierdzenie w określonych faktach lub nie. Jakżeby więc było możliwe sformułowanie zapisu prawnego o "kłamstwie oświęcimskim", o "niemieckich obozach koncentracyjnych w Polsce" czy o "gloryfikowaniu zbrodniczego systemu komunistycznego", gdyby nie istniało pewne odwołanie do faktów? Co więcej, czy tego typu zapisy sankcjonujące wypowiadanie się na określone tematy historyczne, nie mają charakteru poglądów?
Zdaniem Siedleckiej:
"Można oceniać tylko ich [opinii - przyp. F.Y.M.] słuszność - ale to nie zadanie prokuratury, lecz historyków. Decydowanie w procesie karnym, które poglądy są słuszne, naruszałoby wolność debaty publicznej."
Wszystko to byłoby oczywiście piękne, gdyby było prawdziwe. Tymczasem wystarczy spojrzeć na stosunek samej "GW" do debaty wokół książki Grossa prowadzonej przez środowiska skupione wokół RM, a można nabrać sporych wątpliwości, co do tego, czy faktycznie WSZYSTKIM wolno SWOBODNIE debatować.
Siedlecka konkluduje zresztą tak:
"Decyzja prokuratury nie zastąpi wyroku Trybunału Konstytucyjnego. Ale może mu pomóc, bo jest ważnym głosem praktyków",
traktując zatem ten precedens jako istotny do prac nad dalszymi ustaleniami prawnymi w materii wolności słowa. "Praktycy" wytyczają drogę "teoretykom", można by rzec. Zamysł związany z taką regulacją jest stosunkowo czytelny: oświeceniowcy mają prawo wyrażać dowolne poglądy. Jeśli jednak chciałby wyrazić swój pogląd jakiś nieoświeceniowiec, antysemita, ksenofob czy homofob - to prawo powinno jednak ścigać za poglądy. No bo chyba oczywiste - są Poglądy i poglądy. Tak jak jest Prawo i prawo.


Komentarze
Pokaż komentarze (38)