Współczesna myśl liberalno-lewicowa, aktywnie wspierająca projekt polityczny o nazwie UE, boryka się z trzema podstawowymi problemami: kwestią rodziny, narodu i religii. Oprócz nich dochodzi oczywiście poważne zagadnienie rekonstrukcji historii (widocznej choćby w koncepcjach "wspólnych podręczników") oraz edukacji, tzn. wprowadzenia stopniowo do szkół nowego przedmiotu obowiązkowego: Europa.
Niektóre z tych kwestii pojawiły się niedawno w salonie choćby w dość bezowocnej dyskusji posła M. Jurka z W. Sadurskim, inne zaś w debacie dotyczącej kwestii nowej tożsamości europejskiej ("nienarodowej", rzecz jasna, nowoczesnej) (http://www.gazetawyborcza.pl/1,76498,4933147.html?as=4&ias=4&startsz=x).
"Po to, żeby powstał prawdziwy podręcznik wspólnej historii, Europa musiałaby być przedmiotem wykładanym w szkołach francuskich, niemieckich, polskich, włoskich itd. A to jest decyzja polityczna"
stwierdził jeden z uczestników debaty, M. Nouschi. Na co inna z uczestniczek stwierdziła:
"Schwan: W tworzeniu podręcznika pomocne byłoby rozstrzygnięcie polityczne Unii Europejskiej. Jednak od początku nie zgadzam się z tezą, że pisanie historii zawsze ma funkcję ideologiczną. I wojna światowa jest wspólnym europejskim doświadczeniem. O tej strasznej sytuacji wojennej można wspólnie coś napisać. Można tworzyć bardzo różne książki na temat np. europejskiego średniowiecza."
Te wypowiedzi dowodzą, że projekt UE wchodzi w fazę decyzującą, patrząc z punktu widzenia potencjalnej inżynierii dusz, gdyż polityczna kwestia konstrukcji nowej tożsamości "obywateli Europy" staje się coraz bardziej paląca, choć zarazem - nie tak łatwa do rozwiązania. Oto bowiem A. Michnik w tejże debacie, stwierdza wprost, że "Pomysł, że można mieć świadomość europejską przekraczającą pamięć narodową, jest złudzeniem." Można więc wyciągnąć z tego spostrzeżenia wniosek, że myśl liberalno-lewicowa ma świadomość istnienia rzeczywistych barier dla wdrażania projektu UE. Są wprawdzie tacy entuzjaści nowej inżynierii dusz, którzy z marszu zrekonstruowaliby nie tylko przeszłość, ale i teraźniejszość, stosując starą, sprawadzoną metodę zaprojektowania "nowego języka" czy "nowej semantyki" (proszę poczytać wypowiedzi R. Trauby), ale nie stanowią oni chyba zbyt licznej społeczności.
Oczywiście, jak to zwykle, jeśli nie zawsze, w debatach na lewicy, bywa, odrywa się jakiś problem od pewnego kontekstu, a następnie wykonuje całą masę intelektualnych skrętoskłonów, by dojść do konkluzji, które w rzeczywistości sprowadzają się do jakichś politycznych postulatów. Zwracam na to uwagę, ponieważ uważny obserwator debat, jakie prowokuje Sadurski czy inni przedstawiciele liberalnej lewicy, dostrzeże tę prawidłowość stanowiącą swego rodzaju egzemplifikację tego rodzaju myślenia.
Jeśli bowiem dyskutuje się nad kwestią np. narodu, to odrywając ją nie tylko od historii, ale przede wszystkim od religii, niewiele się osiągnie, poza wspomnianymi wyżej, postulatami politycznymi. W przypadku debaty publikowanej na łamach "GW" jednym z takich postulatów jest "edukowanie" dzieci i młodzieży "z Europy". To przecież jednak stanowczo za mało. To, czym jest naród, bez względu na to, czy będziemy podążać śladami myśli Renana (jak Michnik i jego mistrz Giedroyc) czy Gellnera, czy innych - wiąże się w przypadku Polaków przede wszystkim z kwestią świadomości narodowej i świadomości religijnej. Renan, jak wiadomo, był wrogiem religijności - wobec tego myśl liberalno-lewicowa, nawiązująca do niego lub jakoś chcąca uporać się z kwestią tożsamości narodowej Polaków, musiałaby uporać się przy okazji z problemem religii i religijności. Usiłowano ten problem rozwiązać w rozmaitych ustrojach totalitarnych (obecnie przodują "na tym odcinku" Chiny), zaś UE, jeśli nie miałaby stać się państwem totalitarnym, co wcale nie jest przesądzone, biorąc pod uwagę utopijne koncepcje jej zwolenników i konstruktorów, musiałaby jakoś uporać się z religijnością np. takich obywateli Europy jak Polacy.
Mam jednak wrażenie, że myśl liberalno-lewicowa nie jest w stanie tej kwestii rozwiązać w ogóle, ponieważ nowooświeceniowcy, jak nazywam przedstawicieli tego nurtu, nie tylko nie są w stanie pogodzić się z tym, że część ludzi akceptuje istnienie jakiegoś nadnaturalnego porządku, ale i że uważa, iż ten porządek funduje kwestie związane z organizacją społeczną czy prawnymi regulacjami w państwie narodowym. Nowooświeceniowcy nie rozumieją religijności (sami często będąc ludźmi areligijnymi, jeśli nie antyreligijnymi), wobec tego nie rozumieją też tego, że spór dotyczy kwestii fundamentalnych, a źródła tego sporu tkwią w odmiennych wizjach rzeczywistości (nie tylko społecznej). Próby przenoszenia dyskursu na poziom "definicji pojęcia narodu" (tudzież: rodziny, mieszkańca Europy, wolności itd.) czy nawet "redefinicji", są zabiegami skazanymi na intelektualne niepowodzenie. Owszem, uczestnicy takich debat mogą przekonywać samych siebie o słuszności swoich punktów widzenia i mogą się nawet nieźle miewać, niemniej nie zmieniają w ten sposób nic w odniesieniu do realiów, z którymi wcześniej czy później będą musieli się zmierzyć. Jeśli więc pragnie się np. definitywnie zmienić pojęcie rodziny i uznać za nią choćby związek osób tej samej płci plus adoptowane dziecko, to jest to sianie wiatru, który może przynieść wielką burzę. Podobnie, jeśli sądzi się, że świadomość narodową można zastąpić czy przekonstruować na świadomość europejską (pozbawioną i narodowych, i religijnych korzeni), to jest to naprawdę zabawa z ogniem, której konsekwencji nowooświeceniowcy chyba nawet nie chcą przewidywać. Ja te możliwe zagrożenia jedynie sygnalizuję, choć doświadczenie obywatelskiego oporu wobec wszelkiego rodzaju totalitaryzmów powinno nowooświeceniowcom dawać nieco do myślenia. Mówiąc obrazowo, człowieka nie da się trzymać w kulturowej klatce i nie można oczekiwać, że będzie się z tego jeszcze cieszył.
Totalitaryści komunistyczni mają receptę na podtrzymywanie stanu dobrego samopoczucia trzymanego w klatce czowieka - odpowiednia dawka elektrowstrząsów lub planowane niedobory w wygodach życiowych i ilości pokarmu pozwalają trzymać takiego obywatela przez jakiś czas w stanie permanentnej walki o przetrwanie - z biegiem lat przestają być jednak skuteczne, ponieważ wszystkich obywateli do klatek nie sposób zamknąć i zaczynają się bunty. Jaki pomysł na obywatelskie zadowolenie wymyśli UE? Ano, zobaczymy.


Komentarze
Pokaż komentarze (24)