Niedawno peokraci zabłysnęli pomysłem powołania sztabu kryzysowego w sytuacji kosmicznego zagrożenia Polski satelitą szpiegowskim, który - niewiele brakowało, a spadłby na siedzibę rządu, parlament i parę zaprzyjaźnionych redakcji. Teraz, gdy już Amerykanie zestrzelili gada, może się okazać, że już ten sztab ekspertów nie będzie potrzebny, niestety, a taką fantastyczną komedię mógł odgrywać, tak charakterystyczną dla polskiej polityki a la PO.
Na szczęście prawdziwy sztab kryzysowy nie przestaje działać. S. Michalkiewicz, podsumowując niesławne 100 dni obecnego gobinetu pisze tak:
"Gdyby rząd Donalda Tuska nie miał parasola ochronnego, jaki rozpinają nad nim usłużne i inspirowane przez tajne służby media, to nie zostałaby już z niego mokra plama. Polska w ogóle nie miała szczęścia do rządów, bo albo nieudolne, albo wręcz złodziejskie, ale nawet na tym tle rząd premiera Donalda Tuska prezentuje się wyjątkowo żałośnie."
(http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=276)
I jest to wyjątkowo trafne ujęcie rzeczy, znajdujące oczywiste potwierdzenie w codziennej lekturze przekazu wielu mediów, które - mimo że istnieją "warunki pluralizmu" - gdy przychodzi sytuacja kryzysu, mówią jednym głosem, jak stara "Trybuna Ludu". Pełno ich, a jakoby nikogo nie było. Niegdysiejsi wrogowie rynkowi, jak "Dziennik" i "GW" cytują się nawzajem, a kontrolowane przecieki komentowane są przez wszystkich z "frontu osłonowego" w taki sam sposób i w identycznym tonie. Co ciekawsze, ten sam przekaz znajdujemy także w mediach ściśle związanych z komunistami. Nie ma więc najmniejszych wątpliwości, że sztab kryzysowy działa na pelnych obrotach, a kryzysem jest to, co określiłem wczoraj jako odkrycie wału korbowego w miejsce bezcennego niemalże berła.
Sztabowcy siedzą w cieniu, ale mają swoich reprezentantywnych przedstawicieli w postaci Zemkego, Komorowskiego, Reszki czy Dukaczewskiego oraz rozmaitych funkcjonariuszy medialnych pomniejszego płazu. Kontrofensywa przeprowadzana jest na kilku już odsłoniętych płaszczyznach, o czym już wspominałem, a zablokowanie weryfikacji okazało się jedynym sposobem na kryzysowe "opanowanie sytuacji". To jednak tylko jedna strona medalu. Drugą, na którą nikt jeszcze nie zwrócił uwagi, jest jakby "kontrraportowanie". W zemście za publikację raportu o likwidacji WSI, w wyniku którego wspaniałe życiorysy specjalistów po sowieckiech szkoleniach zostały zmarnowane, a pewne "nierdzewne od lat" kontakty, przerwane (lub przynajmniej spalone), eks-oficerowie w sztabie kryzysowym zarządzili akcję, którą można nazwać "raportem o przeprowadzanej likwidacji SKW". Polega ta akcja jednak nie na tym, że publikuje się dane prawdziwe, lecz na tym, że upublicznia się dezy, przy jednoczesnym poszerzaniu wiedzy innych wywiadów na temat przynajmniej niektórych danych osobowych i operacyjnych dot. SKW. W tej dezinformacyjnej akcji, w którą włączyły się frontowe mainstreamowe media, nie powinien nas zwieść ten sos dezowy, ponieważ, proszę zauważyć, z dnia na dzień dodawany jest jakiś "nowy szczegół" - z reguły w kontekście typu: "podobno", "wiele na to wskazuje, że..." czy "prawdopodobnie". Stare dezy mieszane są z nowymi, co nie zmienia faktu, że nieustannie upublicznia się coraz to nowe sekrety SKW.
Ma to charakter świadomego sabotażu i destrukcji nowych polskich służb i wielką naiwnością lub złą wolą wykazują się ci, którzy tego nie dostrzegają. Biały wywiad, którym objęte są wydawane w Polsce media, ma materiał do obróbki bez specjalnych kosztów związanych ze zdobywaniem cennych, tajnych informacji. Dla ludzi wyspecjalizowanych w czytaniu między wierszami, dane te są niezwykle istotne, ponieważ nowe służby przez ostatnie kilkanaście miesięcy były dla Rosjan i dla Niemców zupełnie nieprzejrzyste. W pewnej mierze takę tezę stawia również sam Macierewicz w wywiadzie opublikowanym przez "NDz" (http://www.naszdziennik.pl/index.php?typ=po&dat=20080221&id=po31.txt).
Ciekawym mechanizmem, dającym się zaobserwować w tym przeciąganiu liny - stare służby (+ agentura wpływu) - nowe służby, jest to, że po każdym ataku medialnym następuje krótki okres wyczekiwania na reakcję, po czym przystępuje się do publikowania nowych dez (i oczywiście ich szerokiego lamentacyjnego "komentowania"). Obecnie "Dziennik" twierdzi, że to, co "wyszło na jaw" do tej pory, to jeszcze pikuś, wobec tego, co wychodzi na jaw "teraz" (http://www.dziennik.pl/polityka/article127336/Macierewicz_wyniosl_tajne_dokumenty.html), a przecież już wczoraj uznano, że przestępstwa Macierewicza zasługują na osąd Trybunału Stanu. Tu jednak Chlebowski złapał się przepisów konstytucyjnych jak pijany płotu, na co zwrócił uwagę nawet R. Kalisz, który w dzisiejszych "Sygnałach Dnia" służył dobrą, koleżeńską radą w kwestiach konstytucyjnych i zamiast stawiania Macierewicza przed TS zaproponował proces karny.
To, że żadne konferencje prasowe czy oficjalne oświadczenia byłego szefa SKW czy też innych przedstawicieli rządu Kaczyńskiego niczego w całej sytuacji nie zmieniają, czyli że karawana (karawan?) z napisem "my ze spalonych WSI" jedzie w najlepsze dalej, nie powinno nas dziwić - celem tej akcji jest dezinformacja i destabilizacja, a nie relacjonowanie stanu faktycznego. Tylu ludzi niedawno oburzało się święcie na określanie niektórych mediów funkcjonujących w Polsce "niemieckimi stacjami" czy "niemieckimi gazetami", w sytuacji jednak, gdy tak newralgiczne (zreformowane i odcięte od wpływów posowieckich) struktury jak wywiadowcze i kontrwywiadowcze stają się dyżurnym tematem medialnym, a tajne dane stają się tajemnicami poliszynela, należy z całkowitą powagą mówić o świadomym działaniu niszczycielskim, nie zaś o jakiejś debacie publicznej służącej jakiemuś dobru polskiego państwa.
Rząd po namowach sztabu kryzysowego obrał tę taktykę nie tylko dlatego, że nie ma realnego wpływu na to, jaki kształt przybrały zreformowane służby i nie może odzyskać "czarnej skrzynki po WSI", ale też dlatego, że taką metodą można te służby najszybciej zdeprecjonować, a nowych ludzi zdemaskować, czyli tą okrężną drogą, rozwalić nareszcie SKW. Na czymś takim może zależeć nie tylko Rosji, ale i innym krajom, którym nie w smak jest istnienie niezależnych od obcych agentur, służb specjalnych w Polsce. Nie zdziwiłbym się więc, gdyby wnet zaczęły się pojawiać nie tylko nazwy tajnych operacji, jak to dziś czyni "Dziennik", ale i personalia pozytywnie zweryfikowanych lub zupełnie nowych pracowników SKW. Z tekstów tych przebija bowiem coraz większa niecierpliwość, złość i nieskrywana agresja. Te oznaki świadczą jednak o strachu. Czego się boi sztab kryzysowy? Może tego, że wałem korbowym po głowie dostaną sami sztabowcy lada chwila.


Komentarze
Pokaż komentarze (59)