Odpowiem od razu: za to, że potrafi z wielką pasją bronić swoich poglądów, nawet, jeśli nie ma racji. Natychmiast też zaznaczam: ten tekst nie obraża Paliwody, tylko z nim polemizuje :)
Zanim przejdę do meritum, zacznę od pewnej anegdoty. Mam bezcenny egzemplarz "Nędzy historycyzmu" K. R. Poppera wydanej przez podziemny krąg z odręcznie napisanym błogosławieństwem śp. ks. J. Tischnera. Skąd takie zestawienie? Otóż polazłem dawno, dawno temu na parodniowe wykłady ks. Tischnera z filozofii pracy, a ponieważ pod ich koniec słynny filozof i teolog rozdawał autografy, tedy, nie mając nic innego pod ręką, wystawiłem do podpisu książkę Poppera. Naturalnie nie przyszło mi do łba, że mogło to być potraktowane jako intelektualna prowokacja, zważywszy na dość oczywisty fakt, że sam ks. Tischner był historycystą jak się patrzy. No ale może dziś z niebiesiech patrzy na tamten wybryk spolegliwym okiem, zwł. że chcę tym Popperem prześwięcić przy okazji także Paliwodę.
O co chodziło Popperowi? Twierdził on pokrótce tak:
"1. Bieg dziejów ludzkich w znacznym stopniu zależy od rozwoju wiedzy (...). 2. Przyszłego rozwoju wiedzy nie da się przewidzieć żadnymi racjonalnymi czy naukowymi metodami (...). 3. Nie możemy zatem przewidzieć przyszłego biegu historii ludzkości. 4. Znaczy to, że musimy wykluczyć możliwość istnienia historii jako nauki teoretycznej, czyli historycznej nauki społecznej, która odpowiadałaby fizyce teoretycznej. Nie jest więc możliwa naukowa teoria rozwoju historycznego mogąca stanowić podstawę przewidywań historycznych. Podstawowy cel metody historycyzmu okazuje się tym samym, nieporozumieniem. Siłą rzeczy upada i sam historycyzm." (Nędza historycvyzmu, s. 2)
A co to był ów historycyzm, zdaniem Poppera?
"wszelkie takie podejśćie do nauk społecznych, które zakłada, iż głównym celem tych nauk jest formułowanie prognoz historycznych oraz że cel taki można osiągnąć przez wykrywanie "rytmów", "schematów", "praw" albo "trendów" leżących u podstaw rozwoju historycznego", (jw. , s. 5).
Jeśli Paliwoda zna Poppera, a chyba powinien, to zastanawiające jest, że jego krytyki historycyzmu nie traktuje konkluzywnie. Wynika z niej bowiem prosta dość konstatacja, że prognozowanie historyczne nie tylko mija się z celem, ale i jest nienaukowe. Oczywiście, możemy sobie "snuć prognozy" jako blogerzy, publicyści itd. i dumać, co może być i ile potrwa, ale powinniśmy być jak najdalsi od jakichkolwiek kategorycznych stwierdzeń dotyczących dalszego rozwoju np. Europy. Powinniśmy wszak mieć świadomość dość istotnej różnicy między powierzchnią kultury, którą starają się kreować media, a zwykłym życiem zwykych Europejczyków, które można pooglądać, gdy się podróżuje po starym kontynencie. I nie brać jednego za drugie.
Historycyzm w swej istocie jest irracjonalizmem, a ten szkodzi zdrowemu umysłowi w racjonalnym osądzaniu rzeczywistości nie mniej niż marksizm czy inny pseudonaukowy pogląd. Być może Paliwoda nie może znieść historycystycznych zapędów inżynierów społecznych konstruujących UE, ale przecież panaceum na szaleństwa eurokratów nie może być historycyzm ("na litość Boga", jak mawia wielebna J. Pitera). Jeśli więc Paliwoda pisze:
"Dzisiaj jest zdechlakiem bez żadnych wspólnych wartości – bo wartościami nie nazywam paplaniny o tolerancji, szalejącym faszyzmie czy mgławicowych prawach jednostki do samorealizacji. Nie ma niczego takiego, co jednoczyłoby Europę. Mam na myśli wartości pozytywne, a nie strach przed inwazją islamu, która jest tym łatwiejsza dla islamistów, im chrześcijaństwo scalające Europę jest słabsze."
(http://pawelpaliwoda.salon24.pl/62759,index.html)
to można odnieść wrażenie, że porusza się w obrębie swoich wyobrażeń na temat Europy, a nie na poziomie opisu. Nie jestem bowiem wcale pewien, czy nic nie jednoczy Europy właśnie w sensie wartości pozytywnych. Zresztą, czy sama ta idea "jedności Europy pod względem pewnych wartości" nie jest jakimś skrótem myślowym oddającym pewne bogactwo starego kontynentu? Pomijam już kwestię, by tak rzec, "małej wiary" Paliwody, który widzi chrześcijaństwo w jakiejś totalnej defensywie, co jest kolejnym przejawem historycystycznego myślenia.
Co gorsza Paliwoda z niewiarą pisze o samej Polsce. Ma rację, kiedy diagnozuje jej niedorozwój, obarczając winą za regres kulturowy i cywilizacyjny "transformatorów", którzy przy okazji "obalania komunizmu", mieli ochotę "obalić katolicyzm", ale przecież to ostatnie wcale się nie udało - Polacy nie oddalili się od Boga w jakimś katastrofalnym wymiarze. Mało, można powiedzieć coś wprost przeciwnego, Polacy zaczynają się coraz bardziej stanowczo przeciwstawiać ofensywie laicyzacji, sekularyzacji i antykatolicyzmu po prostu.
Wracając jednak do UE. Rozumiem rozgoryczenie Paliwody. Co więcej, podejrzewam, że jestem bardziej antyunijny niż on, ale na jedno chcę zwrócić uwagę: projekt UE można by widzieć jako "zabijający Europę" i jednocześnie autodestrukcyjny, gdyby jego osnowę stanowił zamordyzm. O ile bowiem zamordyzm jest podstawowym spoiwem bolszewizmu, hitleryzmu i innych podobnych tworów, o tyle ustrój UE nie jest nam jeszcze w pełni znany od tej strony. Możemy przyglądać się rozmaitym euroentuzjastom i się zastanawiać. Nie szukając daleko - czy prof. W. Sadurski to zamordysta czy jedynie antropolog kulturowy-marzyciel? Innymi słowy, gdyby miał moce decyzyjne, to tak jak T. Kroński byłby zwolennikiem wykładania konieczności dziejowej za pomoca sowieckich bagnetów, czy nie? Otóż tego nie wiem. Mam nadzieję, że nie.
Sprowadzam dość poważną kwestię do salonowego żartu, ale w pewnej mierze tu jest pies pogrzebany (nie w salonie, co w kwestii, czy zamordyzm jest osnową UE). Dopóki nie jesteśmy w stanie tego dowieść, dopóty błądzimy w mglistych przewidywaniach zdradzających raczej nasze idiosynkrazje niż realne zagrożenia. Ja osobiście uważam UE za stratę czasu, pieniędzy i wysiłków ludzkich (czyli pomysł zwyczajnie niedorzeczny, głupi), nie jestem jednak pewien, czy jest to próba budowy stalinizmu lub faszyzmu. Tylko wszak pod tym warunkiem, tzn., że superpaństwo niesie ze sobą nowy totalitaryzm łącznie z represjami społecznymi, obozami resocjalizacyjnymi lub łagrami, faktycznie grozi mu samozagłada w tym sesnie, jaki prorokuje Paliwoda. W przeciwnym razie może to być trwanie w błogostanie, w dryfowaniu, w nirwanie. Wielu ludzi może na taki stan przystać i to dobrowolnie. I co wtedy? Będziemy ich siłą nawracać? Nie podejrzewam. Każdy bowiem sam decyduje o swoim losie. Jeśli ma rozum, to wie, że całego zycia nie można spędzić przed telewizorem. Jeśli nie ma rozumu, to i my mu nic nie pomożemy. A Pan Bóg policzy się z każdym wedle odpowiedniej miary.


Komentarze
Pokaż komentarze (52)