Każdy, kto pamięta, co za kaczyzmu wyrabiali nasi specjaliści od dezinformacji zwani eufemistycznie "dziennikarzami śledczymi", wie, że szczególną rewerencją darzyli oni ludzi, którzy mieli jakiejś rozmaite kolizje z prawem. A to R. Begerowa, a to A. Lepper, a to J. Kaczmarek itd. Ich wyznaniom poświęcano uwagę po stokroć większą niż wypowiedziom osób, które były na rozmaite sposoby w tych wyznaniach o przeróżne przestępstwa posądzane. Nie doszukiwano się też specjalnie sprzeczności w tych wyznaniach, bo nie to było celem ich upubliczniania oraz drobiazgowego komentowania.
Dokładnie taką samą metodę zastosowano teraz, czyniąc gwiazdę z M. Dochnala. Jakiś dociekliwy psycholog mediów mógłby sądzić, że po prostu dziennikarzy fascynuje świat przestępczy (wszak to już w l. 90. polscy dziennikarze telewizyjni balangowali z rozmaitymi mafiozami) i być może zachodzi też jakaś fascynacja z drugiej strony. Naraz ludzie będący na bakier z prawem siadają w świetle reflektorów, oklaskuje ich wesoła gromada siedząca w cieniu (zwana publicznością), a z przedstawienia, w jakim wszyscy ci ludzie biorą udział płynie morał, że wystarczy przewinąć się przez odpowiednie media, by kara za popełnione grzechy była anulowana bądź dużo mniejsza od zapowiadanej. Jest jednak jeszcze poważniejsze przesłanie, które, kto wie, czy nie staje się jakimś wzorcem uprawiania dziennikarstwa przez sporą część naszego mainstreamu - można eksponować wypowiedzi ludzi, którym dowiedziono rozmaitych przestępstw, którzy okazali się mataczami czy zwyczajnymi oszustami, byleby dodać w komentarzach słówko "jeśli". Ileż to razy przecież deliberowano nt. objawień "Kononowicza z Włoch", zapytując "a jeśli choć część z tego, to prawda?" Podobnie i tym razem czyni się z objawieniami św. Dochnala. No więc, "a jeśli?"
Owszem, pewne personae się zgrały, potrzeba więc świeżej krwi. Dochnal, jako stosunkowo "nieschodzony jeszcze" aktor polityczny idelnie się nadaje do występów u "dziennikarzy sledczych", gdyż przecież nie można wykluczyć, że chociaż "część z tego" może okazać się prawdą, nawet jeżeli nie istnieją żadne wiarygodne metody pozwalające jasno stwierdzić KTÓRA i JAKA część. W stosowanej z pełną premedytacją dezinformacji, nie chodzi jednak o żadną prawdę. Jeśli wykorzystuje się jakieś szczątkowe pod względem prawdziwości informacje, to wyłącznie po to, by uwiarygodniły one totalne kłamstwo, jakie jest podstawowym celem dezinformowania.
Najważniejsze jest oczywiście nie to, by odbiorcy "uwierzyli we wszystko" - wystarczy by dezy kursowały po mediach, by żyły własnym życiem, by infekowały, podlegając rozmaitym mutacjom w debacie publicznej, w której jeden dorzuci swoje insynuacje, drugi swoje i tak, jak w wierszu, w którym dziadek z babką i inne stworzenia ciągną rzepkę i wyciągnąć nie mogą - tak tu, coraz więcej osób łapie się jednego kłamstwa i szamocze z nim na rozmaite strony. Jeśli ktoś zaczyna deliberować na temat rozsiewanych dez, to już jest sukces, bo nieustanne mącenie umysłu odbiorcy to podstawa działania deinformatorów. Jeśli przeciętny człowiek nie może się dowiedzieć, jak jest, to niech przynajmniej nie wie, jak nie jest. Niech drapie się po głowie i żyje w nieustannej niepewności, niech gryzie się wewnętrznie, bo najważniejsze, by nie dociekał prawdy - ta bowiem jest nie tylko zakryta, ale i niemożliwa do odkrycia. Szukają jej wyłącznie eskperci, "dziennikarze śledczy", spędzający "noce i dnie" na fabrykowaniu nieprawdy, która tak ich fascynuje, że muszą jej służyć. Tylko w ten sposób bowiem wypełniają swoją arcytrudną i niezwykle odpowiedzialną misję. I tylko za to im się płaci.


Komentarze
Pokaż komentarze (71)