Jakoś tak ciężko mi znaleźć na portalach informacyjnych jakąś wzmiankę o tym, że dziś w polskim parlamencie będzie toczyła się debata o przyszłości Polski. Może faktycznie nie jest to jakiś ważny problem, a może jest to celowy zabieg spychania najważniejszej kwestii geopolitycznej poza debatę publiczną?
Stawiam na to ostatnie, znając polskie media. Nie ma kwestii referendum w sprawie ratyfikowania Traktatu Lizbońskiego, tak jak nie wchodziła w grę swego czasu dyskusja wokół akcesji Polski do UE. Owszem, po latach przyznawano: "no, może trochę przesadziliśmy z tym wyciszaniem czy całkowitym przemilczaniem głosów krytykujących akcesję", ale chyba tylko po to, by stworzyć wrażenie, że w tej materii jakieś debaty w ogóle wchodzą w grę. A chyba nie wchodzą.
Zdumiewająca w tym kontekście jest postawa nie tyle partii obecnej tęczowej koalicji, ale i samego PiS-u, kóry dziś, ustami J. Kaczyńskiego, stwierdził w radiowej Jedynce, że może nie ma jednomyślności, lecz ci, co twierdzą, jakoby należało przeprowadzać ogólnonarodowe referendum, którego wynik i tak byłby oczywisty (tzn. oczywisty na "tak", czy na "nie"?), bagatelizują kwestię pewnych niebezpieczeństw, które osłabiłyby międzynarodową sytuację Polski. Hm, jakież to mogłyby być niebezpieczeństwa to właśnie się zastanawiam. Jedno - polityczne - wychodzi mi takie, że do głosu mogliby dojść dzicy ludzie, którzy odrzucają ideę konstruowania nowego porządku politycznego w Europie, zarządzanego przez eurokratów rozmaitej maści. Wobec tego partie "konstruktywne" wolą nie dawać "pola do popisu" innym, "niekonstruktywnym" ugrupowaniom politycznym. To zresztą nawet byłoby zgodne z niedawną koncepcją rzekomej binaryzacji sceny politycznej, proponowaną przez M. Migalskiego, tylko że porządek, w którym dwie partie udające na co dzień konkurencyjne ugrupowania, a zgodne w kwestii podstawowej, stanowi przykład fikcjonalizacji życia politycznego, a nie jego urealniania. Stanowisko M. Jurka mogłoby być tu egzemplifikacją takiego "niebezpieczeństwa" dojścia do głosu dzikich, lecz czy dzikim jest też J. Kochanowski, czyli Rzecznik Praw Obywatelskich? No i czy problemem jest to, że istnieją różne stanowiska w kwestiach fundamentalnych dla Polski?
Drugie niebezpieczeństwo jest o wiele poważniejsze. Zainicjowana zostałaby publiczna debata dot. Traktatu i tego, co on ze sobą niesie. Czy takiej debacie można się sprzeciwiać, jeśli uważa się, że to Naród jest suwerenem? Jeśli w takiej debacie zwolennikom Traktatu udałoby się przekonać polskich obywateli, że żadnych większych zagrożeń on ze sobą nie niesie, to przecież taka debata wyszłaby chyba wszystkim na zdrowie i nawet zapewniłaby "jeszcze oczywistszy" wynik referendum. Gorzej, gdyby w trakcie takiej debaty okazało się, że powody, dla których odrzucono w paru krajach w referendach poprzednią wersję Traktatu, czyli Traktat Konstytucyjny, były jak najbardziej racjonalne i uzasadnione.
Co ciekawsze, sami posłowie mają dość mgliste pojęcie o Traktacie, co do ratyfikacji którego drogą parlamentarną są niemal całkowicie przekonani (http://www.naszdziennik.pl/index.php?typ=po&dat=20080228&id=po14.txt). Co jeszcze ciekawsze, w trakcie deliberacji dziennikarzy w "Sygnałach Dnia", J. Rolicki z "Faktu" (a dawniej w "Trybunie", jak pamiętamy) odniósł się do niebezpiecznego precedensu z Niemcami za czasów Hitlera, twierdząc, że łatwo jest zmanipulować społeczeństwo. Ho, ho! Nie ma jak odpowiedni argument w odpowiedniej sytuacji. Wprawdzie obaj z S. Janeckim nie mieli wątpliwości, że Polacy sa euroentuzjastyczni, to jednak referendum...
Warto się nad tą kwestią zatrzymać choć na chwilę. Skoro społeczeństwo może zostać zmanipulowane, to lepiej kwestię przyszłości państwa pozostawić parlamentarzystom. No dobrze, wsio w pariadkie, tylko skąd wobec tego pewność, że obsada parlamentu nie została wybrana na drodze manipulowania społeczeństwem? Jeśli tak łatwo sterować ludźmi, to może sterowanie jest stosowane cały czas, a nie tylko zagraża nam jego pojawienie się w "krytycznych chwilach", gdy "do głosu dochodzą oszołomi"? No nie, takich ewentualności dziennikarze i komentatorzy nie mogą traktować serio, gdyż podważałoby to istnienie polskiej demokracji.
Pośpiech, z jakim w parlamencie zabrano się za prace wokół ratyfikacji Traktatu świadczy, że "wybrańcy Narodu" chcieliby już mieć sprawę "za sobą". Przepchnąć i zająć się inymi duperelami. Wprawdzie, jak przypomina prof. Z. Krasnodębski:
"Komisja Europejska opublikowała w tym tygodniu raport na temat ubóstwa w Europie, z którego wynika, że 26 proc. polskich dzieci żyje w ubóstwie. Taka jest polska rzeczywistość. Polska to po prostu bardzo biedny kraj, a bardzo łatwo jest, słuchając premiera czy chodząc po salonach warszawskich, stracić poczucie realności."
(http://www.naszdziennik.pl/index.php?typ=po&dat=20080228&id=po61.txt)
- co wg mnie świadczy dobitnie o tym, że nasze kilkuletnie już członkostwo w UE wcale nie przekłada się na jakiś "cywilizacyjny skok" przeciętnych Polaków - to stwierdzenie o "utracie poczucia realności" można jednak odnieść nie tylko do koalicji rządowej, ale i do PiS-u. Jeśli bowiem w tej decyzji o przyjęciu Traktatu chcą pominąć obywateli, to chyba zapominają, kto ich do tego parlamentu wybrał.


Komentarze
Pokaż komentarze (106)