Proponuję pierwszy temat do "debaty na prawicy", choć już ta kwestia pojawiała się od czasu do czasu w dyskusjach przy różnych okazjach. Jeśli PiS chce wygrać wybory prezydenckie, to forsowanie byłego ministra sprawiedliwości na to stanowisko daje o wiele wieksze szanse na zwycięstwo niż ponowny start prof. L. Kaczyńskiego.
Jadąc autem, słuchałem dzisiaj w radiowej Jedynce intelektualisty dr. J. Gowina (sam się określił jako intelektualista w tej rozmowie, więc niczego nie przeinaczam) i stwierdził on, że Ziobrę czekają teraz trudne czasy, jeśli w pracach komisji śledczych wyjdą na jaw rozmaite mroczne kwestie związane z jego ministerialną przeszłością, choć nie dodał on, co czeka Ziobrę, jeśli w tychże pracach nie wyjdą na jaw żadne nadużycia czy przestępstwa, tak jak nie udało się znaleźć nic na CBA. To zaś bowiem jest klucz do sukcesu Ziobry. Jeśli zostanie oczyszczony z wszelkich zarzutów (pomijam już kwestię legendarnego młotka rodem z RMF-u i laptopa), to zostanie przed nim otwarta droga, jakiej nie miał żaden inny polityk PiS-u.
Pytanie oczywiście, czy na taki manewr gotowy jest J. Kaczyński, który po wielokroć sugerował, że żadna zmiana stanowiska w tej kwestii nie wchodzi w grę, bo kandydatem PiS-u pozostaje obecny prezydent. Wydaje się jednak, że w starciu z "rozgrzanym rządzeniem" Tuskiem (chyba że PO wystawiłaby np. R. Sikorskiego) L. Kaczyński dość szybko by poległ, mając za sobą te parę lat prezydentury, która zapowiadała się o wiele bardziej wystrzałowo niż jest - nie miałby chyba do zaoferowania nic poza "kontynuacją". Tymczasem dziarski i bezkompromisowy Ziobro, o ile dokładnie przeanalizowałby pasmo błędów, jakie popełnia obecnie Tusk, nie musiałby się nawet wiele nagimnastykować, by wypunktować kandydata PO, dysponując legendą "twardego szeryfa". Nie uwzględniam w tym miejscu jakichś dodatkowych krachów, które mogą się pojawić w czasie rządów PO-PSL, a które mogą dodatkowo do zwycięstwa kandydata PiS-u się przyczynić.
Wystawienie Ziobry mogłoby być połączone z szerszą zmianą wizerunku PiS-u, która jest temu ugrupowaniu bardzo potrzebna, choć nie wiem, czy po wczorajszym fatalnym głosowaniu jeszcze może ona nastąpić. Tego wizerunku nadszarpniętego nieuzasadnionym poparciem większości posłów PiS-u dla parlamentarnej drogi ratyfikowania Traktatu Lizbońskiego nie da się tak łatwo odbudować, gdyż np. ja osobiście mam gdzieś jakiekolwiek "sporne" ustawy medialne, jeśli w kwestiach zasadniczych dla państwa polskiego Kaczyński głosuje dokładnie tak jak Kalisz, Pawlak czy Komorowski. Oczywiście, nie jesteśmy jeszcze w sytuacji beznadziejnej, ale sygnał alarmowy już dzwoni. PiS może wszak w dość krótkim czasie roztrwonić szerokie poparcie środowisk prawicowych, przesuwając się do centrum i w ten sposób zyskując sobie może sympatię PO i "GW" z TVN-em24, ale równocześnie tracąc wyrazistość ugrupowania traktowanego dotąd jako pro-narodowe.
Część zacnych komentatorów i blogerów jest zdania, że jesteśmy jakoś i tak skazani na PiS, bo nie ma żadnej alternatywy. Jest to jakieś uzasadnienie, ale pozwalam sobie przypomnieć, że olbrzymi sukces PiS-u był wynikiem poparcia wielu różnorodnych środowisk - od RM i "NDz" po "GP" a nawet "NCz!". Żadna prawicowa partia takiego poparcia dotąd nie miała, ale też nic nie stoi na przeszkodzie, by tak wielkie (WARUNKOWE, dodajmy) poparcie zostało dość szybko utracone, jeśli PiS wycofa się z pewnych pryncypiów, które to podstawowe zasady działania (i stawiane cele) jednoczyły właśnie rozmaite środowiska wokół partii Kaczyńskiego. Proces wycofywania się różnych środowisk z poparcia może następowac stopniowo, lecz nieodwracalnie, jeśli PiS nie zacznie nie tylko wracać do pryncypiów, ale i dbać o wizerunek. Nie uważam, by odejście paru wyrazistych posłów mocno osłabiło PiS, a już na pewno nie sądzę - z perspektywy czasu - by "ucieczka do przodu" Marcinkiewicza czy Sikorskiego, cokolwiek zmieniała. PiS-owi może zaszkodzić pragmatyzm, który przesłania pryncypia. Jospin stwierdził wczoraj, że można rozumieć stanowisko, w którym nie podejmuje się walki w obliczu wojny skazanej na przegraną. Nie sądzę jednak, by było to zalecenie uniwersalne. W polityce bowiem obrona pryncypiów jest ważna nawet, jeśli jest skazana na niepowodzenie. Rozliczamy polityków nie tylko z ich sukcesów, lecz i z tego, co starali się bronić, co usiłowali zdziałać. Nie wyszło za jednym razem, może wyjdzie przy innej okazji. Walka z Układem nie powiodła się przykładowo w 1992 r. za J. Olszewskiego, ale kręgosłup Układowi przetrącono za rządów Kaczyńskiego, mimo że warunki były bardzo niesprzyjające.
Kwestia więc tego, która wojna jest do wygrania zależy od dobrego rozpoznania potencjału przeciwnika i dość zmiennej, lecz plastycznej taktyki. Nie zawsze trzeba dysponować wielką armią, by toczyć walkę. Partyzantka jest w stanie zadawać czasami bardziej dotkliwe ciosy niż regularny oddział wojskowy, mówiąc obrazowo. W polityce trzeba po prostu stosować różne metody - a to małych, a to wielkich kroków, byleby wiedzieć, dokąd się zmierza. Jeśli jednak cele zmienia się w trakcie drogi, to można kręcić się w kółko albo zwyczajnie wleźć w krzoki ;)
P. Skura we wstępniaku do dzisiejszej "Trybuny" pisze:
"TVP i Polskie Radio opanowane są przez czarną sotnię z układu PiS-Samoobrona-LPR. Trzeba ją wyciąć."
Określenie "czarna sotnia" bardzo mi się podoba nie tylko w tym kontekście. Ciekaw jestem tedy, co czarni sotniarze z blogosfery myślą o moich powyższych propozycjach.


Komentarze
Pokaż komentarze (150)