Gdy jeszcze na ziemiach polskich rządziły ciemne moce komunizmu, to dzieciom i młodzieży dostarczano strawy intektualnej w postaci rozmaitych pisemek, które i bawiły i uczyły. Zabawa oczywiście pozostawała zabawą, ale nauka obejmowała poważne kwestie, jak kolejny zjazd PZPR (co dzieci i młodzież mogą zrobić w związku z tym dla partii) czy międzynarodowa przyjaźń z dzielnymi pionierami albo uroczym brodaczem kochającym najmłodszych, Fidelem Castro. Obok czasopism w języku polskim dostarczano dzieciom i młodzieży rozmaitych pism w języku rosyjskim, które także i uczyły, i bawiły już od 5 klasy szkoły podstawowej, a nawet bardziej uczyły niż bawiły.
Tego rozwiązania zabrakło po 1989 r. (owszem, po akcesji do UE już pojawiają się "unijne czytanki" i "zabawy" w czasopismach dla dzieci i młodzieży, to jednak stanowczo za mało). Wprawdzie J. Urban startował z medialną ideą "NIE" dla dzieci, ale nie za bardzo mu na jej realizację pozwolono. Dziwne, że z takim konceptem i taką ofertą nie wyszedł do najmłodszych Areopag skupiony w Agorze i okolicach, bo w ten sposób można by i przedszkolakom, i dzieciom w wieku wczesnoszkolnym, a potem młodziakom i młodzieży wpajać dogmaty o polskim (polskim koniecznie, żeby nie pomylić z komunistycznym np. za Stalina) antysemityzmie, nacjonalizmie, ksenofobii, politycznym anarchizmie (którego skrajnym przejawem jest zdziczały antykomunizm), ale też o zagadnieniach bardziej szczegółowych, jak homofobia czy "marzec 1968".
Lamentacje dzisiejszej "GW", że polska złota młodzież nic nie wie o legendarnym Marcu (http://www.gazetawyborcza.pl/1,75248,4990036.html), nie miałyby wtedy miejsca. Redakcja "GW" powinna mieć świadomość, że teksty w "GW" są na tak wysokim poziomie intelektualnym, że młodzież nie może ich jeszcze przerabiać na lekcjach polskiego, wobec tego należałoby pomyśleć o jakichś specjalnych "Wypisach z "GW"" dla klas licealnych (klasyka publicystyki polskiej), osobno o analogicznych "Wypiskach" dla gimanzjalistów (tu oczywiście z komentarzem jakichś porządnych polonistów, może M. Janion czy M. Głowińskiego, który swego czasu analizował tzw. PiSomowę), a także o odpowiednich "Wypisikach" ("Wypisiczkach" brzmiałoby zbyt dwuznacznie) dla najmłodszych. W tych ostatnich należałoby wybrać co bardziej strawne zdania do takich krótkich czytanek, w których dzieci uczyłyby się polskiego w opowieści o jakichś bohaterach Marca (przy okazji nauka miesięcy oraz najważniejszych wydarzeń z naszej historii). Elementy arytmetyki także można by tu zawrzeć, operując cyframi z tej wielkiej daty, bo np. 9 - 1 daje 8, a z kolei 9 + 8 - 1 daje 16. Dla dzieci w wieku przedszkolnym wydarzenie przedstawiano by za pomocą obrazków z podpisami "Marzec" oraz "'68" (tu dodatkowo nauka miesięcy plus nauka liczb powyżej 10).
Jednocześnie należałoby zadbać o to, by jacyś nadgorliwi nauczyciele czy przedszkolanki nie pomylili legendarnych ARCYWAŻNYCH, PRZEŁOMOWYCH wydarzeń z 1968 z inwazją wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację także w 1968 r. (choć parę miesięcy później) z czynnym udziałem Ludowego Wojska Polskiego. O ile bowiem Marzec '68, to rzecz, którą należy pamiętać od małego, jak pacierz politycznej poprawności, to pacyfikowanie niepokojów społecznych w jakimś ościennym kraju za pomocą wojska sowieckiego niekoniecznie. Są Daty i daciki.
Swoją drogą, co za czasy. Niedawno okazało się, że Polacy nie czują się antysemitami, teraz, że nie wiedzą nic o Marcu. Adamie Michniku, Ty widzisz i nie grzmisz?
;P


Komentarze
Pokaż komentarze (44)