Nie jestem pewien, kto jest autorem artykułu w "Dzienniku" głoszącego, że PiS boi się referendum w sprawie Traktatu Reformującego "jak diabeł święconej wody". Czy ten kalambur wymyślił zacny M. Wójcik czy A. Wojciechowska, czy oboje naraz, czy ktoś zupełnie inny, dość że wydaje się, iż to przede wszystkim "tęczowa koalicja" od razu wykluczała jakiekolwiek referednum w tej sprawie. Wprawdzie PiS też stwierdził, że droga parlamentarna będzie lepsza, ale czy faktycznie miałby się czego bać? Nie podejrzewam. Sądzę, że debata okołoreferendalna nie tylko doprowadziłaby do poważnego zanalizowania korzyści i zagrożeń związanych z ratyfikowaniem TL, ale i wzmocniłaby PiS, jako ugrupowanie obecnie optujące za dodatkowymi zabezpieczeniami wewnątrzpaństwowymi na wypadek parlamentarnej ratyfikacji.
W "Dzienniku" postawa PiS-u, tak jak i w innych mainstreamowych mediach przedstawiana jest jako zaskakujące warcholstwo (http://www.dziennik.pl/polityka/article137574/PiS_moze_zablokowac_unijny_traktat.html). Co ciekawsze, sami politycy rozmaitych odłamów Partii Okrągłego Stołu wyrywają sobie włosy z głowy i innych części ciała, że ktoś ośmiela się zgłaszać jakieś wzmacniające polski interes narodowy poprawki. Komiczniejszej sytuacji nie można by sobie wymyśleć. Większość posłów polskiego parlamentu nie chce słyszeć o wzmacnianiu polskiego interesu!
Szczególnie jednak ubodło eurokratów to, że PiS popełnił myślozbrodnię, tzn. dopuszcza w ogóle do świadomości, że Polska "z woli narodu" (jak to sformułowano w preambule) mogłaby... opuścić UE. "Na litość Boga!", jak powiedziałaby J. Pitera, jakże to tak - opuszczać UE, kiedy jeszcze eurokraci nie zagrzali sobie porządnie w niej miejsca? Kiedy całe klany szykują się do zadomowienia na długie lata i dalekie pokolenia? Kiedy establishment już przebiera nogami, by nareszcie biegać po eurosalonach w te i we wte?
To również niezwykle pouczająca historia. Nawet CZYSTA MOŻLIWOŚĆ sformułowana w proponowanej przez PiS preambule wprowadza wielu w stan bojaźni i drżenia, a przecież nie można podejrzewać, by PiS rzeczywiście chciał wyprowadzić Polskę z UE, wszak mimo wszystko poparł naszą akcesję.
Z kolei, po raz nie wiadomo który, straszenie Radiem Maryja i o. Rydzykiem, a nawet jakąś "nową partią Rydzyka" również brzmi mało przekonująco w sytuacji, gdy przecież środowisko RM gremialnie poparło i popiera PiS o paru już lat, mając pełną świadomość tego, że nie jest to partia antyunijna (jaką była choćby LPR). A to, że to środowisko (i nie tylko ono) domaga się w kwestii TL referendum powinno być poczytywane jako wspieranie społeczeństwa obywatelskiego, a zarazem przeciwstawianie się arbitralnym i nie do końca uzasadnionym decyzjom parlamentu. No ale takiego ujęcia postawy "imperium Rydzyka", po ludziach definiujących demokrację po mainstreamowemu nie można oczekiwać.
"PO nie zamierza powtarzać tej debaty. Stawia sprawę bardzo ostro. "Jeśli zagłosują przeciw, to znaczy, że są przeciw Unii, a my wtedy robimy referendum" - mówił nam tuż przed sejmową debatą szef gabinetu politycznego premiera Sławomir Nowak,"
czytamy w "Dzienniku", ale na ile jest to stanowisko całęj "tęczowej koalicji", a na ile swobodna ekspresja Nowaka, nie wiemy jeszcze. O wiele bardziej prawdopodobne może być "wyłuskiwanie" jakichś posłów z PiS-u (zawsze to taniej) aniżeli rozpisywanie referendum, którego wynik wcale nie jest przesądzony, bo przecież obudziłyby się dzikie demony eurosceptycyzmu, o których niejeden eurokrata chciałby na zawsze zapomnieć. Poza tym parę lat członkostwa w UE nie przełożyło się na jakiś przeskok jakościowy w życiu Polaków (kto był na Zachodzie (a wielu z nas było przecież), ten wie, jaka kolosalna jest różnica między standardami życia przeciętnych ludzi tam a tu), więc kto wie, czy debata wokół TL nie odbiłaby się jakąś nieprzyjemną czkawką, wtedy zaś "zwolennicy demokracji" mieliby nie lada problem, jak wytłumaczyć Polakom, którzy np. odrzuciliby TL tak jak wcześniej TK odrzucili Holendrzy i Francuzi, że POMYLILI SIĘ.
Owo wysłuskiwanie posłów PiS-u, czyli "poważne przemawianie im do rozsądku", mogłoby przybrać postać kuszenia sakiewką albo straszenia komprmateriałami. Tak się zatem zastanawiam, czy lada dzień, a może i lada chwila nie ukażą się jakieś zaskakujące dokumenty na kogoś z PiS-u, przypominające o istnieniu ludzi, którzy rzeczywiście sterują systemem politycznym w Polsce i którzy zwykle siedzą w cieniu, ale czasami wspierają pierwszą linię frontu.
I mogą też nieźle prześwięcić niejednego.


Komentarze
Pokaż komentarze (92)