Rozszumiały się wierzby płaczące od Jamajki-Komorowskiego po Chleba-Chlebowskiego, od Rosatiego po Szmajdzińskiego, cały świat tonie we łzach na wieść, że PiS stał się zawalidrogą na szlaku postępu i pokoju. Marszałek Koronny i Polny powiada, że szczerze boleje, że zapowiadają się kłopoty, że stoimy w obliczu trudnej sytuacji i że nieratyfikowanie TL to będzie prawdziwy dramat (http://www.tvn24.pl/-1,1542337,wiadomosc.html).
Dramat, to oczywiście już jest, bo przecież wszyscy płaczą, mimo że spektakl jeszcze nie dobiegł końca. Sceny są doprawdy rozdzierające i ja sam przecieram oczy ukradkiem, by nie zalać łzami klawiatury. Chleb-Chlebowski, przypominający H. Jabłońskiego w najlepszym swoim okresie, przemawia już trochę tonem J. Cyrankiewicza - dobrze, że nie grozi odrąbywaniem rąk podniesionych na ratyfikację TL. Z kolei marszałek Koronno-Polny sytuuje PiS między kompromisem a kompromitacją. Wszystko to prawda, bo przecież w Polsce już od 1944 r. albo się szło z postępem, albo lądowało w czarnej sotni. Nie ma już i dziś żadnej innej drogi.
Ciekawe swoją drogą, że to myślenie zaczyna się przejawiać nie tylko w środowiskach postępowców, takich jak członkowie blisko 20-letniej wielofrakcyjnej Partii Okrągłego Stołu, ale także, nie bójmy się tego słowa, na prawicy. O ile bowiem nie dziwi mnie, że na czele postępu stoją ludzie po stażu w PZPR, jak Rosati, Szmajdziński, Kalisz, Senyszyn (kto bowiem tyle lat przeszedł, oświecając lud pracujący miast i wsi, ten nie może zawrócić) czy stażu w UD-UW (partii ludzi mądrych), jak Jamajka, o tyle dość niepokojąco brzmią dla mnie głosy M. Jurka, P. Semki, Ł. Warzechy czy... S. Michalkiewicza. Nagle bowiem, łącznie z przewielebnym W. Sadurskim, tylu zdawałoby się racjonalnie i krytycznie myślących ludzi staje na gruncie przedziwnie pojmowanego legalizmu czy prawniczego pozytywizmu, jakby nie dostrzegali jednej podstawowej rzeczy: w ramach pozostającej wciąż 'in statu nascendi' UE NIE MA ŻADNEGO STABILNEGO PRAWA.
Przepisy związane z UE nieustannie od Traktatu Amsterdamskiego podlegają ewolucji i modyfikacjom - NIEUSTANNIE, podkreślam. Jeśli więc ktoś, jak choćby przewielebny Sadurski, daje mi lekcje prawniczego elementarza dotyczące umów międzynarodowych, to mnie ogarnia rozbawienie. Zastanawiam się, o jakich umowach międzynarodowych możemy mówić, skoro sami eurokraci co parę lat poddają je gruntownej rekonstrukcji? Dla tych, co już zapomnieli o Traktacie z Maastricht, przypomnę o "reformującym" Traktacie Amsterdamskim (1997), co na gorąco (słynny "skandal z Austrią") postulował wprowadzenie sankcji wobec państw członkowskich, które "naruszają demokrację", o liczącym 5000 stron Traktacie ateńskim, "reformującym" Traktacie z Nicei (2000), następnie "reformującym" "Traktacie Konstytucyjnym" z pierwszej połowy lat dwutysięcznych i "reformującym" Traktacie zawartym w Lizbonie (2007).
Zawrót głowy od prawniczych sukcesów, można by powiedzieć, parafrazując słynną wypowiedź Śłońca Narodów", którego mądrość turbiny napędzała. Oczywiście, w tym konsekwentnym, medodycznym reformowaniu nie ma szaleństwa i uważny obserwator dostrzeże rysujące się coraz mocniej zręby superpaństwa poprzez tworzenie struktur rządowo-parlamentarnych, analogicznych do tych, jakie posiada zwykły kraj członkowski. O ich demokratycznym mandacie mówi się niewiele albo nic, przyjmując założenie, że eurokraci to ludzie tak poczciwi zapewne jak wujek Bronek, poczciwiec wszechczasów, toteż dbałość o jakąś obywatelską kontrolę nad instytucjami unijnymi raczej nie spędza snu z powiek budowniczym nowego, lepszego świata; któż wszak może mędrców sprawdzać w ich perspektywicznych pracach? Co ciekawsze, afery korupcyjne, które pojawiają się w środowiskach eurokratycznych, przemykają się przez media jakoś chyłkiem, nie mącąc sielankowego obrazu UE. Afery pedofilskie, to w mediach naturalnie, "specjalność Kościoła", a nie np. świata polityki i kultury w UE (http://www.opoka.org.pl/biblioteka/Z/ZR/hanba_pedofilowa.html).
Mniejsza jednak z tym. Zdumiewa mnie nie tylko jednomyślność tak odległych od siebie środowisk ("preambuła bez sensu i bez znaczenia prawnego"), lecz i przecenianie przez nich legalizmu instytucji unijnych. Przeciwnie więc, rzekłbym, jeśli UE to pod względem prawnym twór podlegający nieustrannym zmianom i retuszom - mutant polityczny, który cały czas jest przekształcany przez eksperymentatorów politycznych - to bardzo uzasadnione wydaje się obwarowanie tego typu ratyfikacji polskimi zastrzeżeniami. Strzeżonego Pan Bóg strzeże, zaś w polityce niepowiedzenie czegoś wprost (częstokroć trzeba powtarzać do znudzenia, tak jak choćby było z odkłamywaniem kursującej po światowych mediach i salonach frazy "polskie obozy koncentracyjne") mści się na tych, co sądzą, że pewne sprawy są OCZYWISTE. Otóż nie, w polityce nic nie jest oczywiste i nie ma żadnych umów, które nie mogłyby zostać zmodyfikowane, a nawet pogwałcone. Taka już jest polityka. Wobec tego, im więcej zabezpieczeń, tym lepiej. Zwłaszcza, gdy chodzi o tak zasadnicze kwestie, jak budowanie ponadpaństwowego ładu europejskiego.
Historia uczy, że liczenie na dobrą wolę sąsiadów nigdy nam na dobre nie wychodziło, tym bardziej więc wskazane jest "dmuchanie na zimne" - i tak pojmuję inicjatywę PiS-u. Nie dziwi mnie zupełnie postawa przedstawicieli Partii Zagranicy, którzy wprost nie mogą się doczekać, by dyrektywy polityczne przychodziły z Brukseli, a nie żeby trzeba było się osobiście głowić nad tym, jak Polskę unowocześniać i doprowadzić do cywilizacyjnego porządku, którzy z ulgą przyjmą wszelkie nawet najgorsze konsekwencje wdrażania TL, byleby ciężar odpowiedzialności za wykonywane decyzje spoczywał na Innych, nie na polskich politykach i byleby można było z czystym sumieniem realizować europejską gospodarkę planową (zwaną "społeczną gospodarką rynkową"). Zaskakuje mnie natomiast postawa publicystów, jak choćby prowadzący wczesnopopołudniowy program w radiowej Jedynce, roześmiany Ziemkiewicz, który porównuje PiS-owską preambułę do sytuacji, w której klient banku po podpisaniu umowy kredytowej dopisuje sobie w domu preambułę, że jak popadnie w tarapaty finansowe, to nie będzie spłacał kredytu.
Na poziomie metafory wiele rzeczy można barwnie i zabawnie udowodnić, pytanie tylko, czy analogie są prawidłowo zarysowane. Przewielebny Sadurski u mnie w komentarzu zaproponował odwrócenie argumentu: skoro preambuła nieważna, to czemu nie można jej po prostu dodać do ustawy ratyfikacyjnej?, na: skoro preambuła nieważna, to po co ją dodawać? Otóż ani ja, ani podejrzewam PiS, nie traktujemy tej preambuły za nieważną, to po pierwsze. A po drugie, jeśli mamy świadomość nieustannej fluktuacji prawa UE, to całkiem uzasadnione wydaje się zabezpieczanie polskich interesów narodowych w ten sposób. Na wszelki wypadek. Rozumiem, że Ziemkiewicz, który dostawał białej gorączki, gdy jego byli koledzy z UPR-u argumentowali przeciwko akcesji Polski do UE, nie jest dziś w stanie przyjąć do wiadomości, że istnieje coś takiego jak nasz interes narodowy, ale czy inni rozsądnie myślący ludzie nie są w stanie przyjąć tego do wiadomości? Chyba że ów interes uważamy za balast, którego należy się jak najszybciej pozbyć (albo też interes ów utożsamiamy z "interesami UE").
Sondażownie już zdołały natychmiast dostarczyć "dowodów", jakoby społeczne poparcie dla ratyfikacji TL wynosiło ponad 70%. Dziwne, że tylko tyle. 100% brzmiałoby wiarygodniej. Nie wiemy jednak natomiast, co przeciętny Polak wie cokolwiek nt. konsekwencji takiej ratyfikacji i czy popierałby taką ratyfikację, gdyby UE (co oczywiście nie daj Boże) zmieniła się w państwo wykreowane przez Orwella (zresztą, czy przeciętny Polak czytał Orwella?), bo przecież nikt nie prowadził "rekolekcji dla obywateli" w tej kwestii, choćby z tego względu, że wizja superpaństwa mogłaby się okazać wcale nie taka kusząca, jak mgliście roztaczana wizja Happy Europe.
Z tą kompromitacją może być więc tak, że niezabezpieczenie polskiego interesu narodowego ośmieszy nas nie tyle w "oczach przywódców europejskich" (już prasa niemiecka straszy, że Polska stanie się "największym przegranym Unii" - coś podobnego), ci bowiem nie zawracają sobie głowy naszymi interesami, ale w oczach tych obywateli, którzy patrzą na własny kraj nie z perspektywy fotela, w którym pykają sobie pilotem, zmieniając kanały, lecz z nieco szerszej perspektywy historyczno-geopolitycznej. However, who cares?
Zwracam uwagę na to, że postawa PiS-u jest w gruncie rzeczy konstruktywna. PiS chce ratyfikacji TL z tą preambułą, więc ani nie proponuje secesji z UE, ani odrzucenia TL, więc "jaki jest problem"? Co więcej, do odrzucenia TL nie nawołuje też RM (dzisiejsza rozmowa o. Rydzyka z premierem Kaczyńskim w trakcie "Aktualności" jest tego dobitnym dowodem). Gdyby więc polskim politykom chodziło o prawdziwy kompromis, to właśnie przyjęliby TL z propozycjami PiS-u i w ten sposób doprowadzili do uspokojenia sytuacji. Wygląda raczej na to, że nie tylko zwrot "interes narodowy" jest różnorako w Polsce rozumiany, ale i interes partyjny Partii Okrągłego Stołu vel Parti Zagranicy bierze tu zdecydowanie górę.


Komentarze
Pokaż komentarze (121)