Problemy te pojawiają się zwykle, gdy na demokrację mają wpływ niewłaściwi ludzie. Gdy zwyciężają "faszyści" (słynna historia z Austrii, niedawna historia z Polski) zaraz rozlegają się głosy pełne boleści, jakim to niedoskonałym ustrojem jest system demokracji liberalnej, że "masy poddane manipulacjom" albo "przytłoczone populizmem" (niedojrzałe, ewentualnie zamroczone), wybierają nie tych, którzy powinni rządzić, tylko buców. Z kolei, gdy do władzy wracają ludzie mający placet ze strony rozmaitych salonów, zaraz nastaje pełna radosnego ciamkania atmosfera zadowolenia z postępów demokracji.
Przeczytałem właśnie tekst W. Gadomskiego na temat demokracji i właściwie się dziwię, bo zgodnie z tym, co napisałem powyżej, Gadomski powinien pląsać z radości po rozświetlonej łączce, dowodząc, że Polska nareszcie znormalniała, a tu jakieś nie tyle pląsy, co dąsy, że demokracja nie taka, jak być powinna, że właściwie współczesna demokracja to mediokracja, a politykę zżera tabloidyzacja. Co ciekawsze Gadomski nie pisze tego w kontekście, dajmy na to redagowania "Faktu" przez Tuska (słynna sprawa, na wspomnienie której łza się w oku kręci), ale tak jakby ogólnie, co w naszym kraju brzmi raczej nieszczególnie. Wiemy bowiem, że rządy sprawują teraz normalni politycy, kierujący się chłopskim, zdrowym rozumem, a media zapewniają im osłonę lepszą niż LWP z esbecją zapewniały "dyktaturze proletariatu". Czym więc tu się martwić? Na co te utyskiwania? (http://www.gazetawyborcza.pl/1,76498,5025537.html)
Otóż, odnoszę wrażenie, co postaram się pokazać poniżej, że Gadomski chce nam przez to powiedzieć, że braki postępów we wdrażaniu Irlandii wynikają głównie z winy mediów. To oczywiście nie byłoby dalekie od prawdy, gdyby nie dość banalny fakt, że decyzji politycznych nie podejmują jednak gatekeeperzy i newsmakerzy, ale raczej faceci zasiadający w ministerialnych gabinetach. Rozumiem, że np. Michnika można traktować jako (nawet nie taką szarą) eminencję w naszym świecie polityki, boć przecie on wciąga na piedestały i z nich strąca (po czym znowu wciąga, gdy zechce, jak to choćby z półprzytomnym Wałęsą wyrabiał), kiedy zechce - no ale czy oprócz tego Nadredaktora jest jeszcze ktoś w mediach, kto ciągnie za tyle sznurków? Rozumiem, że Gadomski nie chce dostrzec dodatkowego zasilania ze strony "byłych oficerów WSI", którzy od kilkunastu lat monitorują transformację i torują jej drogę w koleinach polskiej polityki, no ale wszystkiego przecież za ministrów i premiera chłopaki ze spalonych WSI nie załatwiają? Czemuż więc popierany przez - jak donoszą sondaże - największą ilość Polaków po 1989 r. - rząd nie miałby tu być głównym winowajcą nienajlepszego stanu polskiej demokracji?
Pwnie dlatego, że przesłaniają mu rzeczywistość media, a nawet utrudniają rządzenie. W całym swoim artykule Gadomski odwołuje się do amerykańskich analiz demokracji, zapominając lub nie chcąc pamiętać, że polskie realia w najmniejszej mierze nie dadzą się porównać z tym, co było lub jest w USA. Przypomina sobie jednak nagle, że:
"W naszej demokracji jedynie w pierwszych latach, a raczej miesiącach transformacji wpływ grup interesu na politykę był niewielki. Przemiany szły tak szybko, że grupy nie były w stanie się zorganizować i przeszkadzać w reformach. Inna sprawa, że reformy ustrojowe - zarówno w sferze demokracji, jak i wolnego rynku - nie miały w 1989 i 1990 roku demokratycznego przyzwolenia ze strony społeczeństwa. Transformację przeprowadziły elity, a nie "lud"."
W ten sposób zaś mimowolnie sam sobie udziela odpowiedzi na podstawowe pytanie. Niestety, jakoś jej nie werbalizuje, więc może ja to uczynię. Skoro bowiem transformację - czy, powiedzmy śmielej - demokrację - wprowadzały u nas odgórnie ELITY, to problemy z demokracją w Polsce wynikają z problemów z tymi elitami i ze sposobem transformowania rzeczywistości społeczno-politycznej. Transformację wszak, jak musimy pamiętać, nazywano eufemistycznie wychodzeniem z komunizmu i (jeszcze bardziej eufemistycznie) przekształcaniem gospodarki "socjalistycznej" w kapitalistyczną. Tak to oczywiście wyglądało na papierze i w mediach, właśnie. Przy czym wtedy i Gadomskiemu, i wielu innym mediatyzacja polskiej polityki zupełnie nie przeszkadzała, ponieważ media u zarania transformacji pełniły funkcję "pasa transmisyjnego" między owymi świetnymi (i świętymi, nietykalnymi) ELITAMI a zahukanym ludem. Dokładnie taką samą, jak za czasów PZPR, tylko może z większą, powiedzmy, różnorodnością. Jeśli dodamy, że w olbrzymiej części mediów odziedziczonych po komunizmie pozostawali ci sami ludzie, którzy wcześniej na klęczkach służyli PZPR-owi, to nawet ten proces "upodabniania się" rynku medialnego po 1989 r. do rynku sprzed "obalenia komunizmu", będzie łatwiejszy do zrozumienia.
Na tym tle dalszy wywód Gadomskiego nabiera nowych wymiarów, a nawet blasków:
"Demokracja wymaga komunikacji między rządem i "ludem". Zapewniają je wolne media, które przekazują informacje o działaniach i intencjach władzy, kształtują opinię publiczną, która skłania się ku tym lub innym przekonaniom, wyrażają postulaty zwykłych ludzi. W gruncie rzeczy są to zadania wzajemnie sprzeczne, a w każdym razie wzajemnie "interferujące"."
No ale jaki jest problem z tymi mediami, skoro mogą "kształtować opinię publiczną"?
"Spece od mediów - zwłaszcza elektronicznych - lansują hasło: jeśli polityk nie potrafi wyrazić myśli w ciągu 30 sekund, to znaczy, że nie nadaje się na polityka. Ale w ciągu 30 sekund nie da się przedstawić argumentów za koniecznością utrzymania równowagi budżetowej, zmiany przepisów prawnych, zreformowania edukacji. Można oczywiście wszystko sprowadzić do kilku prostych haseł, które łatwo wpadają w ucho i wbijają się w pamięć: "3x15", "Polska solidarna przeciw Polsce liberalnej", "wykształciuchy", "obrona suwerenności narodowej". Tyle że za tymi hasłami z reguły nic się nie kryje."
A więc tu jest pies pogrzebany. Jeśli jednak tak przenieść się w czasie, to u początków transformacji też były hasła-obuchy "nie ma alternatywy dla planu Balcerowicza", "jesteśmy w swoim domu", "obalenie komunizmu", "lustracja to polowanie na czarownice" czy "nasze wchodzenie do Europy". Potem pojawiły się hasła-obuchy z serii "Europa albo Białoruś" etc. Czy za nimi też nic nie stało? Ależ stało, tylko że to akurat Gadomskiemu nie przeszkadzało.
"Politycy, a jeszcze częściej spece od marketingu politycznego przekonują, że "tabloizacja" polityki i procedur demokratycznych to proces nieuchronny i każdy, kto tego nie rozumie, wypada z rywalizacji politycznej. Jeżeli zaakceptujemy ten pogląd, przyznamy tym samym, że demokracja jest już nie fasadą, ale wydmuszką. Wyborcy-widzowie karmieni są spektaklami, a nie informacjami koniecznymi dla podejmowania racjonalnych decyzji. Nasze telewizje "informacyjne" nie są wprawdzie zdominowane przez ucięte członki, ale panuje w nich nieustanny jazgot: kłótnie polityków, kłótnie dziennikarzy, kłótnie "ekspertów" od PR. Ci ostatni z lubością cedzą, niczym spikerzy sportowi: "To bardzo sprytne zagranie Kaczyńskiego; teraz Platforma będzie musiała znaleźć na nie odpowiedź". To rzekomo "sprytne zagranie" ma zawsze na celu zdobycie punktów w rankingach popularności, a nie rozwiązanie realnego problemu kraju i wyborców."
Wydawało mi się, że jeśli już mowa o jazgocie, to o wiele większy był przez dwa lata rządów PiS-u, choć - przyznaję - od czasu preambuły - można dostać zawrotu głowy od obecnego medialnego kociokwiku. Zawsze jednak telewizor można wyłączyć, radio też i posłuchać muzyki. Nawet z Sieci nie trzeba korzystać, skoro na niemal wszystkich portalach informacyjnych można zobaczyć i wyczytać to samo tak samo podane z komentarzami, jak w "Trybunie", żeby odbiorca nie musiał się przemęczać jakimś myśleniem. Gadomski twierdzi natomiast, że:
"Medialna polityka powoli staje się niesterowna. Media sprawiają, że pozornie skraca się kontakt między politykiem i wyborcą. Dzięki internetowi tysiące ludzi może porozmawiać "na czacie" z premierem lub ministrem. Dzięki sondażom polityk już następnego dnia po podjęciu decyzji wie, czy "postąpił słusznie". Politycy coraz bardziej martwią się reakcją wyborców, a wyborcy są przekonani, że potrafią zmusić polityków do działań zgodnych z ich preferencjami. Tylko nie wiedzą, jakie jest pole realnych wyborów."
No ale, czy niewolnicą sondaży nie jest czasem PO? Można by sądzić, że Gadomski coś krytykuje, ale chyba nie ma pojęcia, co. Grunt więc, że ma rację ;P


Komentarze
Pokaż komentarze (30)